Menu

Anna Blog

...takie sobie dyrdymałki...

Wszystko

Skituś życzy:)))

annazadroza

Na Dzień Kobiet kwitną kwiatki,
to nie maki i bławatki
lecz krokusy i śnieżyczki
byście były jak księżniczki,
by radości była masa,
by partnerzy - pierwsza klasa,
aby słonko Wam świeciło,
wokół się zazieleniło,
by marzenia się spełniły,
skryte pragnienia ziściły,
aby niczego nie brakowało,
kłopotów żadnych lub - choćby mało,
we szystkim żeby się Wam darzyło,
no i po prostu - dobrze się żyło.
Do tego szczęścia oraz słodyczy
wszystkim Dziewczynom Skituś życzy:)))

 

 

Jestem "ba-ba"

annazadroza

Sporo kilometrów dzisiaj zaliczyłam. Najpierw poszłam do miasteczka, m.in. do apteki. Było ciepło, słonecznie, do tego wiał przyjemny wietrzyk. Jednym słowem - pogoda idealna na przechadzkę. Po obiedzie zaś udałam się do Kik-u, sklepu niedaleko Maxi Zoo, poszukać czegoś dla Calineczki.
Wypatrzyłam spodenki, sukieneczkę na szelkach, właściwie spódniczkę-ogrodniczkę, oraz bluzę z długimi rękawami ze śmiesznym nadrukiem. To wszystko się zmieściło w cudnym różowym pudełku, z obrazkiem kotka trzymającego pełną mleka butelkę ze smoczkiem.
Już za chwilę moja dziewczynka skończy roczek:))) Jest żywa jak przeskakująca iskierka. Za każdym razem zaskakuje czymś nowym. Kiedy mnie wczoraj zobaczyła, wyciągnęła paluszek w moją stronę i powiedziała "ba-ba":))). Mówi też "ma-ma", "ta-ta", na kotkę woła "uba", na siostrę "aja". Oczywiście na widok jedzenia słychać "niam" lub "am". Tyle sama usłyszałam, a "zasób słów" ma większy, można się już z taką kruszynką porozumieć:)))

 

Vege pieczeń

annazadroza

Wczoraj rano wybrałam się do apteki (25 min.w jedną stronę), termometr pokazywał 36 stopni. Mimo to - ponieważ słońce trochę przysłoniły obłoki, i szłam po ocienionym chodniku - wcale nie czułam upału. A może organizm się już trochę przyzwyczaił? Dziś ok. szóstej rano było 18 stopni, teraz pewnie znów jest drugie tyle.


Wyjęłam z lodówki butelkę z mlekiem, żeby namoczyć bułkę. Zalałam ją w miseczce, dodałam też mleko do kawy, którą sobie zrobiłam. Wtedy poczułam zapach skwaszonego mleka. Sprawdziłam i faktycznie, skisło w lodówce, choć jeszcze nie powinno. Kiedyś mówiono, że mleko przed burzą się warzy. Wyrzuciłam bułkę, wylałam kawę. Dobrze, że w zapasie staram się mieć karton mleka, tak awaryjnie, na wszelki wypadek. Całe szczęście, że zapas odnowiłam ostatnio, bo nie lubię kawy bez mleka, a "bez kawy to ja nie zyję" - cytując moją Wnusię K. kiedy mała była.
Przecież miałam od czego innego zacząć, od kuchni przecież:) Najpierw chciałam zrobić kotlety vege dla Małego i dla nas też, bo Mężowi zasmakowały. Robię teraz tak, że w jednym rondelku gotuję różne kasze i ryż z przyprawami. Teraz była jaglana, gryczana, manna i otręby, no i ryż. Potem dodałam pokrojoną cebulkę, utartego dużego ziemniaka, jajko, przyprawę do gyrosa - żeby za mdłe nie wyszły. I ... odechciało mi się smażyć, kiedy pomyślałam, że musiałabym stać przy kuchni. Włożyłam więc masę do keksówek, akurat w dwie się zmieściła, w środku ułożyłam pokrojone ogórki konserwowe i czerwoną paprykę - dokładnie tak, jak przy rzymskiej pieczeni, tylko bez jajek na twardo i upiekłam. Pieczeń wyszła bajecznie ładna:) Nie wiem jak
smakuje, bo jeszcze ciepła, musi ostygnąć, żeby się nie rozpadła podczas krojenia, ale wygląda ładnie, jak na wystawę.
Muszę się jeszcze przyznać, że wczoraj zagrzebałam się w papierach, bo szukałam opowiadania, które napisałam ze 30 lat temu i znalazłam:) Dlatego wpisu nie było.
Miłego weekendu życzę, spokojnego, bez przemęczania się ponieważ trzeba oszczędzać siły przy takiej wysokiej temperaturze.


Ciasto i lody

annazadroza

Oglądając fragment w tv dotyczący bieżących spraw - po raz kolejny stwierdziłam, że nasze dwa plemiona rozmawiają językiem, który pozornie jest jeden, jednak znaczenie słów brzmiących identycznie w obu językach jest zupełnie przeciwne. Nie da się porozumieć w takiej sytuacji.
Wczoraj - kiedy chodziłam z parasolką, nie padało. A jak raz nie wzięłam wychodząc z psami po obiedzie, zaczęło oczywiście padać. No nie, wracać nie będę - stwierdziłam i poszliśmy przed siebie pośród kropli deszczu. Deszczyk był delikatny, drobniutki, zmoczył nas bardzo dokładnie. Jednocześnie było bardzo gorąco i wilgoć niemal od razu z ubrania parowała. Do domu wróciłam już sucha, mokre miałam tylko włosy i skarpetki:)

W ramach dalszego rozpieszczania wnuczki upiekłam ciasto z jabłkami i śliwkami, i kupiłam lody. Wieczorem rozmawialiśmy o ulubionych smakach. Powiedziała, że w zasadzie wszystkie lubi, a z ciast ostatnio tiramisu jej najbardziej podchodzi. Kupiłam więc dwa w jednym - lody o smaku tiramisu:)
Nie muszę dodawać, że smakowały:)))

"Pasma życia" 52

annazadroza

  Po wytłumaczeniu sobie, że promocja książki nie jest powodem do stresu bo właściwie nie różni się od szkolnego zebrania, ba, nawet łatwiejsza jako, że nie trzeba się tłumaczyć za innych nauczycieli z wystawionych ocen, Elżbieta uspokoiła się. A poza tym autorką jest Teresa, ona jedynie osobą towarzyszącą tak naprawdę, ilustratorką, nic wielkiego…Przyjaciółki przekonały ją, że należy się wspólnie naradzić nad wybraniem odpowiedniego dla niej stroju, bo przecież nie mogą jej z tym problemem zostawić samej. W końcu będzie jakby przedstawicielką osiedla, przyjaciół, kobiet w wieku 50 plus, nawet chwilami duże plus… Usłyszawszy to ostatnie chciała się obrazić, co jej się jednakowoż nie udało, bo jak można się obrazić na takie głupie małpy jak one? Zaczęły chichotać, pleść tak niebotyczne bzdury, że nie wytrzymała i chichotała razem z nimi. Teraz idąc z psicami zerkała na Adelcyne okno, które wciąż pozostawało zamknięte. Znaczy, Adelki nie ma w domu.

   Adelka tymczasem stała na stacji metra z utęsknieniem czekając na pociąg. Nie wiadomo skąd się wziął katar, który dopadł ją bardzo już późnym wieczorem. Zalewał oczy zacierając kontury świata, zatykał nozdrza tamując oddech tak, że musiała łapać powietrze wyschniętymi ustami, do tego gorączka powodowała zawroty głowy. Męczyła się okrutnie. Pociąg nadjechał. Przez okno wypatrzyła jedno wolne miejsce. Zanim się doń dopchała, z tryumfującą miną usiadła na nim sporo młodsza blondynka. 

   Czekaj cholero, będę na ciebie chuchać aż cię zarażę za to, że zajęłaś moje miejsce -  pomyślała patrząc z odrazą na siedzącą. Z zadowoleniem zobaczyła, że nad blondynką stanął jakiś menel najwyraźniej bardzo śmierdzący, czego Adelka z powodu kataru nie poczuła. Wnioski wysnuwała natomiast z zachowania ludzi stojących wokół. Na dodatek z kieszeni wystawała mu butelka, pewnie niedokładnie zakręcona, bo kiedy pociąg szarpnął, menelem rzuciło, znalazł się na kolanach blondynki a z butelki polał się przezroczysty płyn… Adelka poczuła się usatysfakcjonowana.

   Ledwie doszła pod blok, dopadła ją Elżbieta.

   - Czego tu? – z niechęcią w zachrypniętym głosie spytała Adelka.

   - Czekam na ciebie i czekam, a ty się gdzieś szwendasz – zaczęła Ela.

   - Nie się szwendam tylko z pracy wracam. Ja jeszcze czasem pracuję. Zapomniałaś?

   - Dobrze już, dobrze. Patrzę w okno, żeby cię dopaść, a ciebie wciąż nie ma i nie ma…

   - Jak to mnie nie ma? – zdziwiła się Adelka. – A kto ma katar, a psik! A poza tym, widzisz,  jestem chora i czego ty ode mnie chcesz?

   - Jak to czego? Przecież wczoraj się umawiałyśmy na dzisiaj u ciebie. Teraz ty zapomniałaś?

   - O matko, faktycznie, przez to, że katar mi rozum zalewa…

   - Wczoraj jeszcze go nie miałaś – podejrzliwie spojrzała Ela. – Skąd ci się tak nagle wziął?

   - Nie wiem… już wiem! Przecież Adam był chory, widocznie się od niego zaraziłam i w nocy wylazło.

   - W takim razie cię trzeba szybko wyleczyć bo z ciebie żadnego pożytku nie będzie – stwierdziła Ela i zamachała ręką w powietrzu. – Hej, Kaśka, Katarynka! Tutaj jesteśmy! Zobacz co za zdechlak się z niej zrobił – wskazała na ledwie żywą Adelkę. – Musimy ją do porządku doprowadzić.

    - Jest genialny na to sposób, który znam od synowej – ucieszyła się Kasia. – Potrzebne nam będą miód, cytryna i czysta wódka. Masz w domu czy trzeba iść do sklepu?

   - Mam – wykichała i wychrypiała Adelka. – Idę, nie mam siły dłużej stać. A wy jak sobie chcecie. Macie ochotę się zarazić, bardzo proszę, przeciwwskazań nie widzę. Już w metrze taką jedną wstrętną babę zarażałam – zachichotała na wspomnienie sceny w wagonie. – Jej akurat wódka szczęścia nie przyniosła.

   - To może się zarazków pozbyłaś – zaśmiała się Kasia. – Ja się nie boję, pójdę do ciebie. Zresztą Mikołaj przyjedzie po mnie dopiero za trzy godziny, więc i tak muszę.

   - Ja też się nie boję, poza tym nie mam czasu na żadne banie się– dodała Elżbieta.

   Winda stała na parterze, nie trzeba było czekać, więc wkrótce rozgościły się w Adelki mieszkaniu. To znaczy chciały się rozgościć od razu, jednak zwykła ludzka przyzwoitość kazała Kasi wyjść z psami Adelki, żeby chora mogła już zacząć do zdrowia dochodzić, zaś Elka swoje psice zaprowadziła do domu. Po wykonaniu owych czynności rozgościły się na dobre. Kasia z miną znawczyni przygotowała leczniczą miksturę i kazała chorej wypić ją duszkiem. Wypiła, zakasłała lekko, oczy zrobiły jej się okrągłe jak złotówki, nabrała głęboko powietrza, chwilę przytrzymała w płucach.

   - Dobre – powiedziała na wydechu.

   - Prawda? Pycha – przytaknęła Kasia.

   - To ja też chcę – zażądała Elka. – Profilaktycznie chyba można, prawda? Żeby się wirusy nie czepiały.

   - Ona ma rację – stwierdziła wyraźnie ożywiona i coraz weselsza pani domu. – Jak się rozłoży to będzie chrychać na promocji. Zrób jej. I sobie też.

   - Dwa razy nie musisz mi tego powtarzać – uśmiechnęła się Kasia. – Nie mam zamiaru przyczepiać się do twoich zarazków…

   - Popatrz – zdziwiła się Ela, - od samego wąchania bredzi, to musi być dobry lek…

   - Tfu, to znaczy, chciałam powiedzieć, że twoje zarazki nie będą się czepiać do mnie – sprostowała Kasia.

   - Adelka, co masz w karafce, tam u góry, na półce, takie coś strasznie ciemne – zainteresowała się Ela.

   - Aa, to? To zielona herbata z czerwonym winem. Znalazłam przepis na taką zdrowotną nalewkę i zrobiłam.

   - No wiesz co? I nie dałaś spróbować? – oburzyła się Kasia.

   - To obrzydliwie niedobre, nie da się wypić!

   Ela uważnie przyjrzała się karafce.

   - Bujasz. Jest mniej niż na początku, są ślady na szkle. Pewnie piłaś sama.

   - Zdurniałaś? Wietrzeje pomału. To takie niedobre, że może być tylko dla gości.

   Kasia zakrztusiła się z wrażenia.

   - Wy przecież nie goście – uśmiechnęła się błogo Adelka. – To wam nie dam.

   Mikstura zdrowotna według przepisu Łukaszowej Agnieszki najwyraźniej zaczęła spełniać swoją powinność.  Adelcyny katar jakby mniej zaczął się udzielać towarzysko, zaś wszystkie trzy „dziewczyny” odczuwały rosnącą sympatię do siebie oraz reszty świata.

   Rozważyły niezwykle istotną kwestię Elcynej toalety na wieczór promocyjny. Propozycji padło kilka lecz nie udało się ustalić ostatecznie jednoznacznego stanowiska i sprawa pozostała otwarta. Druga kwestia dotyczyła prezentu od przyjaciół.                

   - Nie chciałabyś pojechać do Szczawnicy? – zapytała Kasia. – Teraz jest tak pięknie w samym miasteczku, że nie poznałabyś gdzie jesteś. Tylu nowości nie widziałaś. Promenady nad Grajcarkiem nie widziałaś, ani wyremontowanych budynków na placu Dietla nie widziałaś. Teraz jest nowa rzeźba przy nowej fontannie, choć prawdę mówiąc bardziej mi się stara, kamienna podobała… Cała ulica Zdrojowa jest odnowiona, mostek ma i strumyczek, zegar kwiatowy i pomnik Sienkiewicza. Jest drugi most równolegle zbudowany do starego z Krościenka, nowy parking przy Dunajcu i sklepy z pamiątkami. I jeszcze różne kwiatowe figury zwierząt: Słonie, Dzięcioł, Sowa, Paw, Owieczki, Jaszczurka, Ślimak no i Wiewiór przy  „Halce”. I jeszcze odbudowany Dworek Gościnny w Parku Górnym…

   - O matko – westchnęła Elżbieta. – Pewnie, że bym chciała, tylko jest to niemożliwością. Po pierwsze: nie mam kasy na żadne ośrodki czy hotele. Po drugie nie mam co zrobić z psicami.

   - Znowu bredzisz – zaczęła Kasia.

   - Przestań – wtrąciła Adelka. – Może bredzić. Nasza Elcia to artystka. Wolno jej więcej niż innym i dlatego tyle głupot robi…

    - Już ty lepiej nic nie mów – spojrzała Kasia z politowaniem. – Chora jesteś.

    - Ale mi lepiej, zdecydowanie – Adelka wyraźnie  była z życia zupełnie zadowolona w tej konkretnej chwili historycznej.

   - Cieszę się. Lepiej jednak zdrowiej w ciszy i nie przeszkadzaj – rzekła Kasia. – Elcia, ty wcale nie musisz mieć kasy ani się o psice martwić. Z psicami pojedziesz. Do mnie, to znaczy do naszego wspólnego, znaczy do mojego i Mikołaja mieszkanka. Bo my się zastanawiałyśmy jaki by ci prezent zrobić dla uczczenie twojego, no wiesz, zwycięstwa nad wrogą materią. I stwierdziłyśmy, że kwiatki i takie różne zagracajki i pierdułki to ci nie są potrzebne, masz ich do diabła i trochę, pewnie zresztą dostaniesz od innych. Od nas miałabyś wyjazd na odpoczynek… Co ty na to?

    - Dziewczyny, jakie wy jesteście kochane – rozczuliła się Ela. – Jakie dobre, jakie… już sama nie wiem jakie…

    - Genialne – wtrąciła Adelka. - Po prostu genialne. Przecież to oczywiste.

   Rozległ się dźwięk muzyki z Kasinej kieszeni. Świetny, ostry rock.

   - Jak ja tego nie znoszę – ze wstrętem skrzywiła się Kasia.

   - Zgłupiałaś? –  Elżbieta uniosła brwi w geście wyrażającym zdziwienie i oburzenie najwyższego stopnia. – Przecież to fantastyczny kawałek!

   - Ale ja mam to  ustawione jako budzik. On mi każe wstawać!

   - Aa, to rozumiem – Ela skinęła głową z pełnym zrozumieniem. – Więc ustaw sobie coś innego do pioruna! Jakieś paskudztwo najlepiej. To przecież jest boskie!

                                                         

© Anna Blog
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci