Menu

Anna Blog

...takie sobie dyrdymałki...

Niezwykłe wakacje Julki

"Niezwykłe wakacje Julki" 11 - koniec

annazadroza

Lipiec minął jak z bicza strzelił, nie wiadomo kiedy. Dzieci uprosiły rodziców, żeby dziewczynki mogły zostać jeszcze chociaż przez dwa tygodnie. Pogoda dopisywała więc wchodziły w rachubę wszelkie wakacyjne przyjemności jak choćby wyprawy do lasu na jagody, z którymi ciocia robiła pyszne pierogi, palenie ogniska i pieczenie ziemniaków na tak zwanym ugorku praprababci, zjeżdżanie wózkiem z dyszlem po polnej drodze z górki nazywanej  Styrkiem, opalanie się na Skałkach albo nad rzeczką czy pływanie w stawie. Były też dalsze wyprawy na przykład do Alwerni, gdzie mieści się Muzeum Pożarnictwa założone przez pana Gęsikowskiego, przyjaciela jednego prapra-wujka, który był zawodowym strażakiem i został szefem wszystkich strażaków w Polsce, albo do Czernej, gdzie w przepięknej okolicy znajduje się zabytkowy klasztor. W tej miejscowości inny prapra-wujek był kierownikiem szkoły. To było niesamowite: gdziekolwiek by nie pojechały, to pojawiała się w historii jakaś spokrewniona z nimi osoba. W samym Tenczynku zwiedziły stary kościół, w nim – jak się dowiedziały – kiedyś ławy i ambony zrobił prapra-wujek, który był cieślą. Zobaczyły też zabytkową, drewnianą dzwonnicę. Ze wzruszeniem odwiedziły groby przodków na miejscowym cmentarzu. Czytały napisy na tablicach, imiona, nazwiska, daty urodzin i śmierci i jakoś im się to wszystko posplatało w jedną całość. Poczuły się częścią tego co je otaczało, jakby znalazły miejsce, w którym chciały być, jakby wróciły do domu po długiej podróży… Warszawa, szkoła, tamto życie stało się odległe, inne, nieistotne…

Mamusiu, ja bym chciała tu mieszkać na zawsze – powiedziała Julka przytulając się do matki.

Pani Bogna przyjeżdżała teraz na każdy weekend. W pociągu miała czas na przestawienie się na „tryb weekendowy”, na różne przemyślenia i refleksje, i wysiadała w Krakowie jako zupełnie inna kobieta: uśmiechnięta, zrelaksowana, uwolniona od myśli o stosunkach w firmie, wyglądająca bardziej na starszą siostrę Zuzi niż na jej mamę.

Służy ci, siostro, pobyt na łonie rodziny – powiedziała z wyraźnym zadowoleniem pani Halinka.

A żebyś wiedziała, że służy. I to bardzo. Nie pamiętam, kiedy tak dobrze się czułam. Poza tym my, my obie, mamy wreszcie okazję pobyć trochę razem i nagadać się za wszystkie czasy.

Masz rację. Kontakt z żywą siostrą to jednak zupełnie co innego niż ze słuchawką telefoniczną – uśmiechnęła się pani Halinka.

A wiesz co Julka mi dziś powiedziała? – pani Bogna siedząc na ławeczce przed domem z rozkoszą wdychała woń floksów z rabatki.

Myślę, że mi zaraz powiesz – pani Halinka usadowiła się na schodkach, objęła kolana ramionami i oparła na kolanach brodę. – No więc?

Że chciałaby tu zostać na zawsze.

Nie dziwię się – spojrzała poważnie na siostrę. – Na cmentarzu przeżyły bardzo ważną dla siebie chwilę. Chwilę zatrzymania i ciszy. Odnalazły swoją tożsamość, swoich przodków, swoje korzenie. Wplotły się w to sny Julki. Może dziwne, może – ktoś powie – niedorzeczne. Pozwalające jednak spojrzeć z nowej dla nich perspektywy na sprawy ostateczne, na przeszłość, teraźniejszość…

Spójrz na nich – szepnęła pani Bogna.

Julka z chłopcami uprawiali akrobacje na trzepaku. Przed bramką stała nierozłączna od pewnego czasu czwórka: Zuźka, Bartek, Szilka i Kasztan.

Oni są po prostu szczęśliwi. Właściwie ja też, tylko Bronka mi brakuje do pełni szczęścia…

Siostro, no to może coś z tym trzeba zrobić? Nie mówię o Bronku, na niego musisz jeszcze trochę poczekać. Ale… wczoraj rozmawiałam z moim drogim szwagrem i… niedaleko stąd jest do sprzedania zupełnie przyzwoita parcela budowlana. Tam, w stronę Skałek…

No co ty?! Nie…

A właśnie, że tak!

Przecież to niemożliwe. Wiesz, że jesteśmy zadłużeni. Braliśmy na mieszkanie kredyt hipoteczny we frankach i teraz mamy do spłacenia dwa razy tyle ile wzięliśmy. Dlatego Bronek musiał wyjechać, nie starczało nam na raty.

Bogna! I co z tego? Teraz sprzedacie mieszkanie w Warszawie i spokojnie wystarczy na działkę…

Ale kredyt…

O matko! – pani Halinka uderzyła dłonią w czoło. – Ja ci przecież nic nie powiedziałam!

Czego? Mówże jaśniej!

Słuchaj, Emil wszystko wyjaśnił w kwestii kwitów, no, tych papierów znalezionych przez dzieciaki w szufladzie. Okazuje się, że nasza mama odziedziczyła piękną sumkę i dzieli ją miedzy nas po połowie. Spłacisz kredyt.

Niemożliwe!

Możliwe. Nawet pewne. Mama obiecała, że razem z tatą dotrą tu w połowie przyszłego tygodnia. Jak przyjedziesz na następny weekend to zobaczysz co się będzie działo.

Babcia Marianna przyjechała zgodnie z obietnicą, oczywiście przyjechała z nieodłącznym dziadkiem Wojtkiem uwielbianym przez całą czwórkę wnucząt. Mieli pojechać na wycieczkę do Hiszpanii ale wobec zaistniałej sytuacji związanej z odkryciem rodzinnych niespodzianek – zmienili plany.

I stało się jak w bajce albo, według określenia dzieci, jak na filmie w kinie familijnym. Wujek Emil miał rację. Papiery wartościowe rzeczywiście miały wartość, dużą wartość, na tyle dużą, że wystarczyło na spłacenie kredytu i zakup parceli. Po sprzedaniu zaś mieszkania w Warszawie na rozpoczęcie budowy domu w Tenczynku. Takim to sposobem historia zatoczyła koło i rodzina powróciła do miejsca z którego się wywodziła, do swoich korzeni.

koniec

 

 

 

 

"Niezwykłe wakacje Julki" 10

annazadroza

Pewnego pięknego, ciepłego wieczoru dzieci stwierdziły, że nie chce im się jeszcze spać. Jest zbyt pięknie, zbyt radośnie i zbyt pachnąco, żeby odciąć się od świata i podążyć w stronę krainy snów. Co innego zimą, gdy za oknem wyje wiatr, trzaskający mróz trzyma na baczność zamarznięte trawy i sypie śnieg. Wtedy przyjemnie jest z ciepłego łóżka oglądać telewizję. Teraz telewizor – przynajmniej u cioci Halinki – miał wakacje i odpoczywał.

Może pójdziemy na gąsienice? – zaproponował Krzyś.

Jak to? Na robaki mamy iść? I niby co z nimi robić? Brr… – wstrząsnął Julką dreszcz obrzydzenia .

Durna jakaś? – zdziwił się chłopiec. – Jakie robaki? Przecież to pociągi, które się obserwuje ze Skałek!

Chłopie, one nie wiedzą, że jak jadą w ciemności, te pociągi, całe oświetlone to wyglądają jak gąsienice – wtrącił Zbyszek.

No właśnie, skąd mogłybyśmy wiedzieć jak nie widziałyśmy – wzruszyła ramionami Julka. – Ale zobaczyć możemy – i zwróciła się do Zuzi. – Siostra! Hej, Zuźka! Idziemy? Słyszysz? Hop hop, tu ziemia! Mówi się! Ogłuchłaś?

Rozmawiam przez telefon. Nie widzisz? – zniecierpliwiła się starsza siostra.

To się spytaj Bartka czy z nami pójdzie – Julka błysnęła kobiecą intuicją i znajomością psychologii.

Skąd wiesz, że z nim rozmawiam? – zdziwiła się Zuzia.

Przecież widzę – odpowiedziała roześmiana od ucha do ucha młodsza z sióstr.

Ciocia i wujek zgodzili się na wieczorną wyprawę młodzieży na Skałki pod warunkiem, że młodsze dzieci pod opieką Zuzi i Bartka pójdą prosto Siejkową Drogą i nigdzie nie zboczą. I najdalej do kapliczki, ani kroku dalej.

Zuźka szła z Szilką przy nodze. Julka, Krzysiu i Zbysiu ścigali się kto pierwszy dobiegnie do Zamkowej Drogi. Tam już stali Bartek i Kasztan. Chłopcy doczekali się wreszcie konnej przejażdżki. Bartek pomógł im wdrapać się na koński grzbiet i prowadził Kasztana trzymając za uzdę. Gdyby nie zrobiło się ciemno, cały świat mógłby zobaczyć braci wyprostowanych, sztywnych jakby połknęli kije, którzy rozglądając się na boki wprost pękali z dumy. Zmrok jednak już zapadł i tylko jakaś zabłąkana ćma zobaczyła ich miny przelatując obok Krzysiowego nosa.

Julka szła trzymając w ręce latarkę, wyłączoną na razie, bo księżyc wysunął się zza chmury i świecił tak mocno, że chwilowo nie była potrzebna. Szilka poszczekiwała radośnie, wybiegała przed Kasztana, podskakiwała wesoło, podbiegała do wszystkich po kolei trącając nosem jakby liczyła uczestników wycieczki i sprawdzała czy wszystko w porządku.

Jest! Jest! Widzicie? Gąsienica! – krzyknęli chłopcy z wysokości Kasztanowego grzbietu.

Rozświetlone wewnętrznymi światłami wagony łączyły się w jedną, wijącą się po torach, całość.

Jak ładnie – zdumiała się Julka. – Kto by pomyślał, że to zwykły pociąg. Wygląda jak czarodziejski, błyszczący wąż, który z bajki na spacer wyjechał…

I pojechał. Faktycznie ładnie wyglądał w ciemnościach – przyznała Zuzia.

Zobaczcie co tam jest? – zawołał Krzyś. – Kawałek wagonu się urwał i został?

Gdzie? – natychmiast zainteresował się Zbyszek. – Acha, coś się świeci i mruga dziwnie.

Pozostała trójka wytężyła wzrok wpatrując się w miejsce wskazywane przez chłopców. Bartek sięgnął po lornetkę. Zuzia pomyślała z uznaniem, że jest przygotowany na każdą sytuację.

Wziąłem ją, bo chciałam wam pokazać jak pięknie wygląda nocą nasza okolica – powiedział do sióstr jakby usłyszał myśli Zuzi. Przyłożył szkła do oczu, nakierował, powiększył, patrzył przez moment.

I co, i co widzisz? – dopytywała się Julka.

Tam się pali – krzyknął. – Płomienie szybko rozprzestrzeniają się wzdłuż torów. O rany, przecież to obok domku babci Rozalii!

Twojej babci? – zdziwili się chłopcy.

Nie, to staruszka i wszyscy tak do niej mówią. Zuźka, masz telefon? Dzwoń na 112. Chłopaki z konia. Julka, ty pilnuj dzieci. Ja jadę na miejsce, muszę zdążyć obudzić babcię Rozalię zanim płomienie dotrą do domku.

Jednym susem znalazł się na grzbiecie Kasztana i już ich nie było. Zuzia najpierw zadzwoniła na alarmowy numer 112 a zaraz potem do cioci Halinki. Wkrótce odezwała się syrena w remizie tenczyńskiej OSP a w chwilę potem rozległ się sygnał samochodu pożarniczego wyruszającego na akcję.

To samochód bojowy, jedzie nim przynajmniej czterech naszych wujków a reszta to znajomi – z dumą oznajmił Krzyś.

Julka niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę i raz po raz spoglądała na siostrę rozmawiającą przez telefon.

I co, będziemy tu stać jak durni? Mam tego dość, idę tam!

Czekaj, nie gorączkuj się tak – wyłączyła telefon starsza siostra. – Uwaga, przejmuję dowodzenie. Macie słuchać i wykonywać. Bez dyskusji. Zrozumiano?

Tak jest – odruchowo odpowiedziała cała trójka a Szila potakująco szczeknęła.

Chłopcy trzymają smycz. Obaj. Żeby żaden nie puścił, bo łby pourywam. Jasne?

Mruknęli coś pod nosem niezrozumiale.

Jasne? – powtórzyła ostrym tonem Zuźka.

Jasne – tym razem odpowiedzieli wyraźniej.

Julka, włącz latarkę, księżyc chowa się za chmury. Pójdziemy na skróty, miedzami w stronę rzeki – zakomenderowała Zuzia.

Ok. Tylko nie szalejcie, żeby któryś nogi nie skręcił – zwróciła się do braci, którzy zrobili kilka głupich min skierowanych w jej stronę.

Ruszyli na tyle szybko na ile pozwoliły ciemności i skąpa strużka światła rzucanego przez latarkę. Z daleka wyglądało jakby promyczek słońca zapomniał drogi do domu i plątał się po polach w oczekiwaniu na nadejście świtu by móc dołączyć do reszty słonecznych promieni.

Zziajani, lecz z podniecenia nie czujący zmęczenia, dotarli na miejsce, gdy ogień został już ugaszony, babcia Rozalia siedziała bezpieczna przed domkiem, do którego nie dotarły płomienie powstrzymane przez strażaków. Nadpaliła się tylko mała drewniana komórka stojąca w kącie podwórza, blisko torów. Staruszka trzymała w objęciach kremowo-kakaową kotkę i dwa takież kocięta.

Jakie śliczne – rzuciła się do nich Julka. Jednym rzutem oka stwierdziła, że sytuacja została opanowana i całą uwagę skupiła na kociej rodzinie.

On je uratował – babcia Rozalia wskazała na Bartka. – Najpierw mnie obudził i wyprowadził z domu. Wtedy Kicia wyskoczyła z okropnym krzykiem spod komórki, ażem się przelękła. To był rozpaczliwy krzyk matki i prośba o ratowanie dzieci. Od razu wiedziałam, bo się rozglądnęłam i malutkich nigdzie nie było. A wieczorem bawiły się przy komórce. Bartuś – tu pogładziła chłopaka po ręce – bez namysłu pobiegł i wydostał kocięta. Kicia nie poradziła ich wynieść, bo drewno się obsunęło w dół i nie mogła się do nich dostać. Ocalił je chociaż ogień huczał i iskry wkoło latały.

Wszystkie dzieci spojrzały na Bartka. Julka i chłopcy z podziwem, Zuźka z jeszcze większym…w końcu była z nich największa. Bartek aż się zaczerwienił od nadmiaru pochwał a kiedy sobie to uświadomił, zaczerwienił się jeszcze bardziej. Na szczęście przypomniał sobie, że jest noc a z wysiłku i gorąca wszyscy mają czerwone twarze, strażacy też. Żeby odzyskać spokój poszedł po Kasztana uwiązanego do drzewa w bezpiecznym miejscu w ogrodzie.

Upewniwszy się, że na pewno niebezpieczeństwo zostało zażegnane, źródło ognia zneutralizowane a babci Rozalii i kotom nic nie grozi, strażacy odjechali. Bartek podał Zuzi rękę, żeby jej pomóc wskoczyć na grzbiet Kasztana, chłopcy wrócili do domu z wujkiem Andrzejem a Julka z wujkiem Emilem, którzy dotarli na miejsce zdarzenia równocześnie z wozem pożarniczym.

Nadmiar wrażeń nikogo nie zachęcał do udania się na spoczynek. Cała rodzina zebrała się w ogródku przy stole na którym ciocia Hela postawiła sernik przyniesiony z domu a ciocia Halinka ciasto drożdżowe z wiśniami. I jeszcze dzbanek z kompotem oraz czajniczek z herbatą.

Dobrze, że jutro sobota, nie trzeba rankiem zrywać się do pracy – powiedział wujek Emil.

Ciężko byłoby po takich nocnych przejściach. No, ale przede wszystkim muszę pogratulować chłopakom. Jako przyszli strażacy spisali się znakomicie – pochwalił wujek Andrzej.

A dziewczyny to co? – ujęła się pod boki ciocia Halinka.

No pewnie, pewnie. Ja tylko w tym sensie, że jako tubylcy zasilą w przyszłości szeregi naszej OSP – tłumaczył się wujek Andrzej.

OSP to znaczy Ochotnicza Straż Pożarna – popisał się Krzyś znajomością tematu.

Przecież wiemy – obruszyła się Julka. – Co ty myślisz, że myśmy z Marsa przyleciały?

Z Marsa nie, bo na Marsie mieszkają faceci – Zbyszek przyszedł bratu w sukurs.

Faceci może tak ale nie małe dzieciaki – odparowała Julka patrząc wyniośle na obu chłopców.

Tymczasem dorośli omawiali całe zajście.

Skoro stało się to zaraz po przejeździe pociągu, jestem przekonana, że jakiś idiota wyrzucił papierosa przez okno – stwierdziła ciocia Halinka.

A niby jest całkowity zakaz palenia w pociągach – wtrąciła Zuzia.

Zakaz zakazem a durnych ludzi pozbawionych rozumu i wyobraźni nie brakuje – pokiwała głową ciocia Hela.

Fakt. Wystarczy spojrzeć co się dzieje na drogach. Dziewięciu kierowców jedzie normalnie a dziesiąty myśli, że jest na torze wyścigowym i zabija niewinnych ludzi – ciągnęła ciocia Halinka głosem pełnym emocji.

Nie myśli, bo mózgu mu brakuje. Albo alkoholem przeżarty, albo narkotykami otumaniony albo innymi świństwami, których jest pełno – włączył się do rozmowy wujek Andrzej.

Taki głupek to na zwierzaki w ogóle nie zwraca uwagi, stąd na drogach pełno rozjechanych psów i kotów, albo i lisów – dodała Julka.

Albo jeżów. Ja zawsze będę jeździł ostrożnie i nigdy nie najecham zwierzaka. – oświadczył poważnie Krzyś.

Nie mówi się „najecham” tylko „najadę” – poprawił Zbyszek.

I jeży – dodała Julka.

Który Jerzy? – zainteresował się wujek Emil podchodząc do stołu.

Z kolcami – parsknęła śmiechem Zuzia.

Ja też, jak zrobię prawo jazdy – ciągnął Zbyszek.

Co też? Też bredzisz? – zaśmiewały się siostry.

Też będę jeździł ostrożnie.

Bardzo pięknie, ale jeszcze trochę musicie poczekać – uśmiechnął się tata do synków.– Największym bohaterem dzisiejszego wieczoru, czy raczej nocy, jest Bartek.

Niezaprzeczalnie – chórem przytaknęli wszyscy dorośli.

Gdyby nie znalazł się tak szybko przy domku babci Rozalii, mogłaby się we śnie żywcem spalić. Drewniany domek z pewnością zająłby się od komórki i błyskawicznie spłonął – powiedział wujek Andrzej.

Babcia to babcia – włączyła się Julka. – Ale koty! Bartek uratował Kicię i jej dzieci! Babcia Rozalia mogłaby uciec a Kicia nie dałaby rady maluszków wynieść na wolność i ogień by je spalił!

Nazajutrz wszyscy pozwolili sobie na dłuższe spanie. Należało się przecież po tak niezwykle spędzonej nocy. W obu sąsiadujących ze sobą domach panowała cisza choć słońce dawno wędrowało po niebie. Nawet bliźniaczki cioci Heli wykazały zrozumienie dla wyjątkowej sytuacji i cichutko bawiły się w swoim pokoiku. Słońce obserwowało dwa domy, w których o tej porze zawsze panował ruch, zdziwione absolutną ciszą je otaczającą. No nie, nie absolutną, ponieważ na ganku pomalutku otworzyły się drzwi, przez które wysunęła się czarna suczka a za nią dziewczynka o uśmiechniętej buzi okolonej burzą loków. Rozejrzała się, cichutko zamknęła za sobą drzwi, skinęła na suczkę. Wyszły za bramkę i powędrowały tam, gdzie jeszcze w powietrzu unosiła się woń spalenizny, czyli do domku babci Rozalii. Staruszka nie spała. Oglądała swoje gospodarstwo nie mogąc uwierzyć we własne szczęście. Tak niewiele brakowało, żeby wszystko poszło z dymem. Na ławeczce siedziała Kicia i myła sobie pyszczek a oba kociątka naśladowały mamę.

A cóż to za ranny ptaszek do mnie przyfrunął? – spytała uśmiechając się do Julki tak serdecznie, że uśmiechały się i oczy, i cała pokryta siateczką zmarszczek sympatyczna twarz.

Obudziłam się wcześnie i postanowiłam zobaczyć jak się pani czuje i czy kociakom nic się nie stało.

Mów mi: babciu Rozalio, tak jak wszyscy, dobrze? To miło, że zatroszczyłaś się o starą kobietę. Jak widzisz, wszystko jest w porządku. Kocięta śliczne, zadowolone, nawet sobie nie zdawały sprawy z niebezpieczeństwa a Kicia pewnie już zapomniała.

Ja myślę, że od wczoraj będzie już zawsze wrażliwa na dym – poważnie powiedziała Julka. – Czytałam o takich przypadkach. Dym będzie jej się kojarzył z zagrożeniem.

Jaka ty mądra jesteś – z podziwem powiedziała babcia Rozalia. – Teraz to dzieci mądrzejsze od starych. Może napijesz się kwaśnego mleka? Chłodne, świeżutkie, od krowy a nie ze sklepu. Chcesz? To przyniosę z piwniczki.

Chętnie, dziękuję. A mogę pobawić się z kotkami?

Możesz, pewnie, że możesz. Ciekawe, że one nie boją się twojego psa a on ich nie goni.

To jest suczka. Ma na imię Szila. Ona kocha wszystkie koty i konie, i nie ma w sobie ani odrobiny agresji. Jest bardzo dobra i kochana – odpowiedziała Julka gładząc czarny łebek Szilki. – Nie jest moja tylko cioci Halinki.

Babcia Rozalia podreptała do piwniczki za domem. Przyniosła glinianą babkę z kwaśnym mlekiem. Łyżką nałożyła gęste, nie roztrzepane mleko do dużego kubka. Julka spróbowała.

Mniam, jakie dobre! W życiu takiego pysznego nie piłam. Zsiadłe mleko z kartoników ma zupełnie inny smak i konsystencję – stwierdziła dziewczynka oblizując mleczne „wąsy”.

Bo moje jest prawdziwe, bez jakichś tam sztuczności. Możesz dać kapkę psu do spróbowania, zobaczymy czy też zje ze smakiem. Masz tu miskę od kotów.

Szilunia skrzętnie wylizała miseczkę do czysta. Potem dokładnie oblizała sobie mordkę. Kicia zeskoczyła z ławki i podeszła do suczki. Obwąchały sobie pyszczki. Za przykładem matki poszły oba kociaki. Po chwili leżały na trawie obok siebie dwie kotki, jeden kotek i jedna suczka.

Jak ty masz na imię, bom sobie zapomniała – babcia Rozalia rozłożyła ręce w geście bezradności.

Julia.

Julcia. Ładnie. A nie chciałabyś kotka? Albo obu? One rosną, zaraz i tak trzeba będzie je komuś oddać, a chciałabym, żeby poszły w dobre ręce.

Ja bym bardzo chciała. Kocham koty. Tylko, że ja tu nie mieszkam. Przyjechałyśmy z siostrą na wakacje do cioci Halinki i wujka Emila. Ale może ciocia się zgodzi? Albo wujek? – nagły błysk w oczach rozjaśnił buzię dziewczynki.

Babcia Rozalia odpowiedziała uśmiechem na ten błysk i Julka miała wrażenie, że babci spojrzenie nabrało szelmowskiego wyrazu jaki pojawia się wtedy, gdy ktoś chce spłatać figla.

Gdybym zabrała kotki ze sobą i ukryła na strychu, to miałabym czas, żeby urobić ciocię i wujka a potem mamę, kiedy przyjedzie. I jeszcze tatę. Jak będę się z nim dziś wieczorem widziała na skypie, poproszę go, żeby przekonał mamę. Jakoś to zorganizuję. W razie czego jest jeszcze ciocia Hela i wujek Andrzej. On jest weterynarzem, więc na pewno pomoże – Julka już miała kilka pomysłów na pozytywne załatwienie sprawy.

Łebska z ciebie dziewczynka – pochwaliła babcia Rozalia. – Ale nie trop się na zapas, w razie czego przyniesiesz je do mnie na powrót.

Naprawdę mogę je zabrać ze sobą? – Julka prawie unosiła się nad ziemią z radości.

Naprawdę. Pożyczę ci kocią klatkę. Udźwigniesz? A cóżeś tak posmutniała?

Bo pomyślałam, że Kicia będzie nieszczęśliwa…

Tym sobie główki nie zaprzątaj. Tak już jest, że odchowane kotki idą do nowych domów. Najbiedniejsze są takie co domów nie mają.

Julka nie zastanawiała się więcej. Kociaki bez oporów powędrowały do klatki. Kicia nie protestowała, jakby wiedziała, że będą kochane i szczęśliwe. Szilka machnęła ogonem, liznęła Kicię, powiedziała jej po swojemu coś, co kotka przyjęła z zadowoleniem, przeciągnęła się na całą swoją długość, miauknęła, usiadła i zaczęła czyścić sobie futerko.

Drogę do domu Julka pokonała w rekordowym tempie, z wrażenia nie czując ciężaru niesionego „bagażu”. Odczuła ulgę, bo nic się nie zmieniło. Było dokładnie tak, jak w chwili kiedy opuszczała dom, który – w dalszym ciągu pogrążony w ciszy – najwyraźniej spał. To znaczy wszyscy mieszkańcy spali. Julka przemknęła się po schodkach na strych i umieściła kocią klatkę w rogu, zasłoniła kartonami i workami czekającymi na rozpakowanie. Kociaki słodko spały przytulone do siebie. Dziewczynka po cichutku weszła do pokoiku i przekonała się, że siostra śpi w najlepsze. Zabrała swoje oszczędności i pobiegła do sklepu, znajdującego się w centrum wsi, kupić karmę dla kociąt.

W czasie gdy Julka dokonywała zakupu, w domu rozległ się dziki wrzask z tymczasowego pokoju chłopców. Rodzice, obudzeni nagle i niespodziewanie, błyskawicznie opuścili sypialnię i znaleźli się na górze. Tam Krzysiu stał na łóżku i krzyczał wniebogłosy.

Co się stało? – rodzice odetchnęli z ulgą zobaczywszy dzieci całe i zdrowe.

Co się dzieje? – obok wujostwa zjawiła się zaspana Zuźka.

No właśnie, czego się drzesz? – siedzący na swoim łóżku Zbyszek z wyraźną niechęcią patrzył na brata.

Pudełko, pudełko – zająknął się Krzysiu.

Co pudełko? – ziewnął Zbyszek.

Pudełko samo tu przyszło! Chodziło między łóżkami i poszło za komodę – wykrztusił naprawdę przestraszony malec.

O matko, myślałam, że coś się stało – ziewnęła Zuzia. – Za dużo emocji, braciszku, miałeś wczoraj i oto rezultat.

Głupia jesteś! Pudełko chodziło i jeszcze świeciło, tak migało! Naprawdę! – Krzyś nie mógł się pogodzić z lekceważącym stosunkiem siostry.

Świeciło? Migało? A białe myszki też były? – znacząco popukała się palcem w czoło. – Śniło ci się i tyle.

A gdzie Julka? Nie obudził jej ten wrzask? – rozejrzał się wujek.

Nie ma jej w pokoju, Szilki też – odpowiedziała Zuzia. – Pewnie śpią na ławce przed domem, one tak lubią.

Zza „ściany” oddzielającej „pokój” chłopców od reszty strychu dał się słyszeć jakiś odgłos, jakby szmer, jakieś szuranie… Wszyscy obecni zamarli w bezruchu. Pod „ścianą” coś się przesunęło i znieruchomiało. Było to kartonowe pudełko z przyczepioną bransoletką, która pod wpływem ruchu emitowała kolorowe świetlne sygnały.

O! Idzie! Znowu idzie a nikt mi nie wierzył! – wołał Krzyś.

Moja bransoletka! Kupiłam ją w Biedronce, żebym widziała gdzie się Julka szwenda po zmroku i gdzieś mi wsiąkła. Dobrze, że się znalazła – ucieszyła się Zuzia.

Pudełko się przesunęło pod wpływem przeciągu, syneczku – ciocia Halinka podeszła do obiektu zainteresowania. – Okna są otwarte na przestrzał i dlatego…

Schyliła się, żeby podnieść karton z podłogi ale… uciekł jej spod ręki. Nie dała za wygraną. Goniła na czworakach uciekające pudełko i za każdym razem, kiedy już, już była blisko celu pudełko chowało się albo pod łóżko, albo pod komodę wychodząc z drugiej strony. Wszyscy pozostali z zapartym tchem obserwowali rozgrywającą się scenę. Nagle, cofając się, zahaczyła o pudełka po butach zastępujące stolikowi nogę. Pozbawiony oparcia stolik runął na podłogę a wraz z nim niezliczone ilości chłopięcych skarbów na nim się znajdujących. Najwięcej hałasu sprawił blaszany pojemnik wypełniony metalowymi samochodzikami. Tego było za dużo dla chodząco–świecącego pudełka, które wrzasnęło, podskoczyło do góry…

W międzyczasie Julka załatwiła sprawunki i wróciła z Szilką do domu. Usłyszawszy rumor na pięterku szybko pokonała schodki i wpadła do „sypialni” chłopców. Jednym rzutem oka ogarnęła całą sytuację. Roztrącając stojące osoby rzuciła się na wrzeszcząco-miauczące pudełko łapiąc w powietrzu przerażonego kotka.

Co wy mu zrobiliście!? – krzyknęła na osłupiałą rodzinę. – Sadyści! Tak przestraszyć maleństwo!

Przytuliła kociątko, uspokajała je i szukała wzrokiem drugiego malucha. Nie zważając na przedłużające się osłupienie rodziny powędrowała do kąta, w którym zostawiła kocią klatkę. Pomyślała, że pewnie przypadkiem odsunęła zasuwkę i kociak wydostał się na zewnątrz. Odetchnęła z ulgą widząc w środku kremowo– kakaowa kuleczkę. Buzię dziewczynki rozjaśnił uśmiech, bo uświadomiła sobie, że właśnie nadała koteczce imię Kuleczka. Kocurka zaś, który już się uspokoił, nazwała Kartonikiem.

Rodzina otrząsnęła się z osłupienia. Pierwszą reakcją był szalony wybuch radości. Cała rodzina popłakała się ze śmiechu i jeszcze długo nikt nie był w stanie się odezwać, bo natychmiast wybuchała kolejna salwa śmiechu i kolejna, i kolejna… Najdłużej opierał się wesołości nadąsany Krzyś ale wreszcie i on parsknął śmiechem. No i czy w takiej rodzinie mogło nie być miejsca dla kociąt? Oczywiście, że miejsce znalazło się i w domu i w sercach wszystkich obecnych a Julka był szczęśliwa, że nie musi „urabiać” cioci i wujka, żeby zgodzili się przygarnąć kotki. Kartonik sam się o to postarał w sposób całkowicie niepowtarzalny.

 cdn

 

"Niezwykłe wakacje Julki" 9

annazadroza

Chłopcy zabawili chwilę w kuchni po czym udali się w kierunku domku na drzewie. Opuszczając dom każdy trzymał w jednej ręce duży kawałek placka, w drugiej papierową torbę z drożdżowymi rogalikami. Zbyszek, jako starszy i teoretycznie silniejszy, dźwigał plastikową butelkę po wodzie mineralnej wypełnioną porzeczkowo– agrestowym kompotem. Donieśli prowiant na miejsce. Zbyszek schylił się, umieścił na trawie ciążącą mu butelkę a Krzyś postawił nogę na szczeblu drabinki. W domku rozległy się jakieś dziwne dźwięki, zakotłowało się we wnętrzu i coś z przeraźliwym piskiem spadło na ramię Krzysia, odbiło się od pleców schylonego Zbysia i zniknęło w krzakach.

Auu, drapie! – wrzasnął chłopiec. – Co to było?

Nie wiem. – Krzyś, którego niespodziewany atak pozbawił równowagi podniósł się z trawy i rozcierał potłuczoną tylną część ciała. – Może czarna pantera, która uciekła skądś tam, bo ją źle traktowali?

Jak uciekła to dobrze zrobiła – odpowiedział brat. – Tylko czemu przed nami też uciekła jak my nie skrzywdzimy żadnego zwierzaka?

Pewnie o tym nie wiedziała – domyślił się Krzyś.

Z domku dochodziły dziwne odgłosy, jakby jakieś szelesty, piski, mlaskania a po chwili wyraźne, głośne mruczenie.

Tam coś jeszcze jest – szepnął Krzyś podniecony myślą o czarnej panterze.

Cicho bądź, żebyś nie spłoszył. I odsuń się od wejścia, bo jak staniesz jej na drodze to cię przyatakuje – „odszepnął” Zbyszek.

To co zrobimy? – wyszemrał Krzyś nie przyznając się bratu, że mu ciarki przeszły po plecach ze strachu na myśl o wielkim kocie.

Ty stój bez ruchu. Ja się wdrapię na okienko i zajrzę do środka. Wtedy będziemy wiedzieli co robić – odpowiedział Zbyszek udając bohatera, choć naprawdę wcale się nie czuł tak pewnie.

Podsunął pod okienko skrzynki po jabłkach, wspiął się na ile dał radę, potem uchwycił belkę obiema rękami i podciągnął się tak, że górna połowa ciała znalazła się w środku a nogi wisiały na zewnątrz. W pierwszej chwili niczego nie zauważył. Już miał powiedzieć o tym bratu gdy nagle ujrzał dwa świecące zielone punkciki i usłyszał wściekły ryk atakującego potwora… Nie wiedział jak znalazł się na dole, chwycił brata za rękę i obaj, pobijając rekord świata w biegu z sadu do domu (gdyby ktoś mierzył im czas), wpadli na ganek i zamknęli za sobą drzwi na zasuwkę. Oparli się o nie plecami ciężko dysząc i stali tak dłuższą chwilę nie mogąc wydusić z siebie słowa. Złapawszy oddech pojawili na progu pokoju. Pozostała część rodziny zajęta odnalezionymi pamiątkami przerwała swoje arcyciekawe czynności i wpatrywała się w chłopców czekając na wyjaśnienia.

Tam, tam, czarna pantera – wykrztusił wreszcie Krzysiu.

Gdzie? – rozległ się zgodny chór.

W domku na drzewie – wydusił Zbysiu między jednym głębokim oddechem a drugim.

To na pewno ta, co uciekła – wydyszał Krzyś.

Nie, tamta została schwytana i przebywa w bezpiecznym miejscu – uspokajał ojciec.

Czarna pantera uciekła? – zaciekawiły się młodsze siostry, starsze zaś wyraziły zaniepokojenie.

Teraz różni wariaci mają tyle pieniędzy, że nie wiedzą co z nimi robić i kupują sobie jako zabawki niebezpieczne, dzikie zwierzęta nie mając pojęcia jak się nimi opiekować – powiedziała mama Bogna. – Media donosiły o wielu takich przypadkach.

Fakt – zgodziła się z siostrą ciocia Halinka. – Musimy koniecznie sprawdzić co to jest. Skoro przestraszyło moich walecznych chłopców, to musi być naprawdę coś!

Może tak na wszelki wypadek zadzwonić po wujka Andrzeja? – zaproponowała Julka.

Właśnie, w końcu jest fachowcem od zwierząt – przytaknęła Zuzia.

Z pewnością tak będzie bezpieczniej. Dzwonię – zadecydowała ciocia.

Zadzwoniła. Na szczęście był w domu i przedsięwziął odpowiednie działania. Dzieciom polecono nie wychodzić z domu. Może jakieś dzieci spełniłyby polecenie ale na pewno nie czteroosobowe cioteczno-stryjeczne rodzeństwo. Po cichutku wymknęli się za drzwi w ślad za dorosłymi skradając się i przemykając od drzewa do drzewa. Będąc w bliskiej już odległości od domku na drzewie usłyszeli głośne wybuchy śmiechu.

To najpiękniejsza czarna pantera jaką w życiu widziałam – śmiała się pani Bogna.

I najmniejsza – zaśmiewała się jej siostra. – A mama tego czarnego potwora to kotka Bartkowej mamy. Od dwóch dni nie mogli ich nigdzie znaleźć. Kotka jest już stara i urodziła jedno jedyne kociątko.

Zuźka przestała się kryć za drzewem a Julka poszła za jej przykładem. Obie zbliżyły się do dorosłych i zobaczyły ciocię tulącą szarą pręgowaną kotkę i mamę z czarnym puchatym maleństwem mieszczącym się w jednej dłoni.

Dopiero niedawno otworzyła oczy – wyjaśnił im wujek Andrzej. – To koteczka.

No to mamy czarną panterę – krztusiły się dziewczynki ze śmiechu. – Skąd się to cudo tutaj wzięło? Od mamy Bartka?

Chłopcy zbliżali się pomału, z bardzo niewyraźnymi minami i ogromnie zawstydzeni.

Ale naprawdę coś strasznie ryczało a jeszcze wcześniej skoczyło mi na plecy – próbował się tłumaczyć Zbysiu.

Jak mogło wcześniej skoczyć na ciebie a potem ryczeć w środku? – ironizowała Zuzia.

Ryczy to krowa – zauważyła Julka.

A ja słyszałem z dołu jak ryczało w środku – poparł brata Krzysiu.

Mówiłam, że Stefek Burczymucha – śmiała się Zuźka.

Śmiejcie się, śmiejcie, a kto się konia przestraszył? – próbowali się bronić.

Nie odwracaj konia do góry ogonem, braciszku. Tfu, kota. Żeby z kociego niemowlaka zrobić czarną panterę to trzeba być geniuszem….

Pan Andrzej rozbawiony jak wszyscy – oprócz chłopców oczywiście – postanowił przyjść z pomocą znękanym "bohaterom".

Wiecie, jak byłem małym chłopcem to się okropnie przestraszyłem nietoperza, który się zadomowił na strychu w moim rodzinnym domu. Narobiłem krzyku na cały Tenczynek, że wampir wisi na belce.

Małym chłopcem… – mruknął z niechęcią Zbyszek.

Oho, nie trafiłem, chciałem tylko pomóc… – bezradnie podrapał się po głowie wujek Andrzej.

Przyszedł Bartek uradowany, że Misia – bo tak kotka ma na imię – odnalazła się cała i zdrowa wraz z maleńką Kropeczką. Usłyszawszy historię związaną z odnalezieniem uciekinierki nie był w stanie utrzymać powagi. Zgnębieni bohaterowie opowieści najpierw się obruszyli ale potem wrodzone poczucie humoru właściwe wszystkim członkom rodziny wzięło górę i też zaczęli się śmiać.

Misia miała chyba dość swego kociego męża, ojca Kropeczki, czymś jej się pewnie naraził więc wzięła dziecko za skórę na karku, bo tak koty noszą dzieci, i przyniosła do waszego domku na drzewie. Najwyraźniej stwierdziła, że to bezpieczne miejsce – wyjaśnił wujek Andrzej. – Czarny kocur odszukał swoja rodzinę. Misia jednak jeszcze nie przebaczyła mu jego kocich win i po prostu go pogoniła. Czarny uciekł przed rozzłoszczoną małżonką.

I trafiliście na finał małżeńskiej kłótni – śmiała się Zuzia.

Aha, – zrozumiał Zbysiu – Misia była wściekła na Czarnego i go pogoniła. Myślała, że wrócił i dlatego tak na mnie naryczała, no, nafukała…

Ale przecież ryczała jak tygrys – nie ustępował Krzysiu.

Po prostu broniła dziecka jak każda matka – dodała pani Halinka przytulając obu chłopców.

Bartek wziął Misię na ręce, Zuzia Kropeczkę a Julka i chłopcy im towarzyszyli w drodze do Bartkowego domu gdzie przywitała ich mama Bartka uszczęśliwiona odnalezieniem swojej pupilki i jej córeczki. Zuzia patrząc na cioteczno-stryjecznych braci pomyślała, że dostali za swoje i ona zrezygnuje z planowanej zemsty na smarkaczach. Na razie. Nie wiadomo przecież na co sobie jeszcze zasłużą.

 

 

 

"Niezwykłe wakacje Julki" 8

annazadroza

 W czasie wakacji dni biegną tak szybko jeden za drugim, że traci się rachubę czasu i przestaje zwracać uwagę na datę i dzień tygodnia. Szczególnie gdy dzieje się mnóstwo ciekawych rzeczy i pojawiają się zagadki czekające na rozwiązanie.

A ja narzekałam, że się zanudzę w Tenczynku – powiedziała do siebie Zuźka. – Tymczasem nie wiadomo kiedy minął tydzień, jutro przyjeżdża mama a my z Julką nie zdążyłyśmy zajrzeć do zamkniętej szuflady.

Zeszła do kuchni, gdzie Julka zajęta przygotowywaniem śniadania nie zwróciła na nią uwagi.

Hej, głucha jesteś? – klasnęła w ręce.

O rety, Zuźka! Ty małpo jedna, o mało się nie oblałam wrzątkiem.

To uważaj co robisz. Jakaś nieprzytomna jesteś. Co ci? Nie wyspałaś się na ławce?

Śmiej się, śmiej, a ja miałam jakieś dziwne sny i jeszcze się nie mogę otrząsnąć…

Po śniadaniu będziesz lepiej myśleć – zaśmiała się Zuzia. – Czy ty pamiętasz, że jutro mama przyjeżdża?

Dlatego ciocia pojechała po zakupy. Musimy przygotować coś specjalnego na powitanie, żeby wiedziała, że się cieszymy z jej przyjazdu.

O, już ciocia wróciła, właśnie wjeżdża przez bramę. Chodź, pomożemy jej wyładować torby.

Wobec perspektywy przyjazdu pani Bogny sprawa dziwnych snów i tajemnic rodzinnych zeszła na dalszy plan. Chłopcy po śniadaniu pobiegli do kuzynów grać w jakąś nową grę. Dziewczyny pod okiem pani Halinki przeszły przyspieszony kurs pieczenia ciasta. Oczywiście najpierw entuzjastycznie wyraziły na to zgodę, pragnąc sprawić mamie przyjemną niespodziankę.

Gdybyście wolały zająć się czymś innym niż gotowanie – powiedziała ciocia wyjmując z szafki produkty niezbędne do stworzenia kulinarnego arcydzieła – nie będę was do tego zmuszać, rozumiecie, prawda? Chłopcy często pomagają w kuchni i jest dla nich zupełnie oczywiste, że każdy zajmuje się tym, co aktualnie jest potrzebne.

W porządku ciociu – odpowiedziała Zuzia. – Chętnie dla mamy coś specjalnego zrobimy. Stęskniłyśmy się za nią, prawda siostra?

A gdzie mama będzie spała? – spytała Julka jednocześnie kiwając potakująco głową w stronę siostry w odpowiedzi na jej pytanie.

Na wersalce, w pokoju dziennym – usłyszała odpowiedź.

To będzie miała telewizor przez całą noc – zauważyła dziewczynka.

A co, zazdrościsz? Przecież wolisz spać na ławce przed domem – szepnęła Zuzia.

A żebyś wiedziała… Tak jak ty skradać się po ruinach – odgryzła się Julka.

Wtedy nie było ruin, tylko wspaniała renesansowa rezydencja – sprostowała Zuzia.

O czym mówicie ? – zainteresowała się ciocia.

A takie tam, coś nam się śniło i próbujemy uściślić co…

Do wieczora nie było czasu zajrzeć na strych. Zresztą naprawdę im to wypadło z pamięci. Julka poszła do cioci Heli ponieważ obiecała zająć się dziewczynkami umożliwiając ich mamie spokojne zajęcie się przetworami z wiśni. Bliźniaczki nie odstępowały Julki na krok i z wielkim przejęciem słuchały bajek, którymi młodziutka bajarka sypała jak z rękawa. Zuźka zaś poszła na Skałki z Bartkiem oraz Szilką i Kasztanem. Rozmowa nastolatków rozpoczęła się od tematu wolontariatu w schronisku dla bezdomnych zwierząt i hipoterapii jako skutecznego sposobu leczenia pewnych dolegliwości, poprzez mnóstwo tematów pośrednich, aż do przyszłości Bartka jako leśnika i planów Zuzi ukończenia studiów na wydziale weterynarii.

Pani Bogna przyjechała najwcześniejszym porannym pociągiem. Pan Emil przywiózł szwagierkę z Krakowa tak jak tydzień wcześniej jej córki. Radości podczas powitania było co nie miara.

Aż trudno was poznać po tych kilku dniach – nie mogła się nadziwić. – Opalone, uśmiechnięte, wypoczęte, choć podobno wcale długo nie śpicie…

A nas możesz poznać? – dopytywali się chłopcy. – My już dużo urośliśmy.

Faktycznie, na ulicy bym miała trudności, bo nie spodziewałam się aż tak dużych facetów – z uśmiechem zmierzwiła dwie czuprynki zadowolonych „facetów”.

Mamusiu, bo tu jest bajkowo – z zachwytem zaczęła Julka. – Byliśmy na zamku, piekliśmy ziemniaki, wujek Andrzej ratował Kasztana, złapali kłusownika i go zamknęli i bliźniaczki cioci Heli są takie słodkie…

A Zuźka i Bartek mieli randkę w czwartek … – zawołali chórem chłopcy.

Zuźka spojrzała na braci spode łba i pomyślała, że nie daruje szczeniakom, tym razem na pewno.

– …i praprababcia Frania z prapradziadkiem Feliksem przylecieli w nocy…– ciągnęła Julka.

Pani Halinka i pani Bogna spojrzały na siebie ze zdumieniem.

Mówiłaś im coś? – spytała mama dziewczynek.

Nie, nigdy nawet nie wspomniałam – odpowiedziała mama chłopców.

Skąd znasz imiona pradziadków? – spytała pani Bogna.

Chyba prapradziadków – sprostowała Julka. – Przyśnili mi się.

I co, tak ci się przedstawili, we śnie? – z niedowierzaniem patrzyła na córkę.

Właśnie tak było. Zastanawiam się dlaczego do tej pory nie znałam ich imion. Zuźka, ty też, prawda? – zawołała do siostry.

Do tej pory mnie to nie obchodziło – odpowiedziała Zuźka. – Ale teraz owszem. Te rodzinne tajemnice są intrygujące. No właśnie, mamo, dlaczego nie wiemy nic o prapradziadkach, nawet nie znałyśmy ich imion? A ty je znałaś!

Ponieważ… nie pytałyście…a poza tym… moi rodzice spełnili życzenie mojej babci…

Czyli babcia Marianna i dziadek Wojtek – uściśliła Zuzia – spełnili wolę prababci Stefy i pradziadka Staszka.

Właśnie – wtrąciła ciocia Halinka.

Ale o co chodziło? – zniecierpliwiła się Julka.

Chodziło o nieprzekazywanie informacji o okropnej kłótni miedzy Staszkiem a Feliksem, w wyniku której teść i zięć zerwali ze sobą kontakty i żonom również ich zabronili. Obaj byli okropnymi cholerykami. Feliks przyrzekł swoją córkę Stefanię bogatemu i leciwemu już gospodarzowi. Ona jednak pokochała Staszka. Sprzeciwiła się ojcu, więc ją wydziedziczył. Ot i cała tajemnica. Młodzi ślub wzięli, unieśli się honorem, wynajęli pokój w domu z czerwonej cegły przy drodze do kościoła i tam zamieszkali. Potem Staszek znalazł pracę poza Tenczynkiem, wyjechali stąd i nigdy więcej nie wrócili.

A co z domem? W jaki sposób przeszedł w obce ręce? – dopytywały się dziewczynki.

Stefa miała brata Janka, któremu wszystko przypadło w spadku po rodzicach, kiedy zginęli w wypadku. Sprzedał dom, pole i pojechał na Śląsk. Wtedy bez trudu można tam było dostać pracę i mieszkanie. Niestety, długo nie nacieszył się życiem, zginął w kopalni.

Zupełnie jakby jakieś fatum zawisło nad rodziną. Dlatego nasza mama – tu Halinka spojrzała na Bognę – nie chciała o tym mówić bojąc się, że jego działanie może się przenieść na kolejne pokolenia.

Ojej, to zabobony. Poza tym nic nie jest takie, jak się wydaje na pierwszy rzut oka – z tajemniczą miną stwierdziła Julka.

A ty skąd taka mądra jesteś? – skrzywiła się Zuzia.

I prababcia i praprababcia mi to powiedziały. Tam w ogrodzie…

Chyba we śnie, siostro, chyba we śnie.

Niech ci będzie – tajemniczo się uśmiechnęła. – A ja swoje wiem.

Brednie – zlekceważyła siostrę Zuzia.

Wujek Emil do tej pory w milczeniu towarzyszył ceremonii przywitania głównie żeńskiej części rodziny. Gdyby nawet próbował się odezwać, zostałby zagłuszony przez pięć damskich głosów, czyli dwóch starszych sióstr, dwóch młodszych sióstr oraz Szilki, która bez wątpienia mężczyzną nie była i chętnie włączała się do rozmowy wysokim „auuu”. (Chłopcy znudzeni rozmową o rodzinnych koligacjach czmychnęli do kuchni zajadając się tam kremem, który miał być dodany do poobiedniego deseru.) Przysłuchiwał się jednak uważnie i wyłowił szczegóły, które umknęły uwadze rozentuzjazmowanych pań. Wyczekał na chwilę przerwy spowodowaną częstowaniem się wybornym ciastem z truskawkami, w którego tworzeniu dziewczynki brały czynny udział. Chrząknął, zastukał łyżeczką w swoją filiżankę z kawą jakby chciał wygłosić toast, chrząknął jeszcze raz i zrobił poważną minę starając się ukryć wesołe iskierki w oczach.

Brednie? – zaczął. – Może niekoniecznie. Zuziu, mamy tu wątek powielający się w twoim śnie. A mianowicie córka zbuntowana przeciw ojcu, która idzie za głosem własnego serca. Nie ma zamiaru słuchać ślepo ojca i wyjść za mąż za wybranego przez niego kandydata. Ma odwagę sprzeciwić się despocie, ponosi karę, ale nie daje się zastraszyć. Pomyślcie, Dorota całe wieki spędziła w zamknięciu dopóki nie przyśniła się Zuzi. A wasza prababcia wyjechała stąd i dopiero teraz przyśniła się Julce. Powiedziała też, że ma kontakt z matką, którego na tym świecie nie miała.

Emilku, a ty co? – zdziwiła się pani Halinka. – Może i ty miałeś jakieś sny?

Oj miałem, miałem, ale – uśmiechnął się do żony i szeptem dodał – ale opowiem ci o nich wieczorem.

Julka patrzyła na wujka z uwielbieniem. Nareszcie jest ktoś, kto myśli poważnie i potrafi wyciągać wnioski.

Wujku, a może poszedłbyś z nami na strych otworzyć zamkniętą szufladę w komodzie? – zaproponowała.

Czemu nie? Chętnie – zgodził się od razu. – Niech sobie tu siostry siedzą i plotkują a my chodźmy.

A ja to co? – konspiracyjnym szeptem spytała Zuzia. – To przecież dzięki mojemu snu…snowi…kluczyk się znalazł.

Moje wy śpiące królewny, chodźcie – uśmiechnął się wujek.

Poszli na strych. Julka uroczyście wręczyła wujkowi mały kluczyk. Dla podkreślenia wagi chwili pomału i z namaszczeniem przyjął klucz z rąk bratanicy, obejrzał, zważył w dłoni jego ciężar. Dziewczynki wstrzymały oddech z wrażenia, kiedy wkładał kluczyk w zamek. Coś zaskrzypiało, zazgrzytało, jęknęło, stęknęło i klucz się przekręcił. Z trudem ale jednak się przekręcił. Przez chwilę wujek mocował się z szufladą. Stawiła zdecydowany opór, jakby nie chciała wypuścić na światło dzienne tajemnic, które tak długo skrywała. Nie miała szans i musiała ustąpić przed połączonymi siłami sióstr i wujka. Zaciekawionym oczom – bo i pan Emil wydawał się być ogromnie zaintrygowany – ukazała swoje wnętrze.

Niestety, nie dane im było zaspokojenie ciekawości w tym konkretnym momencie ponieważ rozległ się znajomy tupot, ściany domu prawie się zatrzęsły od naporu energii dwóch małych chłopców. Wpadli na strych roztrącając siostry.

Ładnie to tak? – wydyszał Krzysiu.

To wy tak same, bez nas się tu włamałyście? Wiecie co, wy świnie jesteście! Normalne świnie a nie siostry – wykrzyczał Zbysiu.

Nie gorączkuj się braciszku – usiłowała uspokoić sytuację Zuźka. – Wykorzystałyśmy okazję, że wujek był chętny. Zawsze to lepiej dokonywać odkryć w obecności dorosłych. Prawda, siostra? – odwróciła się puszczając porozumiewawczo oko do siostry i wujka.

Pewnie – przytaknęła Julka. – Nigdy nie wiadomo co z takiej szuflady wyskoczy.

I co wyskoczyło? – zainteresował się Krzyś.

Nie widziałam, bo wpadliście jak stado słoni i wszystko uciekło – krztusząc się ze śmiechu wycharczała Zuzia.

Może mysz? – zastanowił się Krzyś.

Coś ty, jakby w szufladzie siedziała mysz to wszystko byłoby pogryzione. A tam są przecież jakieś całe rzeczy.

Proponuję wyjąć całą szufladę na stolik i wtedy dokładnie sprawdzimy jej zawartość – powiedział pan Emil.

Jasne, wujek ma rację – przytaknęła Zuźka. – Przecież nie będziemy tu kucać w nieskończoność.

Szuflada została przeniesiona na stolik. Przez wszystkich, bo cała czwórka chciała mieć udział w tak wiekopomnym zdarzeniu ale wiadomo, że największy ciężar dźwigał wujek a ciężar był naprawdę spory. Stanęli wokół stolika i jakoś nikt pierwszy nie wyciągnął ręki. Nawet chłopcy przestali się szturchać i patrzyli na zamknięte stare metalowe pudełko trochę większe niż zeszyt. Na kilka paczek kopert, z których każdą ktoś kiedyś przewiązał wstążeczką.. Na drugie pudełko, nieco mniejsze od pierwszego, a napisy na nim umieszczone świadczyły, że pierwotnie zawierało sypką herbatę. Dalej leżało zawiniątko kształtem przypominające komplet sztućców. To wszystko zajmowało mniej niż połowę ogromnej szuflady. Drugą część wypełniał jeden wielki pakunek.

Co to może być? – szepnęła Julka przerywając milczenie.

Nie wiem. Zaczniemy od tego? – Zuźka błagalnie patrzyła na wujka.

Jak chcecie – powiedział spokojnie ale najwyraźniej zaciekawiony nie mniej niż dzieci. – To zaczynamy. Poszukiwacze skarbów gotowi?

Tak – odrzekli chórem.

Wujek wyjął ostrożnie to „coś”, co opakowane było kilkoma warstwami papieru i owinięte tkaniną. Z zapartym tchem patrzyli jak kładł pakunek na podłodze. Nic z niego nie wyskoczyło, nic nie wybuchło. Dziewczynki pomogły wujkowi rozsupłać sznurki oplatające papier. Zdejmowali wspólnie opakowanie, warstwę po warstwie. Wreszcie oczom obecnych ukazał się delikatny, kremowy materiał który był… przepiękną ślubną suknią, pod nią zaś spoczywał długi welon zdobiony u góry wyhaftowanymi drobnymi kwiatami niebieskich różyczek

Jakie to cudne – krzyknęła Julka.

Pełna emocji zbiegła po schodach i chwyciła mamę za rękę.

Mamusiu, chodź zobaczyć co znaleźliśmy. Ciociu, ty też. To jest coś cudownego.

Zaciekawione zachowaniem dziewczynki poszły z nią na górę. A tam Zuźka zdążyła już przymierzyć suknię i założyć welon na rozpuszczone włosy. Obie panie stanęły jak wryte na ten widok.

To jest moja córeczka? Ta dama? Niemożliwe, podejrzewam jakieś czary, które moje maleństwo zmieniły w taką dużą pannę, na którą pasuje ślubna suknia – załamała ręce pani Bogna.

Piękna, prawda mamo? Pasuje na mnie jak ulał. Jak ze starego filmu.

Czyja może być ta suknia? – zastanawiała się Julka.

Może być prababci Frani, córeczko. Pamiętam jak przez mgłę, że ktoś mówił o welonie haftowanym w niebieskie różyczki – przypomniała sobie mama Bogna.

I przechowałaby się na strychu? Tyle czasu? – z powątpiewaniem pokręciła głową ciocia Halinka.

Dlaczego nie? – odpowiedziała jej siostra pytaniem na pytanie. – Była bardzo dobrze zabezpieczona, szuflady nikt nie otwierał wieki całe więc nawet kurz tam nie wchodził…

Kiedyś meble robiono szczelne, bardzo starannie i z dobrego surowca – wtrącił wujek Emil.

– …a na strychu jest sucho – ciągnęła dalej. – Kolejni właściciele jakoś miejsca w domu nie zagrzali, ani jeden, więc najwyraźniej nawet specjalnie nie zaglądali do strychowych zakamarków.

Widocznie nie mieli dzieci – zauważył Krzyś.

Bo dzieci wszędzie wejdą i wszystko znajdą, prawda? – dodał Zbyszek.

Faktycznie, nie mieli, lecz nawet wy, moi synkowie waleczni, niczego nie znaleźliście…

Bo nie szukaliśmy – przerwał mamie Zbyszek. – Jakbyśmy szukali, to byśmy znaleźli.

– … i dopiero dziewczyny musiały przyjechać, żeby przeszłość odsłoniła swe tajemnice…– dokończyła.

Ale to siostry! Co prawda cioteczno-stryjeczne ale siostry – wzruszył ramionami Krzyś. – To tak jakbyśmy my sami szukali, znaleźli i tyle.

Wujek zaproponował, żeby wyjąć pozostałe przedmioty z szuflady, znieść na dół i dopiero tam spokojnie, po kolei oglądać znaleziska. Tak zrobili. W zawiniątku rzeczywiście były sztućce. Stare, srebrne, przepięknie zdobione, z pewnością przedstawiające dużą wartość. W jednym pudełku znajdowała się koperta z fotografiami, para złotych obrączek z wygrawerowanymi literami FF po wewnętrznej stronie i cyfrą 1922, która z pewnością oznaczała rok zaślubin tej pary. Dalej złoty łańcuszek z medalikiem, dwa złote pierścionki oraz srebrna papierośnica. W drugim, większym pudełku uwagę dorosłych w pierwszym rzędzie przyciągnęły zeszyty. Były to szkolne zeszyty Stefanii i Janka, jeszcze sprzed wojny. Tylko matka mogła z taka pieczołowitością przechować na pamiątkę zeszyty swoich dzieci.

Spójrz mamo, tu jest jeszcze inne pismo, takie dorosłe – zauważyła Zuzia przeglądając jeden z zeszytów.

Pokaż. Masz rację, inne. O rany, to są zapiski prababci Frani! Halinko, zobacz, są nawet daty!

Coś podobnego. To pamiętnik. Pamiętnik prababci. Naprawdę odkryliście skarby, moje wy skarby kochane – spojrzała ze łzami w oczach na sprawców owego odkrycia.

Pamiętnik? Taki dziewczyński? Też mi skarb – mruknął zawiedziony Zbyszek.

Nie dziewczyński tylko praprababciny – sprostowała Julka.

A co, może ta praprapra…ileś tam razy była chłopakiem? – skrzywił się Krzyś.

Pewnie, Kopernik też była kobietą – zacytowała Zuzia.

I nic tam już nie ma ciekawego? Same papiery? – chłopcy wyraźnie byli zdegustowani znaleziskiem.

Wygląda na to, że papiery – odpowiedział im ojciec.

To my sobie idziemy do domku na drzewie. Tu się zaczyna robić nudno – stwierdzili obaj.

A idźcie, idźcie tylko potem nie narzekajcie, że was coś ominęło – upomniała Julka.

Tu nic więcej nie ma do omijania. – I już ich nie było.

Tymczasem dorośli zaczęli przeglądać papiery. Były tam stare – jeszcze sprzed wojny – obligacje korporacyjne, spory pakiet papierów wartościowych, niektóre z nich emitował bank, inne firma ubezpieczeniowa.

Ciekawe – wujek Emil z coraz większym niedowierzaniem czytał papiery. – Ciekawe. Pójdę z tym do kancelarii prawnej, z którą współpracujemy. Być może odziedziczyłyście po pradziadkach spadek. To znaczy nie wy ale wasza mama.

Jak to? – zdziwiły się żona i szwagierka.

Tutaj są dane osobowe waszych pradziadków. To była ich własność. Janek zmarł bezpotomnie, więc całość przechodzi na Stefanię a potem na Mariannę.

Przecież Feliks wydziedziczył Stefę – przypomniała pani Bogna.

Widocznie mu przeszło. Patrzcie, tu stoi jak byk, że uposażonymi są dzieci: Stefania i Jan. Data też jest…zaraz….zaraz…wasza mama już była na świecie.

Nic nie jest takie jak się wydaje na pierwszy rzut oka – powiedziała Julka zaczynając rozumieć znaczenie słów przodkiń ze swego snu.

Chyba masz rację – zgodziła się Zuzia.

Mama nam nie uwierzy – zwróciła się pani Halinka do siostry. – Za skarby świata nie uwierzy, że to się dzieje naprawdę.

Trzeba zadzwonić do babci Marianny. Ja to mogę zrobić – zaproponowała Zuźka.

Wstrzymajcie się na razie. Tak jak mówiłem, najpierw skontaktuję się z prawnikiem. Może się okazać, że to jedynie pamiątka rodzinna. Powiecie mamie dopiero wtedy gdy będziecie mieć pewność co do wartości: czy jest tylko sentymentalna czy też i materialna. W drugim przypadku będzie musiała sprawę prowadzić dalej sama we własnym imieniu.

Albo zlecić kancelarii – wykazała się Zuźka wiedzą.

Tak, jednak w takim przypadku musi na piśmie udzielić mecenasowi pełnomocnictwa.

Uff, ale wrażenia – dwie pary sióstr, czyli cztery dziewczyny w różnym wieku, miały wypieki na twarzach. – Pamiętnik odłóżmy na później, to będzie bardzo dużo czytania. Teraz zobaczmy zdjęcia.

Na jednym ze zdjęć ujrzeli Franię w ciemnej spódnicy, jasnej bluzce zawiązanej po szyją, w sznurowanych bucikach. Siedziała na krześle, obok stała dziewczyna podobnie ubrana.

Rany, praprababcia Frania przyleciała do mnie w takim samym ubraniu – szepnęła Julka.

Na drugiej fotografii na tle uroczego domku z bali była uwieczniona grupa młodych ludzi obok siedzącej starszej kobiety, jeden z chłopców trzymał mandolinę. Na innej dwie kobiety siedziały na ławce obok tego samego domku, którego maleńkie okienko wychodziło na też maleńki ogródeczek. Na następnej przytulona para stała pod kwitnącą jabłonką, na kolejnej cała grupa młodych ludzi opalających się nad stawem. Była też fotka ruin zamku, na których tle trzymała się za ręce ta sama para, co pod jabłonką.

To przecież nasi dziadkowie przed ślubem – przyjrzała się uważnie dwom fotografiom pani Bogna. – Na pewno je widziałam u mamy.

Szila, to jest Szila – zawołała Zuzia.

Suczka usłyszawszy przez sen swoje imię zerwała się z posłania. Przez chwilę wodziła nieprzytomnym wzrokiem po obecnych. Stwierdziwszy, że nic się nie dzieje, wróciła na posłanie i znów zapadła w sen.

To była suczka pradziadków, miała na imię Aria, bo śmiesznie szczekała, tak „auuu” – powiedziała pani Halinka. – Naprawdę wygląda identycznie jak nasza sunia.

Pewnie dlatego się tak witała kiedy przylecieli – mruknęła Julka i krzyknęła patrząc na kolejne zdjęcie. – A to kto? Feliks? Znaczy prapradziadek?

Zdjęcie przedstawiało młodego mężczyznę w mundurze żołnierza piechoty armii austriackiej z okresu pierwszej wojny światowej.

A ty skąd wiesz? – zdumiały się mama i ciocia.

Wujek też się zdziwił, ale nic nie mówił.

Bo Frania i Feliks przylecieli do mnie w takich samych ubraniach i właśnie tak wyglądali – wyjaśniła dziewczynka.

Pan Emil pomyślał, że dalej nic nie powie ale ponieważ ostatnio sporo czytał w „Nieznanym Świecie”– i nie tylko – o fizyce kwantowej, światach równoległych więc jakoś sny Julki i Zuzi nie wydawały mu się dziwaczne.

A to kto? – spytała Zuzia widząc na zdjęciu młodego chłopaka łudząco podobnego do Bartka.

Który? Ten? – zerknęła ciocia. – Może pochodzić z rodziny Bartka, gdyby nie ubiór i fryzura powiedziałabym, że to on…

Sama zauważyłam – mruknęła Zuzia.

bo jego rodzina od zawsze mieszkała w tym samym miejscu, wiec to pewnie jakiś jego przodek.

Nic prostszego jak zapytać – podpowiedziała Julka.

Nie trzeba, już wiem, to Ignacy, pradziadek Bartka. Stefania mu się podobała, podobno nawet miał zamiar się z nią żenić, ale nie wyszło – wyjaśniła Zuźka.

A skąd ty to wiesz? – wszyscy wyrazili zdziwienie.

A tak się zgadało…

Bardzo lubisz Bartka? – zapytała pani Bogna.

Lubię, bo śmiejemy się z tych samych rzeczy i te same nas wkurzają. I nawet można z nim pomilczeć – wytłumaczyła Zuzia. – Z żadnym chłopakiem w klasie tak nie jest.

 cdn

 

 

 

"Niezwykłe wakacje Julki" 7

annazadroza

Julka obudziła się, kiedy było jeszcze zupełnie ciemno. Nie zobaczyła Szilki w pokoju. Pomyślała, że może suczka została w ogródku i teraz jest sama, smutna i nie może wejść do domu. Postanowiła po cichutku zejść na dół i wpuścić ją do środka. Wszyscy mieszkańcy z pewnością pogrążeni byli w głębokim śnie, bo do uszu Julki nie dochodził najmniejszy szmer. Ona sama bezszelestnie, jak duch pozbawiony materii, zeszła ze schodów i otworzyła drzwi wejściowe. Owiało ją świeże, letnie powietrze, otulił nocny zapach ogrodu. Usiadła na ławeczce przed domem. Zjawiła się Szila, bezgłośnie wskoczyła na ławkę i przytuliła się do dziewczynki. Dobrze im się siedziało, nie pierwszy już zresztą raz.

Nie ruszę się stąd dopóki mnie noc nie opuści, tak mi się tu podoba – szepnęła do suni.

Niebo przepięknie rozjaśniały tysiące migoczących światełek. Jedne były maleńkie, inne zdawały się zwiększać w miarę jak Julka się w nie wpatrywała. Nagle nie wiadomo skąd pojawiła się chmura stopniowo zakrywająca wszystkie gwiazdy na niebie. Była jasna jak mgła, napłynęła z boku, rozlała się nad całą powierzchnią widzianego świata aż po horyzont, na którym wyraźnie odcinały się teraz ciemne kontury lasu. Zrobiło się jasno jak w pochmurny dzień. Skądś pojawiła się kula światła, zrobiła nad domem kilka okrążeń, po czym wylądowała na trawie w ogródku. Julka przyglądała się zjawisku z zaciekawieniem, bez cienia strachu. Szilka również nie okazywała żadnych obaw, wstała, machnęła ogonkiem i krótko szczeknęła.

Cicho bądź, obudzisz cały dom – szepnęła dziewczynka.

Szila zeskoczyła z ławki, jednym susem przeskoczyła kwiatową rabatkę i podbiegła do kuli wyraźnie ucieszona. Julka poszła w jej ślady, to znaczy podeszła do kuli, rabatkę obchodząc z boku, bez przeskakiwania. Ze świetlnej kuli wyszły dwie postacie. Pochyliły się nad suczką, głaskały ją, ona zaś witała się z nimi radośnie jak z dawno niewidzianymi przyjaciółmi.

Zaintrygowana sceną Julka przybliżyła się na tyle, by stwierdzić, iż owe postacie to kobieta i mężczyzna, para jak ze starego filmu. Kobieta ubrana była w długą, ciemną spódnicę i jasną bluzkę zawiązaną pod szyją. Na nogach miała pełne, sznurowane buciki na niewysokim obcasie, włosy zaś gładko zaczesane do góry i upięte w kok. Gdzieniegdzie spod spinek wymykały się pojedyncze kosmyki – zupełnie takie same jak Julcyne – i kręcąc się niesfornie nadawały twarzy kobiety figlarny wygląd. A w ogóle wydawała się dziewczynce dziwnie znajoma, jakby patrzyła na starszą wersję samej siebie ubraną w kostium z początku XX wieku. Towarzyszący jej mężczyzna przyodziany był w ubiór przypominający mundur, też jakiś starodawny, niby z filmu… Zaraz, zaraz, podobne nosili w komedii „CK dezerterzy”, którą niedawno oglądała. Oboje byli młodsi niż jej rodzice w tej chwili, to tylko ich strój sprawiał, że w pierwszej chwili wydawali się być starszymi ludźmi.

Kobieta wyciągnęła do Julki rękę a dziewczynka bez chwili wahania podbiegła i przytuliła się do niej.

Bardzo cię kocham, Juleńko, jestem twoją praprababcią Franią. A to – wskazała na mężczyznę – twój prapradziadek Feliks.

Jeżeli jesteście tacy starzy to dlaczego jesteście tacy młodzi? – zapytała Julka.

Przybyliśmy tylko na chwilkę – uśmiechnęła się praprababcia. – Pojawiła się taka możliwość a ja nie mogłam oprzeć się pokusie, żeby cię nie uścisnąć. Jesteś do mnie ogromnie podobna, wiesz?

Tak mi się zdaje kiedy na ciebie patrzę. To wy zbudowaliście ten dom? – wskazała za siebie.

Tak, my – odpowiedział prapradziadek Feliks. – Był jednak o wiele skromniejszy niż jest teraz.

No i później, później go postawiliśmy, bo w tej chwili jesteśmy dopiero narzeczonymi. Ślub weźmiemy kiedy skończy się wojna – dodała praprababcia.

Jaka wojna? – zdumiała się Julka.

Pierwsza wojna światowa. Nie uczyłaś się w szkole? Wybuchła w tysiąc dziewięćset czternastym roku – wyjaśnił prapradziadek.

Ach, już wiem, pamiętam. Ale to nie jest ważne. Chodzi o was. Nic nie rozumiem. Jesteście ludźmi czy duchami, czy może w ogóle was nie ma? I co z tą rodziną, dlaczego zerwała kontakty…

Kochana Julio – wyjaśnił prapradziadek – przybywamy z miejsca gdzie czas nie ma znaczenia, można się w nim przemieszczać do równoległych przestrzeni. Dlatego mogliśmy się zobaczyć. Ale teraz już musimy wracać.

Czy jeszcze się spotkamy? – przytuliła się Julka do praprababci. – I co z tą rodziną…

Na pewno się spotkamy – uścisnęła serdecznie dziewczynkę. – A odpowiedzi na resztę pytań znajdziesz w tym domu. I pamiętaj, że często jest zupełnie inaczej niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Prapradziadkowie uściskali Julkę, pogłaskali Szilkę, zwrócili się w stronę kuli i zniknęli w smugach światła. Kula uniosła się w górę, zmalała, po czym stała się jednym z tysiąca migających światełek i Julka nie potrafiła jej zidentyfikować. Zniknęła też gdzieś dziwna, wielka, jasna chmura, która zakrywała niebo. Julka siedziała na ławeczce przed domem, obok spała Szila.

Czy ja spałam? – powiedziała do siebie. – Dziwne. Zuźka miała sen o zamku a mnie śnili się dawni członkowie rodziny. Wyglądali tak zupełnie normalnie. Posiedzę sobie jeszcze chwilę z Szilką, jest tak przyjemnie.

Niebo zrobiło się nieco jaśniejsze, jakby słońce gdzieś daleko stąd przecierało oczy i rzuciło w stronę Julki jeden mały różowy, promyczek. Rozległ się dźwięk przypominający brzęczenie komara. Ogromnego komara. Komara giganta. Szilka szczeknęła. Dziewczynka otworzyła jedno oko. Szilka znowu szczeknęła i zeskoczyła z ławki. Julka otworzyła drugie oko i patrzyła z niedowierzaniem. W tym samym miejscu co poprzednio zatrzymała się druga, inna świetlna kula. Przeważał w niej różowy odcień światła. W poprzedniej niebieski był dominujący. Poza tym sytuacja powtórzyła się w sposób bardzo dokładny. Szilka podbiegła do kuli i witała wesoło dwie osoby, które się przed nią pojawiły. To również była para: kobieta i mężczyzna. Julka rozpoznała ich od razu, wszak wyglądali identycznie jak na fotografiach w albumie mamy.

Witaj kochanie – powiedzieli równocześnie. – Jesteśmy…

Wiem kim jesteście – przerwała im Julka. – Bardzo lubię oglądać stare fotografie i widziałam was wielokrotnie. Ty jesteś moją prababcią Stefą – zwróciła się do kobiety. – A ty moim pradziadkiem Staszkiem – wskazała na mężczyznę.

Jak miło, że nas rozpoznałaś – ucieszyli się. – Chodź tu, przytul się. Dziś jest rzadki dla nas dzień, kiedy możemy przytulić własną prawnuczkę. Co za szczęście.

To takie dziwne – zadumała się Julka. – Przed chwilą odwiedzili mnie prapradziadkowie. Czy to jakieś święto?

Jest taka jedna noc w roku, kiedy można przekroczyć granicę czasu – odpowiedziała prababcia. – I właśnie dziś mogliśmy ciebie, Juleńko, zobaczyć. A przed nami byli moi rodzice.

Czy to od nich wyjechaliście i już się nigdy nie spotkaliście? Dlaczego? – dopytywała się Julka.

Sama znajdziesz odpowiedź na wszystkie pytania. Pamiętaj, że najczęściej nic nie jest takie, jak się z pozoru wydaje – dodał pradziadek.

To samo powiedzieli prapradziadkowie – zdumiała się dziewczynka. – Czy wy macie ze sobą kontakt? Powiedzcie coś jeszcze, nie odchodźcie, zostańcie trochę…

Wszyscy mamy kontakt. Musimy już odejść, ale zawsze będziemy przy tobie ilekroć o nas pomyślisz. Ucałuj naszą córkę Mariannę.

Babcię Mariannę? No tak, to wasza córka a mama mamy. Jakie to wszystko pogmatwane – jęknęła.

Pradziadkowie przytulili ją, uściskali serdecznie, pogłaskali Szilkę i odeszli. Kula uniosła się w górę i odleciała znikając w różowych promieniach wschodzącego słońca.

Ależ jestem zmęczona – mruknęła do Szilki sadowiąc się ponownie na ławeczce. – Zupełnie jakbym to ja latała miedzy światami przez całą noc. I na dodatek na własnych skrzydłach – oparła się i zamknęła oczy.

Słońce stało wysoko na niebie, kiedy rozległ się głos Zuzi.

Siostra, czy ty już przez całe wakacje chcesz spać na ławce?

Julka ocknęła się, rozejrzała wokoło i oprzytomniała.

Nie, tylko wtedy kiedy będzie ciepło i bezdeszczowo – odrzekła.

Szkoda, bo mogłabym wynająć twoje łóżko i jeszcze na tym zarobić – zażartowała Zuźka.

Chciałabyś. A łóżko nie twoje i zarobek też nie byłby twój tylko chłopaków – odpowiedziała Julka.

No dobrze, mądralo. Skoro jesteś na dole, to włącz czajnik w kuchni. Tylko nie obudź wujków.

Ani cioci ani wujka nie było. Kartka na stole informowała, że ciocia pojechała do wsi po zakupy i zaraz wróci. Julka zastanawiała się jak to możliwe, że siedząc na ławce nie widziała ich, ani jej nie obudzili wyjeżdżając autem. Jednak nie zawracała sobie tym długo głowy. Może jej się wszystko zdawało? Może jej się śniło i zeszła na dół już po wyjeździe cioci i wujka? W końcu w książkach takie rzeczy opisują, ona już o tym czytała, wiec nie widzi niczego nadzwyczajnego w zaistniałej sytuacji.

 

© Anna Blog
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci