Menu

Anna Blog

...takie sobie dyrdymałki...

Opowieść Marianny

"Opowieść Marianny" - koniec

annazadroza

Szliśmy objęci i przytuleni do siebie jakbyśmy mieli po szesnaście lat. Nie spotkaliśmy nikogo po drodze, pora była nietypowa dla psiarzy. Wjechaliśmy windą na górę. Herbert przekręcił klucz w zamku. Zanim otworzył drzwi zasypał mnie gradem niecierpliwych pocałunków,  szukałam jego warg omdlewając ze szczęścia… Nacisnął klamkę, otworzył drzwi…

   Usłyszałam pisk i coś spadło mi na głowę, wplątało się we włosy. Sięgnęłam ręką i trafiłam na coś miękkiego. Szczur!

   - Szczur! Szczur! – wrzeszczałam jak opętana.

   Herbert skamieniał w pierwszej chwili.

   - O choroba! – krzyknął i rzucił się w pogoń za szczurem, który zeskoczył z mojej głowy drapnąwszy mnie wcześniej w policzek.

   Stałam nieprzytomna ze strachu, rozdygotana i dopiero po dłuższej chwili zaczęło docierać do mnie co się dzieje.

   Herbert skoczył najpierw w stronę szklanych drzwi oddzielających dwa mieszkania, jego i najbliższego sąsiada, od reszty korytarza. Domknął je gwałtownie. Dopiero wtedy odetchnął i zwrócił wzrok w kierunku „szczura”. Siedział w kącie, malutki, biały w czarne łatki, wystraszony tak samo jak ja, ale dodający sobie odwagi fukaniem, wyraźnie skierowanym w moją stronę. Napięcie mnie opuściło i dostałam ataku śmiechu.

   - Przepraszam cię, kochanie – tłumaczył Herbert biorąc kociaka na ręce. – Zupełnie zapomniałem, że mam nowego lokatora, na którego trzeba uważać. Teresa mi go dzisiaj przyniosła, co miałem zrobić? Został sam, taki mały, bezdomny kocurek. Dorota znalazła martwą kotkę a to biedactwo się do niej tuliło.

   - A Gałgan? – uświadomiłam sobie, że nie słyszałam szczekania.

   - Obraził się na mnie. Siedzi w drugim pokoju.

   - Przejdzie mu, jeszcze będzie zadowolony z towarzystwa – powiedziałam głaszcząc kotka.

   Wreszcie weszliśmy do mieszkania  zaśmiewając się z zabawnej przygody. Dobrze, że nie było sąsiada, bo najadłabym się wstydu za swoje tchórzostwo. Gałganowi widocznie zaczął mijać zły humor, bo podszedł do mnie i przywitał się serdecznie, choć po cichu. Obserwowałam z uśmiechem i radością psa, który zbliżył się do pana, machnął ogonem dając do zrozumienia, iż wybacza mu jego wszystkie grzechy. Uspokojony Herbert postawił malucha na podłodze. Ten zaś zadomowił się natychmiast, rozejrzał się, przydreptał do psa i położył się obok. Gałgan obwąchał kocurka i łaskawie pozwolił mu pozostać u swego boku.

   Herbert objął mnie, przytuliłam się do jego ramienia.

   - Mam nadzieję, że ze strony zwierzaków nie grożą nam już żadne niespodzianki – mówił mierzwiąc mi włosy i tak splątane przez kotka. – Proszę, wejdź do pokoju.

   Weszłam do pokoju, w którym przyciągało wzrok ogromne akwarium. Jego oświetlenie rzucało blask na wszystkie strony, woda poruszana przez pływające rybki sprawiała, że załamujące się refleksy świetlne przesuwały się po ścianach, kotarach, po dużej ilości roślin rozmieszczonych na oknie i w kwietniku. To był cudowny pokój, o ścianach przyozdobionych cieniami „latających” ryb.

   - Nie włączaj światła – szepnęłam. – Tu jest jak w bajce.

   - Naprawdę ci się podoba? – spytał pochylając się nade mną, nie dając mi już możliwości odpowiedzi.

   Odpłynęłam w krainę, do której można trafić tylko we dwoje, tylko na skrzydłach miłości, gdy duch i ciało odnajdują się i zespalają w jedną, jedyną całość we wszechświecie.

   Leżałam z głową na ramieniu ukochanego, całym ciałem w niego wtulona, zasłuchana w rytm bijącego serca. Bijącego w tym samym rytmie, co moje. Sięgnęłam dłonią do policzka Herberta. Delikatnie przesuwałam palcami po twarzy jak ślepiec wbijający w pamięć drogie sobie rysy.

   - Kochanie – szepnęłam, - bądź ze mną zawsze, zawsze, nawet wtedy, kiedy cię nie ma w pobliżu.

   Zginęłam całkiem w jego objęciach. Ryba patrząca na nas z akwarium dziwiła się pewnie, jak to jest: było dwoje a jest jedno.

   - Czy to jest twoje trzecie życzenie? – spytał

   - Tak kochany, właśnie trzecie życzenie.

   - A więc muszę je spełnić. Przecież wiesz, że dotrzymuję słowa.

   - Musisz, czy chcesz – zmarszczyłam groźnie brwi.

   - A jak myślisz? – zaśmiał się bezgłośnie i zamknął mi usta pocałunkiem.

   Po chwili zgodnie szybowaliśmy ku granicy niebytu wiedząc, że jest już gdzieś tam, wysoko, zaklepane dla nas podwójne miejsce. Na zawsze, na wieczność, do końca świata.

                                          

 

 

 

 

 

 

 

 

"Opowieść Marianny" 20

annazadroza

 Przez szeroko otwarte balkonowe okno wiatr wtłaczał do pokoju świeże, ciepłe, czerwcowe powietrze, pachnące latem i słońcem, stawiające przed oczyma obrazy wielu wakacyjnych dni z minionych lat. Siedziałam nieruchomo, zapatrzona i zasłuchana we wspomnienia. Widziałam ukwiecone łąki, polne drogi obrośnięte po bokach wysokimi trawami, krwawnikiem, macierzanką, mleczami i najprzeróżniejszym, kolorowym zielskiem. Środkiem zaś gładkie, zielone, „wygryzione” przez krowy i wyglądające jak po przejeździe kosiarki elektrycznej. Widziałam falujące zboża ubarwione czerwonymi makami, różowofioletowymi kąkolami, kwitnące krzaki dzikiej róży, rozrośnięte krzewy głogu nad którymi krąży śpiewający szary ptaszek mający gniazdko uwite wśród kolącej gęstwiny gałęzi. U stóp starych głogów leżały kamienie, całe stosy kamieni pozbieranych z pól. Można wśród nich znaleźć skamieniałe muszelki, odbite amonity różnej wielkości. Widziałam rzekę, do której schodzi się z pagórka  zasłanego dywanem złotej pszenicy kłaniającej się wszystkim stronom świata w zależności od woli wiatru. Zobaczyłam siebie uciekającą w popłochu przed stadem krów pędzących wprost do rzeki.

   Ostatnie wspomnienie było tak zabawne, że parsknęłam głośnym śmiechem. Leżąca obok Kuleczka przyjrzała mi się uważnie.

   - Nie patrz tak na mnie, mam powód do śmiechu – pogłaskałam kotkę po łebku.

   Oto właśnie trzymałam w ręku książkę. Moją własną, osobistą powieść, której autorskie egzemplarze dzisiaj odebrałam. To było niesamowite przeżycie. Oglądałam ją ze wszystkich stron, dotykałam, wąchałam jak dziki Papuas widzący takie dziwadło pierwszy raz w życiu.

   - Zobacz koteczko, przyjrzyj się. Widzisz co tu jest napisane?

   Kuleczka szeroko ziewnęła dając do zrozumienia, że jest jej to zupełnie obojętne. W końcu, cóż, nie musiała się przejmować faktem, iż moją pierwszą powieść zadedykowałam Herbertowi. Może to i był szalony pomysł. Kiedy zobaczyłam tekst już wydrukowany zrobiło mi się dziwnie i przyszło do głowy: co ludzie powiedzą? Zaraz jednak machnęłam ręką. A cóż mnie to obchodzi? Obchodzi mnie tylko to, co myśli ten jeden jedyny „ludź” a nie reszta. Mam rację? Mam. Ciocia Jadzia też tak powiedziała, kiedy była tu z Urwisem w święta.

   Długo z nią rozmawiałam o wszystkim co się wydarzyło. Zawsze potrafiła mądrze ocenić i doradzić „jak trzymać”. Kochana ciocia. Zaraz jutro wyślę jej książkę. Jakże się ucieszy! A jaka będzie ze mnie dumna!

   Zdecydowałam się. Wzięłam długopis. Napisałam: Herbertowi, któremu zadedykowałam tę powieść, ofiarowuję pierwszy autorski egzemplarz życząc miłej lektury. Włożyłam ten historyczny egzemplarz do reklamówki, zawołałam Alfunię  i lekka jak piórko ruszyłam w stronę bloku Herberta, zostawiając dzieci na podwórku.

   W miarę zmniejszania się odległości między mną a domem Herberta rosła moja waga.  Wreszcie ciężar stał się ogromny, nogi nie mogły go unieść i chyba wrosły w ziemię. Alfa nie mogła tego pojąć i poszczekując biegała wokół, aby zachęcić mnie do dalszego spaceru.

   A może ja wcale nie miałam racji? Ubzdurałam sobie coś, wyobraziłam i żyłam mrzonkami przez tyle miesięcy? Co ja mam zrobić? Tak po prostu zapukać i powiedzieć: cześć, mam dla ciebie książkę? A on spojrzy na dedykację, zwróci książkę i powie: dziękuję, nie lubię babskich czytadeł, trzeba było mnie wysłuchać rok temu.

   Rok to bardzo dużo czasu. Odszukałam wzrokiem jego balkon. Coś tam się ruszało. Wytężyłam wzrok. Choroba, źle widzę bez okularów. Źle… ale przecież zobaczyłam Herberta stojącego tyłem, opartego o balustradę i… zamknęłam oczy, i jeszcze raz wpatrzyłam się w to samo miejsce otworzywszy je po chwili. W balkonowych drzwiach stała jakaś dziewczyna z długimi, jasnymi włosami.

   Poczułam zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Cóż w tym dziwnego, że tam była? Przecież rok to bardzo długo, to bardzo dużo czasu… Stałam i stałam aż zniknęli oboje w głębi mieszkania.

   Postarzała chyba o sto lat, z wysiłkiem odwróciłam się w drugą stronę. Ruszyłam w kierunku domu krok za krokiem, ciągnąc za sobą nogi jakby były z ołowiu. Mój świat się skończył, więc moje życie także mogło się skończyć. Tak byłoby najlepiej. Stało mi się w tej chwili wszystko obojętne, nawet dzieci, kotka, Alfa i nasz dom. Chciałam tylko dotrzeć do siebie nie spotykając nikogo po drodze, położyć się i już więcej nie wstać.

   Jak na złość natknęłam się na Majkę. Była tak rozpromieniona, że nie mogłam tego nie zauważyć nawet w stanie ducha, w którym się znajdowałam.

   - Grzegorz dzwonił,  wraca – zawołała uszczęśliwiona a spojrzawszy na mnie dodała: - rany boskie, co się stało?

   - Nic – odpowiedziałam z wysiłkiem. – Tylko łeb mi pęka.

   - To nie łaź po osiedlu. Mogłaś chłopaków wysłać z Alfą. Idź się połóż. Masz jakiś przeciwbólowy proszek w domu?

   - Nie, nie wiem, zobaczę.

   - Już cię tu nie ma, idź się położyć. No, już cię tu nie ma, słyszysz? Wyglądasz jakbyś już nie żyła. Zaniosę tę teczkę Teresie, jest u Herberta, chce mu wcisnąć kota. Zaraz do ciebie przyjdę.

   Co ona właściwie powiedziała? Że idzie do Teresy czy do Herberta? Że jak? Kto jest u Herberta? Teresa? Boże, ja chyba oszalałam! To przecież mogła być Teresa. To była Teresa! Oparłam się o mur.

   - To Teresa jest u Herberta? – spytałam nieswoim głosem.

   Majka jakoś tak dziwnie na mnie spojrzała.

   - Tak, Teresa, dobrze słyszałaś, moja rodzona, własna siostra. Nie mam innej. Idziesz wreszcie czy mam cię zaprowadzić?

   - Idę, już idę – szepnęłam połykając łzy.

   Dowlokłam się do domu i usiadłam. Uświadomiłam sobie z całą wyrazistością: wszystko co osiągnęłam zawdzięczam tylko Herbertowi, żyję przez niego, dla niego i dzięki niemu, on jest moim źródłem energii, bez niego nie ma mnie wcale, nie istnieję, nie działam, nie funkcjonuję. Przecież to straszne. Kobieto, opamiętaj się – powiedziałam do lustra.

    Nie wiem ile czasu tak siedziałam, chyba całą wieczność. Nagle usłyszałam delikatne pukanie do drzwi. Pewnie Majka przyniosła jakiś proszek na mój rzekomy ból głowy.

   - Wejdź, otwarte – zawołałam.

   Wstałam zanim drzwi się otworzyły i stanęłam przy oknie. Po co ma widzieć, że znowu ryczałam. Na dworze zachmurzyło się, pociemniało, to nie zobaczy.

   Drzwi skrzypnęły. Pomyślałam, że muszę je nasmarować. Czemu Alfa tak szczeka? Majki nie poznaje czy co? Usłyszałam kroki i odwróciłam się gwałtownie. To nie były kroki Majki! Przede mną stał Herbert. W białych spodniach, błękitnej koszulce, jasny i promienny.

   - Kazałaś wejść to wszedłem – powiedział po prostu. – Przywitasz się ze mną czy znów będziesz chciała skakać przez okno?

   Stałam wpatrzona w niego niczym w nadprzyrodzone zjawisko. Chyba się znowu nie rozryczę… O rany, tylko nie to!

   - Słyszałem, że miałaś zamiar wyzionąć ducha pod moim blokiem, przyszedłem więc spytać czego ci, nieszczęsna duszyczko, potrzeba do szczęścia?

   Żartobliwy ton wypowiedzi wprowadził jeszcze większy mętlik do mojej biednej, skołowanej głowy.

   - Kto ci to powiedział? Pewnie Majka? Nie wiem kto ją o to prosił.

   - Ale ja wiem – przerwał mi. – Marianno, przecież ja cały czas śledziłem twoje poczynania, wiedziałem o wszystkim, co robisz, w każdej chwili gotów byłem pomóc.

   - Nic o tym nie wiem, nawet raz cię od tego czasu nie widziałam – odpowiedziałam z nieuzasadnioną, głupią pretensją, jakbym to nie ja narozrabiała, lecz on.

   Teraz się powinien obrazić na śmierć i życie, i pójść sobie… Nie, tylko nie to… nie odchodź, bo umrę bez ciebie… już nigdy nie odchodź!

   - Kochanie, wiele razy chciałem się do ciebie odezwać ale Majka mi nie pozwoliła. Stwierdziła, że najpierw musisz dojrzeć i dopiero wtedy będzie można z tobą rozmawiać.

   - Oo, jędza! – wyrwało mi się.

   Roześmiał się. Śmieje się ze mnie. Cały czas się śmieje. Patrzyłam ponuro w podłogę a on śmiał się coraz głośniej. Co za romantyczna scena! Teraz sąsiadka z góry powinna zalać mi mieszkanie, albo lepiej: niech się sedes z hukiem rozleci na drobne kawałki...

   - Jak się okazało, Majka ma intuicję . Osiągnęłaś niesamowity sukces. Nie masz pojęcia jaki jestem z ciebie dumny.

   Zrobiło mi się nagle potwornie głupio. Jak ja się zachowuję?

   - Marianno, poprzednio nie dopuściłaś mnie do słowa a teraz się do mnie nie odzywasz. Czy mam sobie pójść czy mogę tu jeszcze trochę postać? Dobrze mi się stoi w twoim towarzystwie, w ciszy i spokoju. Wiesz, że nie lubię nadmiernie gadatliwych kobiet.

   Rozkleiłam się zupełnie.

   - Herbercie – powiedziałam cicho. – Ja cię bardzo za wszystko przepraszam. Zachowałam się idiotycznie i wtedy, i teraz przed chwilą też.

   - Wyszło nam to obojgu na zdrowie – wyciągnął do mnie rękę. – Daj łapkę na zgodę. Już dobrze?

   Skwapliwie podałam mu rękę. Boże, ile razy we śnie widziałam podobną scenę. Bałam się głębiej odetchnąć, by nie spłoszyć tego snu.

   - Hej, nie śpij, ja tu jestem naprawdę – powiedział półgłosem.

   Skąd wiedział o czym myślę? Delikatnie przyciągnął mnie do siebie. Pierwszy raz na jawie przytuliłam się do najmilszego mi człowieka na świecie. I oczywiście – rozryczałam się ze wzruszenia, bo jakby mogło być inaczej. Całe szczęście, że z hukiem wpadły moje dzieci wracające z podwórka. Może nie zauważył, że zmieniłam się w fontannę?

   - Marianno, czy wypada, żeby redaktorka poczytnego pisma robiła z siebie fontannę?

   - No wiesz…

   - Idź, daj dzieciom kolację a ja sobie tu chwilę posiedzę - przytulił mnie znowu, bardzo, bardzo mocno i lekko pchnął w kierunku kuchni. – No idź już i prędko wracaj.

   Spojrzałam na reklamówkę leżącą w przedpokoju.

   - Proszę, to dla ciebie, nie będziesz się nudził.

   Zajęłam się dziećmi: pogoniłam do kąpieli, zaniosłam kolację do łóżek, włożyłam do magnetowidu kasetę z nową komedią, ucałowałam na dobranoc i wyszłam z pokoiku zamykając drzwi, uprzedziwszy – jak zwykle, - że w razie czego mają ciocię Bożenkę wołać na pomoc.

   Podeszłam do Herberta, stanęłam za fotelem, objęłam go za szyję. Przytulił twarz do moich rąk.

   - Jeszcze od nikogo nie dostałem takiego prezentu. I nie dostanę. Jestem wzruszony jak nigdy w życiu. Może się rozpłaczę, jak myślisz?

   - Nie ma obawy, to nie jest zaraźliwe – uśmiechnęłam się do ukochanych, szarych oczu, lekko w tej chwili przymrużonych.

   Wtulając twarz we włosy Herberta, czując na dłoniach delikatny dotyk jego warg, zaczynałam tracić poczucie rzeczywistości.

   - Herbercie, mów coś do mnie – poprosiłam.

   - Cicho, bo chłopcy przyjdą sprawdzić co wyprawia ich matka – szepnął. – Już późno, trzeba iść.

   Zajrzałam po cichu do dzieci, spały jak aniołki, film się skończył.

  O nie, ten wieczór tak się nie może zakończyć. Po roku męczarni i czekania? Objęłam go w pół, najchętniej zastygłabym w tej pozycji do końca życia.

   - Herbercie – szepnęłam, - zaprosiłeś mnie do siebie, pamiętasz? Wtedy nie wyszło, ale teraz…

   - Przyjmiesz zaproszenie i nie będziesz już na mnie krzyczała, tak? – odpiął mi klamrę z włosów, rozsypały się i okryły plecy.

   - Tak, chodźmy…

 

 

 

 

 

 

 

       

"Opowieść Marianny" 19

annazadroza

   Nie da się ukryć, że ostatnia uwaga Majki dała mi wiele do myślenia. Kretynka to kretynka, ale dlaczego akurat w tym momencie?

   Jesteś Marianno głupią, rozhisteryzowaną babą, nie umiejącą zapanować nad nerwami i językiem – mówiłam sama do siebie. Dopóki sobie z tym nie poradzisz, nic z ciebie nie będzie. Nie będziesz godna stąpać po ziemi, po której on stąpa, ani spoglądać w księżyc, który jego otacza swymi promieniami. Nie możesz go też widzieć i słyszeć dopóki nie dosięgniesz swego ideału. A jeśli będzie za późno – twoja wina. Pozostanie ci wycie do księżyca i snucie się o północy po leśnych drogach. W jednym i drugim masz już wprawę.

   Fakt, że zaczynałam chwilami niezupełnie poważnie rozmawiać sama ze sobą, oznaczał niewątpliwie duży krok na drodze do odzyskania równowagi wewnętrznej. Któregoś dnia uświadomiłam sobie swoje własne myśli z reguły bez żadnej kontroli przepływające w ogromnych ilościach przez moją mózgownicę. Jak to? Czy tylko ja zgłupiałam czy cały świat stanął do góry nogami? To ja, słaba kobieta, ten niby puch marny, walczę z losem, z całym światem i ze sobą, żeby zdobyć ukochanego? Pokazać mu, iż nie jestem jedynie zlepkiem samych okropnych wad – bo o tym się zdążył przekonać, - ale i coś dobrego też we mnie siedzi? Chcę zdobyć sławę i majątek i rzucić mu to pod nogi?

   Oj, żeby sobie tylko na tym zębów nie wybił… I kto tu jest Wokulskim, a kto Izabelą-lalką? Z drugiej strony – nikt mi nie kazał. Mogłam zwyczajnie do niego pójść, powiedzieć: wygłupiłam się, przepraszam, przyjmij mnie z powrotem do redakcji  jeśli możesz, będę grzeczną, miłą, uśmiechniętą pracownicą, przyniosę kawę, herbatę, upiekę ciasto… O, co to – to nie. Nigdy. Zresztą, wtedy rzeczywiście nie spojrzałby nawet w moją stronę. Na jego miejscu tak bym zrobiła. Intuicyjnie wyczuwałam, że nie jest to czas stracony, lecz bardzo ważny czas próby i ogromnej pracy. Muszę jemu, ale i sobie udowodnić ile jestem warta. Stanąć dokładnie naprzeciw niego, ani o centymetr niżej i wtedy przekonać go, że o ile zechce – zawsze będzie mógł się na mnie wesprzeć, wszystko wytrzymam.

   Pracowałam więc jak szalona. Pisałam, pisałam i pisałam. Pomysły jeden za drugim przychodziły mi do głowy, nie nadążałam za własnymi myślami, wpadłam w manię pisania. W całym domu leżały porozkładane kartki i długopisy. Co chwilę przerywałam domowe czynności w rodzaju prania czy zmywania naczyń i coś zapisywałam, żeby nie umknęło.

   Z dziećmi na szczęście nie miałam problemów. Okazało się, że Piotrusiowi szybciej wchodzi do głowy matematyka, zaś Jacuś lubi wymyślać opowiadania i od razu widać, że z niego urodzony humanista. Każdy szybko odrabiał pracę domową z ulubionych przedmiotów, potem pomagali sobie w tajemnicy przede mną i mieli z głowy. Co jakiś czas kazałam im się wzajemnie  przepytywać nagradzając tę niedogodność lodami albo czekoladą. Tak minęła zima. Już nie uciekałam w przeciwną stronę na widok każdego psa przypominającego z daleka Gałgana. Robiłam to zresztą niepotrzebnie. Wcale tu nie przychodził, jego pan też, co oczywiście dawało mi temat do rozmyślań.

   Jeśli mężczyzna nawet nie spojrzy w stronę kobiety, która go kiedyś interesowała, oznacz to jedno: faktycznie interesować go przestała… Nie, nieprawda. Nie i już! Uświadamiając sobie tę myśl odrzucałam ją od siebie. To przecież myśl kształtuje rzeczywistość, precz z negatywnym myśleniem! Kocham Herberta. Kocham do obłędu, do szaleństwa. Kocham go tak bardzo, tak bardzo… On mnie też będzie kochał. Musi. Nie ma innego wyjścia, bo ja nigdy nie przestanę. Nigdy! Nigdy! Tuliłam jedno jedyne zdjęcie, które miałam. Zrobiłam je kiedyś z balkonu. Wszystkie uczucia wyznawałam patrząc w tę fotografię, opowiadałam o marzeniach i pragnieniach. Naprawdę odnosiłam wrażenie, że jest gdzieś w pobliżu, czułam to.

   Chodziłam z psami na spacer. Bożenka miała grypę, więc zabierałam ze sobą Hondę. Zaczęłam się zbliżać do domu Herberta. Jak dzikie zwierzę zataczałam wokół kręgi. Usiłowałam z daleka zaglądać w okna pragnąc ujrzeć choć cień postaci. Tęsknota stawała się nie do zniesienia. Wracałam do domu i zapisywałam niezliczone ilości kartek papieru rozmazując łzy.

"Opowieść Marianny" 18

annazadroza

   Przez długi czas po owym fatalnym dniu żyłam jak w letargu. Na pozór funkcjonowałam prawidłowo, wykonywałam domowe obowiązki, odpowiadałam w miarę sensownie na zadawane pytanie. Szkrabom powiedziałam, że mam zaległy urlop. Były uszczęśliwione chwilową rezygnacją ze świetlicy.

   Wszystkie formalności w redakcji pozałatwiał za mnie niezastąpiony Pawełek. Prawdę mówiąc, nie wiem co podpisywałam, gdy mi podsuwał kolejne papiery ale sporo tego było. Zdziwiłam się niezmiernie, kiedy któregoś dnia Majka zawołała z balkonu.

   - Marianna! Ruszaj się szybko, telefon do ciebie.

   Okazało się, że to Bogdan, kolega, który kiedyś proponował mi pracę, odnalazł mnie przez Pawełka.

   - Czy ty pamiętasz, że pojutrze przychodzisz do pracy? Chciałem się upewnić.

   - Co ty bredzisz Bodziu? Do jakiej pracy? Pawełek ci nie powiedział, że nie pracuję?

   - Marianno, czy ty jesteś przytomna? Przecież Pawełek był u ciebie z papierami i podpisałaś.

   - Był z jakimiś i kazał mi podpisać. Pokazał palcem gdzie trzeba, to podpisałam.

   Cisza w słuchawce. Po dłuższej chwili się odezwał.

   - Podpisywałaś i nie wiesz co?

   - Ojej, mówił, ale nie byłam w stanie się skoncentrować. Mam problemy osobiste, więc mi wolno. A Pawełek mówił długo i zawile, więc pewnie miał rację. Ja mu wierzę bez zastrzeżeń.

   - Ja już teraz nie. Powiedział, że jesteś na granicy choroby psychicznej, a ja widzę, że jesteś już całkiem stuknięta.

   - O, wypraszam sobie, - oburzyłam się. – Najwyżej mam lekkiego bzika na skutek zbiegu niepomyślnych wypadków losowych.

   - Niech ci będzie. Masz być o ósmej rano u mnie. Rozumiesz?

   - Tyle rozumiem, ale nic więcej.

   - Aha, słuchaj, czy to prawda co mówił Pawełek?

   - Pawełek zawsze mówi prawdę. A co mówił?

   - O twojej nagrodzie w konkursie.

   - Tak, wygrałam, udało mi się. Już nawet mam wydawcę.

   - No to bomba, gratuluję. Czekam na ciebie pojutrze rano. Nie zapomnij, zapisz sobie na lustrze.

   Pokręciłam głową z podziwu dla Pawełka. To dopiero przyjaciel. Umiał każde wydarzenie przedstawić w świetle najodpowiedniejszym w danym momencie, byle komuś pomóc. Nawet Bodzia przekonał, tego niezwykle poważnie podchodzącego do życia, spokojnego Bodzia.  Taki to jest Pawełek. Bez krzty fałszu czy obłudy co się rzadko zdarza w dzisiejszych czasach. Dobrze wiedziałam, że przysługa, którą mi oddał nie była rewanżem za to, że przygarnęłam go, kiedy wyprowadził się od swojej pierwszej żony z walizeczką i maszyną do pisania. Spał w pokoju chłopców a pisał nocami w kuchni. Maluchy oraz mój, wtedy jeszcze nie „były” małżonek, nie wyrażali sprzeciwu. Potem spotkał Kasieńkę, przemiłą dziewczynę, swoją obecną żonę i ułożyło mu się życie na nowo.

   - Majka, czy mogę przekręcić do Pawełka? – spytałam.

   - A kręć sobie.

   - Cześć Kasieńko. Czy twój mąż jest w domu, czy też ukrywa się po tym, co narozrabiał?

   - A cóż on znowu takiego narozrabiał? – ucieszyła się Kasieńka.

   Nie wiem co się ze mną stało, bo się nagle rozryczałam.

   - Co mówisz? Nic nie zrozumiałam – dopytywała się Pawełkowa połowica.

   - On mi znalazł pracę – ryczałam dalej.

   Majka przyglądała mi się z fotela z jakimś dziwnym wyrazem twarzy. Potem coś powiedziała do Aby, która też zaczęła mi się przyglądać, przekrzywiając czarną, kosmatą mordę to w jedną, to w drugą stronę.

   - Przestań beczeć – wołał do słuchawki Pawełek, nie zauważyłam, kiedy zastąpił przy słuchawce Kasieńkę. – Uspokój się wreszcie! Sama opowiadałaś, co ci Bodzio proponował. Zadzwoniłem i zapytałem czy sprawa jest jeszcze aktualna. Przywiozłem ci papiery, wytłumaczyłem o co chodzi, myślałem, że wszystko rozumiesz. Podpisałaś i już. Skąd mogłem wiedzieć, że jesteś nieprzytomna? To wszystko.

   - Nie wszystko! – oburzyłam się głośno wycierając nos w chusteczkę. – Zrobiłeś ze mnie wariatkę.

   - Wcale nie musiałem tego robić – sprostował uprzejmie.

   - Wiesz co? – zastanowiłam się. – Może i masz raję…

   - No widzisz, nareszcie zaczynasz mówić rozumnie – ucieszył się.

   Musiałam wyglądać koszmarnie, bo Majka przyjrzała mi się jeszcze raz i wygoniła mnie do łazienki.

   - Rozmazałaś się. Idź się umyć, bo wyglądasz jak nieboskie stworzenie.

   Kiedy wróciłam, nalała piwa do wysokiej szklanki i postawiła przede mną.

   - Masz, napij się, dobrze ci to zrobi.

   Rozmawiałyśmy o mojej powieści, o kilku opowiadaniach, które kiedyś napisałam, o dzieciach. Opowiedziała mi historię Teresy i jej obecnego męża Juranda, czego wysłuchałam z wyjątkowym zainteresowaniem. Wreszcie podniosłam się z krzesła.

   - Czas do domu. Muszę jeszcze sprawdzić lekcje Szkrabom. Dzięki ci, Majka, rozładowałam się dzięki tobie.

   - Wiesz co? Nie przypuszczałam, że aż tak bardzo to wszystko przeżyłaś. Dobrze się trzymałaś. Ale czy warto robić z siebie taką bohaterkę?

   - Myślisz o Herbercie? – pierwszy raz od owego fatalnego dnia głośno wymieniłam jego imię.

   Skinęła głową.

   - Co zamierzasz?

   - Muszę najpierw pozbierać się do kupy, zebrać siły i… nie wiem. On pewnie nigdy w życiu już na mnie nie spojrzy. Wcale by mnie to nie zdziwiło.

   - Kretynka – określiła mnie jednym słowem sąsiadka zamykając za mną drzwi.

 

 

"Opowieść Marianny" 17

annazadroza

   Wyszłam z redakcji, szłam, szłam i szłam ze Śródmieścia na Ursynów. Właściwie wlokłam się noga za nogą. Nie widziałam wokół siebie ludzi, było mi obojętne gdzie jestem, czy mnie ktoś potrąca, czy się za mną ogląda. Nie mogłam skupić uwagi na żadnej konkretnej myśli. Dziesiątki ich, może setki kłębiły się w mózgu, a ten myślowy chaos stwarzał pozory kompletnej bezmyślności i tępoty. W którąkolwiek stronę zwróciłam wzrok, widziałam zimne, stalowe oczy Herberta. Gdzieś wewnątrz mózgu słyszałam głos Majki: Herbert jest tak dumny, że o nic nie prosi dwa razy, a odepchnięty – nie wraca.

   Dotarłam do szkoły na godzinę siedemnastą. W ostatniej chwili odebrałam dzieci ze świetlicy. Obaj byli na mnie obrażeni. I słusznie.

   - Dlaczego tak późno po nas przyszłaś? – indagował nadąsany Jacuś.

   - Tylko Kowalski został i my – skarcił mnie Piotruś. – Wstyd!

   - Pewnie, że wstyd – dodał Jacuś. – On ma mamę co pije piwo, wszyscy to wiedzą. I często zapomina po niego przyjść. A ty co?

   - Głowa mnie okropnie boli – wcale nie kłamałam, czułam tępy ból jakby ktoś od środka uderzał czymś twardym w celu powiększenia czaszki.

   - To pewnie dlatego, że obaj razem poszliśmy do szkoły – stwierdził poważnie Jacuś.

   - Co to ma wspólnego z moją głową? – zdziwiłam się.

   - Bo mama jednego chłopaka z drugiego podwórka mówiła, że jak córka poszła do szkoły, to ją o to głowa nie bolała, a jak syn, to strasznie – wyjaśnił Piotruś.

   - A jak twoje dwa syny poszły razem, to cię głowa musi boleć za dwóch, bo za córki to by cię nie bolała. Rozumiesz teraz? – zaglądali  mi w oczy.

   Przygarnęłam do siebie dwa ciemne łebki, moje ukochane małe Szkraby martwiące się, że to przez nich matkę boli głowa.

   - Na pewno nic mnie przez was nie boli – ucałowałam pyzate policzki. Wy jesteście moje Szkrabiątka i kocham was najbardziej na całym świecie. Wiecie o tym, prawda?

   - Ze wszystkich dzieci, to tak – podniósł główkę Piotruś.

   Poczułam się trochę dziwnie. Co ten dzieciak ma na myśli?

   - Bo z psów kochasz najbardziej Alfunię, a z kotów Kuleczkę – wyjaśnili.

   - Ależ oczywiście, macie absolutną rację. Za waszą wielką spostrzegawczość dostaniecie ryż z truskawkami i śmietaną na kolację.

   - Hurra! – podskoczył Jacuś.

   - A na pewno się rozmroziły? – upewniał się praktyczny Piotruś.

   - Do tej pory na pewno – rozwiałam wątpliwości synka.

   Zjedli przysmak, pobiegli z Alfunią na podwórko. Bałam się wyjść na balkon. Wszędzie widziałam Gałgana a zza każdego krzaczka wyłaniał się Herbert z bezlitosnym, zimnym spojrzeniem, na które w pełni zasłużyłam. A przecież wczoraj siedział obok, patrzył na mnie jak na kogoś bardzo bliskiego, czułam jego ciepło oraz – mimo dzielącego nas stolika – czułam jego bliskość. To się już nigdy nie powtórzy. Nigdy! Wszystko zniszczyłam. Sama! Nie dałam mu dojść do słowa. Powiedział, że nie oszukuje. To przecież jest prawda!

   Nagle mnie olśniło. Skąd mógł wiedzieć, że wróciłam do panieńskiego nazwiska i nazywam się Sadowska, skoro na drzwiach i liście lokatorów widnieje nazwisko mojego byłego męża? Tematów związanych z pracą zawodową nie poruszaliśmy wychodząc z założenia, że trzeba odreagować stres związany nie tyle z samą pracą co z pewnymi osobami, z którymi przychodzi się kontaktować.

   To moja wina, że niczego nie kojarzyłam, żadnych faktów. Jakże mogłam się nie domyśleć, że to on?! Teraz zapłaciłam za własną bezmyślność. Na dobrą sprawę powinnam pójść go przeprosić. Tu moje „drugie ja” rzuciło się na moje „pierwsze ja”. Co? Jeszcze czego! Żeby pomyślał, że żebrzesz i prosisz o łaskę? Albo szukasz  tak zwanej protekcji i korzyści materialnych? O nie! Musisz stanąć na głowie, żeby stanąć na własnych nogach. Dopiero wtedy możesz się do niego pierwsza odezwać.

   Ryczałam jak bóbr. Musiałam jakoś wyrzucić z siebie nadmiar przeżytych dzisiaj wrażeń, rozładować napięcie. Byłam przekonana, że moje dalsze życie będzie jedynie ponurym pasmem przykrych chwil, które muszę znosić ze względu na dzieci.

   Co chwilę wpadałam z jednej skrajności w drugą. Z przekonania, że jakoś sobie poradzę, w strach przed następnym dniem. Z rozważań „co on sobie o mnie pomyśli” do: „ja mu jeszcze pokażę”. Z nadziei w otchłań rozpaczy. I tak przez cały czas.

   Dzieci już spały, kiedy Majka zawołała mnie przez balkon.

   - Chodź z psem, to ci coś opowiem po drodze.

   Zadrżałam z obawy, że będzie to dotyczyło dzisiejszych wydarzeń. Na szczęście nie. O niczym jeszcze nie wiedziała.

   - Rozmawiałam o tobie z Teresą. Mówiłam ci, że zbiorowo założyli własne wydawnictwo.

   - Tak, mówiłaś, że ona i Dorota.

   - Co Dorota?

   - Też jest w tej spółce.

   - Aha, no tak. Właśnie kazały mi przywieźć twoją powieść. Masz wolną kopię?

   - Mam.

  - To mi ją daj. Jutro Maciek przyjedzie rowerem i zabierze.

   - Dobrze.

   - Co ci jest? – spojrzała na mnie podejrzliwie.

   - Dlaczego?

   - Wyglądasz jakoś dziwnie.

   - Głowa mi pęka z bólu przez cały dzień i ledwo patrzę na oczy.

   - No to wracamy, psy zrobiły co trzeba. Daj tylko kopię i idź się kładź.

    

 

 

 

 

 

 

 

© Anna Blog
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci