Menu

Anna Blog

...takie sobie dyrdymałki...

Koniec wakacji

Koniec "Końca wakacji"

annazadroza

Westchnęła i poczęła wycofywać się cichutko, by zniknąć zanim mieszkańcy zauważą jej obecność. Na werandę wyszedł olbrzymi piaskowy dog i leniwie się przeciągnął. Znieruchomiała. Pies tymczasem raz i drugi wciągnął w nozdrza obcy zapach, spojrzał w stronę skąd dochodził i przez chwilę przyglądał się intruzowi. Szczeknął basem od niechcenia. Najwyraźniej doszedł do wniosku, że wykonał obowiązek a nieproszony gość nie stanowi żadnego zagrożenia, wystarczy mieć go na oku. Usiadł i obserwował Zosię przekrzywiając olbrzymi łeb i marszcząc czoło.

   - Jesteś przepiękny, ale musiałeś akurat teraz wyleźć? – szepnęła.

   Olbrzym, zupełnie jakby rozumiał, szczeknął w jej stronę i zamiótł werandę ogonem.

   - Rolf! Chodź tu – dał się słyszeć głos z wnętrza Domu.

   - Hau! – odszczeknął Rolf odwracając łeb w stronę głosu lecz nie ruszając się z miejsca.

   - Mógłbyś się ruszyć, kiedy cię pan woła – zaszeptała Zosia.

   - Ty leniuchu, dlaczego mnie nie słuchasz? – na werandzie pojawiła się męska postać.

   Zosia chciała ukryć się za grubym pniem starej jabłoni lecz widok mężczyzny na werandzie przykuł ją do ziemi uniemożliwiając wykonanie jakiegokolwiek ruchu. To nieprawda, to niemożliwe, myślała gorączkowo. To na pewno pierwsze objawy choroby psychicznej.

   Mężczyzna spojrzał w stronę, którą patrzył Rolf.

   Zjawa - przeleciało mu przez myśl i też zastygł w bezruchu.

   - Zosia? – spytał z niedowierzaniem.

   - Damian?

   Głośne szczekanie psa przerwało osłupienie Zosi. Rolf ciężkimi susami popędził w kierunku człowieka zbliżającego się od strony owego małego domku, który nigdy nie został ukończony. Witał się z ogromną radością a basowe radosne szczekanie dudniło po całej okolicy.

   - Tatuś? Tutaj? – Zosi przyszło do głowy, że jeśli to nie obłęd, to z pewnością znalazła się w krainie wyobraźni niczym Alicja po drugiej stronie lustra.

   Ja tu jestem częstym gościem – odrzekł ojciec. – Gdybyś słuchała innych i patrzyła co się wokół ciebie dzieje a nie zamykała się w sobie słuchając tego barana, który w tobie siedzi, nie dziwiłaby cię moja obecność.

   Coś jak nagły, oślepiający promień słońca rozświetliło myśli Zosi.

   -Przecież wczoraj mówiłem, że domek jest prawie gotowy i przed zimą wprowadzimy się do niego.

   - Zaraz, zaraz, chciałabym to pojąć… spokojnie… z pewnością jestem jeszcze prawie normalna…

   - Twoja siostra ma co do tego inne zdanie. Ostatnio, – spokojnie oświadczył ojciec.

   Zosia patrzyła w szare oczy, które uśmiechały się do niej tak ciepło, tak serdecznie… tak realnie…

   - Byłam pewna, że nie zobaczę cię już nigdy w życiu – powiedziała z wyrzutem.

   - Co ty mówisz – zaśmiał się ojciec. – Myśmy ze Staszkiem przeszło ćwierć wieku temu przeznaczyli was dla siebie. Najpierw w żartach. Potem myśleliśmy często, że byłoby wspaniale mieć koło siebie szczęśliwe dzieci i wnuki. A domek kupiłem już jakiś czas temu. Ty chodzisz jak nieprzytomna i nic do ciebie nie dociera.

   - Prawda, oj prawda tatusiu. Jestem oszołomiona…

   - No to już przestań być. Cieszę się ogromnie, że się sobie spodobaliście i będziemy nie tylko sąsiadami ale i rodziną.

   - Ty wiedziałeś? – znów z wyrzutem spojrzała na Damiana.

   - Oczywiście – miał w oczach takiego samego chochlika jak ostatnio Małgosia. – Przecież musiałem dobrze poznać dziewczynę, którą mi ojciec jeszcze w kołysce wybrał za towarzyszkę życia. I zdecydować czy zostać w Polsce czy nie.

   - I…

   - I muszę przyznać, że miał świetny pomysł.

   - Córeczko – wtrącił ojciec z wielką radością oglądając scenę rozgrywającą się w przepięknej scenerii starego ogrodu. – Muszę dziś dać odpowiedź w sprawie twojej ewentualnej pracy w Krakowie. Co mam powiedzieć? Wyjeżdżasz czy zostajesz?

   - Zostaję tatusiu – odpowiedziała ginąc w ramionach Damiana.

   - Zostajemy razem – sprostował Damian.

   - A to się Staszek ucieszy – klasnął ojciec w ręce.

   - Hau, hau – przytaknął Rolf radośnie machając ogonem.

 

"Koniec wakacji" 7

annazadroza

 Życie wróciło do normy, wszystko szło ustalonym trybem. Ojciec wrócił zanim Zosia, uspokojona co do stanu zdrowia mamy, zdążyła wyjechać do Warszawy. Tata miał dla niej ofertę pracy w firmie kolegi, w Krakowie.

   - Naprawdę tak bardzo nas nie lubisz, że nie chcesz być blisko nas i koniecznie musisz stąd uciekać? – mówił poważnie, ale jakoś dziwnie się uśmiechał pod ciemnym jeszcze wąsem, czego Zosia nie zauważyła pogrążona w swoich myślach.

   Jak zawsze uparta, postanowiła jechać do Warszawy.

   Następnego dnia wyszła na pożegnalny spacer po okolicy. Szła rozmyślając o ostatnich przeżyciach, z sercem wypełnionym tęsknotą za Damianem. Zdawała sobie sprawę z faktu, że nie spotka go nigdy więcej. Nie ma takiej możliwości. Jak odnaleźć człowieka nie znając adresu, nie wiedząc w jakiej części Polski ma zamiar zamieszkać, oczywiście o ile pozostanie w kraju przodków. Mieli tyle ciekawych tematów, że nie zdążyli porozmawiać o przyziemnych sprawach… wyjechała tak nagle…

   Szła i szła, a kiedy wreszcie zeszła z obłoków na ziemię spostrzegła, że zmierza dobrze znaną wąziutką ścieżynką w stronę Domu, a raczej dziury w płocie prowadzącej do ogrodu. Rozejrzała się wokół. Nie dostrzegła nikogo, panowała cisza wypełniona jedynie dobrze znanymi odgłosami natury. Przedostała się do środka. Westchnęła z ulgą. Trochę się zmieniło, owszem, ale został zachowany urok dzikości. Bardzo jej się to spodobało. Przystrzyżona trawa dawała złudzenie powiększenia i tak dużej powierzchni. Żywopłot odzyskał kształt, chwasty przestały dusić róże. Sam Dom miał nową elewację, która pokrywała wypełnione braki w murze oraz kamienną balustradę na werandzie. U podnóża schodków na nią prowadzących stały duże donice z kwitnącymi kolorowymi kwiatami. Pod oknami posadzono małe iglaki. Okna były szeroko otwarte.

"Koniec wakacji" 6

annazadroza

    Czas nagle ruszył do przodu nadzwyczaj szybko. W stołówce szarooki chłopak podszedł do ich stolika. Chętnie przyjęli go do swego grona, czwarte krzesło czekało puste na kogoś, kto by je zajął… Miał na imię Damian.  Mówił z lekko obcym akcentem. Prawie całe życie spędził za granicą. Obecnie rodzice wrócili do kraju na stałe. Długo się zastanawiał jaką podjąć decyzję: zostać czy przyjechać z rodziną i rozpocząć życie w nowych dla siebie warunkach. Postanowił najpierw pojeździć po Polsce, poznać lepiej kraj. Zwiedził wybrzeże, stolicę, kilka losowo wybranych  miejscowości uzdrowiskowych, teraz zatrzymał się w Szczyrku, bo dużo o nim słyszał. Jest zachwycony tym bardziej, że spotkał takie miłe towarzystwo…

  Dobrze, że nie wychowywał się tutaj, myślała Zosia tonąc bez reszty w szarych oczach. Nie nauczył się przeklinać, nie zastępuje całej wypowiedzi kilkoma wulgaryzmami, mówi piękną polszczyzną, jaką słyszeć na co dzień można chyba tylko w teatrze.

   Cudownie spędzali dni. Chodzili szlakami, zajadali się pizzą, pochłaniali mnóstwo przysmaków zaliczając wszystkie kawiarenki po kolei, tańczyli. Małgosia z uśmiechem psotnego chochlika przyglądała się siostrze, której jeszcze nigdy nie widziała w stanie takiego upojenia i odurzenia.

   - Zośka jest zakochana – zwierzyła się Krzyśkowi. – Wreszcie wpadła po uszy.  

   W czwartek Damian pojechał do Bielska ponieważ w Szczyrku zepsuł się jedyny bankomat. Podczas posiłku recepcjonistka wezwała Małgosię do telefonu. Pobiegła zdziwiona a wróciła przerażona.

   - Mama straciła przytomność i pogotowie zabrało ją do szpitala – głos jej drżał. – Taty nie ma w domu, wróci dopiero w sobotę. Ciotka znalazła ją na podłodze…

   - Która godzina? – zerwała się pobladła Zosia. – Zdążymy jeszcze na autobus, pakuj torby!

   - Szkoda, że akurat dziś nie ma Damiana – westchnął Krzysiek. – Odwiózłby nas bezpośrednio do pociągu.

   Nie ma Damiana! Serce Zosi skurczyło się i jakby na moment zamarło.  Przecież nie wymienili adresów ani telefonów… ani niczego nie zdążyli sobie powiedzieć… Boże!... No i dobrze, że nie powiedzieli. Koniec wakacji. Teraz mama jej potrzebuje. Trzeba wracać do życia. Mama… nic więcej się nie liczy.

   Błyskawicznie spakowali swoje rzeczy i po chwili pędzili w stronę przystanku. Zdążyli w ostatniej chwili. Potem kolejka do kasy na dworcu…udało się. Nie było czasu na rozważania. Dopiero w przedziale dopadły Zosię myśli, przed którymi chciała uciec, wypełniły mózg, rozsadzały czaszkę.

   Na szczęście mamie nic się nie stało. Nagły spadek ciśnienia spowodował omdlenie. Upadając uderzyła głową w róg wersalki. Córki zastały ją z lekami regulującymi ciśnienie, z opatrzoną raną na czole, zakłopotaną i zmartwioną.

   - Niczym się nie przejmuj, mamusiu. Najważniejsze, że jesteś cała i zdrowa – obie tłumaczyły matce.

   - Ale przykro mi, że zepsułam wam koniec wakacji.

   - Głupstwo. Masz zacząć wreszcie dbać o siebie. I przestaniesz się zamęczać, bo ja, jako przyszła lekarka, nie pozwolę ci na to. Już ja się tobą zajmę – żartobliwie pogroziła mamie Małgosia.

                                               

"Koniec wakacji" 5

annazadroza

  Co się ze mną dzieje? Zaczęła się poważnie zastanawiać. Chyba jestem zmęczona po egzaminach, po pracy, może jeszcze nie przywykłam do dorosłego życia… Odpędzała od siebie niepokojące myśli zajmując się obserwacją otoczenia. W jednym z takich momentów zwróciła uwagę na młodego mężczyznę, który zamieszkał w pierwszym pokoju długiego budynku.  Niewiele był od niej starszy ale jakoś tak … wyglądał poważniej od rówieśników. Chyba dlatego, że oczy, szare oczy w czarnej oprawie nadawały twarzy wyraz rozmarzenia, tęsknoty za czymś tajemniczym, nieuchwytnym … Zosia pomyślała, że chętnie pomogłaby mu szukać czegoś… czego?

   Uśmiechnęła się sama do siebie i pobiegła za siostrą i Krzyśkiem. Nieznajomy odpowiedział uśmiechem na jej uśmiech a jego twarz przybrała wyraz stosowny do wieku i ubioru.

   - Nie do ciebie się uśmiecham, gamoniu jeden - mruknęła pod nosem, - ale bosko wyglądasz w tej niebieskiej koszulce…

   - Co tam mamroczesz? – dopytywała się Małgosia.

   - Nic – odpowiedziała, nieznacznie zerkając ponad głową siostry w stronę chłopaka, który cały czas przyglądał jej się z wyraźnym zainteresowaniem.

   Małgosia potknęła się o wystający korzeń odwracając głowę, by sprawdzić  co tak zainteresowało siostrę.

   - O choroba, mój palec – jęknęła. – Mama zawsze powtarza, że nie trzeba bujać w obłokach tylko chodzić po ziemi i patrzeć pod nogi. O właśnie, wspomniałam o mamie i od razu mi się skojarzyło: ciągle zapominam ci powiedzieć, że Dom kupił pan Staszek, kolega taty ze studiów. Wiele lat spędził za granicą a teraz wrócił z całą rodziną, by zamieszkać na stałe. Ma dwóch synów, jednego trochę starszego ode mnie, drugiego trochę starszego od ciebie.

   - Co mówisz? – ocknęła się Zosia z zamyślenia.

   - Że ma dwóch synów – zniecierpliwiła się Małgosia. – Po co ja sobie strzępię język, skoro ty mnie nie słuchasz? Przytomna jesteś? O czym ty w ogóle myślisz?

   - Ja?... –zarumieniła się. – O niczym… Patrz jaki piękny domek – wskazała na uroczy drewniany budyneczek, żeby odwrócić od siebie uwagę siostry. W wyobraźni wciąż widziała szare oczy nieznajomego chłopaka.

   - Zaraz ci powiem co podsłuchałam – Małgosia zawiesiła głos dla większego efektu. – Tata z panem Staszkiem chcieli nas pożenić.

   - Jak to: nas?

   - Ojej, nie bądź taka tępa. Wydać nas za mąż za synów pana Staszka. Mnie i ciebie, wyobrażasz sobie?

   - Za żaden mąż wychodzić nie będę. Tfu, chciałam powiedzieć, że nie mam zamiaru wychodzić za mąż – oświadczyła Zosia. – A jeśli chodzi o Dom, cóż, może będzie szczęśliwy, że ktoś w nim mieszka.

   - Nie bądź taka pewna – Małgosia z szelmowskim uśmieszkiem  spojrzała siostrze w oczy. – Ja mam swego Krzysia więc mnie to nie dotyczy. My już nawet mamy imiona dla dzieci i wiemy jak które będzie wyglądało…

   - A zdjęcia też im już zrobiliście? – jadowicie zasyczała Zosia.

   - Ale ty, siostrzyczko, jesteś wolna – ciągnęła niezrażona Małgosia. – Chyba się nie mylę?... Ktoś powinien się poświęcić dla rodziny – uskoczyła w bok zanim Zośka zdążyła dać jej kuksańca.                                              

"Koniec wakacji" 4

annazadroza

   Wokół Zosi wciąż kręcili się jacyś chłopcy budząc zazdrość niektórych koleżanek. Traktowała wszystkich jak kolegów, na widok żadnego nie zabiło mocniej serce. Śmiała się sama z siebie mówiąc, że jest niedzisiejsza i staromodna, bo wierzy w prawdziwą miłość od pierwszego wejrzenia. A jeśli jej nie spotka?

   - Trudno, niczego „zamiast” nie chcę. Zresztą dziś kobieta nie musi, na szczęście, wychodzić za mąż, aby mieć udane życie – tłumaczyła znajomym.

   - Naoglądałaś się idiotycznych filmów i sama nie wiesz, czego chcesz – koledzy nie mogli pogodzić się z faktem, iż żadnemu nie udało się zdobyć względów wesołej, na pozór beztroskiej dziewczyny, której włosy były przepiękne a figura przyciągała wzrok każdego przechodzącego stwora rodzaju męskiego bez względu na ilość przeżytych lat.

   Czas płynął. Małgosia ukończyła liceum. Idąc w ślady ojca i stryja pomyślnie przebrnęła przez egzaminy wstępne i została przyjęta na medycynę w Krakowie. Udało jej się namówić siostrę na wspólny wyjazd we wrześniu do Szczyrku, do którego jeździły od dzieciństwa.

   Spędzały razem wspaniałe chwile: wieczorami pogrążone w rozmowach, siostrzanych zwierzeniach a całymi dniami chodząc po górach. Wszystkie szlaki były dostępne, bo wrzesień przyniósł ze sobą słońce rzucające blaski na orgię barw na stokach, na przecudne kolory jesieni, których człowiek nazwą obdarzyć nie potrafi, może jedynie w milczeniu podziwiać, pochłaniać wzrokiem całe piękno.

   Małgosia zewnętrznie ogromnie przypominała siostrę typem urody i wspaniałą figurą. Włosy miała obcięte do ramion, grzywka ciągle spadała na roześmiane oczy a dołeczki w policzkach i chochlik w spojrzeniu tworzyły obraz przeuroczego łobuziaka. Łobuziak ów był osóbką nader praktyczną, choć trudno było w to uwierzyć na pierwszy rzut oka. Otóż Małgosia dobrze wiedziała, co będzie robić przez najbliższe pięćdziesiąt lat: studia, praktyka, mąż, troje dzieci, własny dom, koty i psy – wszystko według planu, żadnych niespodzianek. Zmieniać się może tylko i wyłącznie ilość zwierzaków.

   - Ależ Małgosiu, przecież właśnie niespodzianki są urokiem życia – mówiła Zosia podczas wchodzenia stromą dróżką od strony Biłej. – Nigdy nie wiesz co spotkasz za najbliższym zakrętem i to jest cudowne.

   - Nienawidzę niespodzianek. Wolę najpierw dobrze zapoznać się z trasą nim na nią wejdę – odpowiedziała Małgosia. – Po co mi nerwy na trasie? Szkoda czasu i energii. Jeśli wiem, co mnie czeka na końcu, mogę spokojnie cieszyć się tym, co jest w międzyczasie. Jeśli nie znam zakończenia, tracę całą przyjemność zmierzania do niego.

   Po kilku dniach dołączył do nich Krzysiek, chłopak Małgosi. Siłą rzeczy Zosia więcej czasu spędzała sama. Chwilami ogarniało ją nieznane do tej pory uczucie tęsknoty, jakiegoś dziwnego osamotnienia. Nasilało się szczególnie, gdy widziała pary spacerujące wieczorem po głównej ulicy. Denerwowało ją to coraz bardziej. Stawała się też coraz bardziej niegrzeczna w stosunku do różnych mężczyzn próbujących nawiązać z nią bliższą znajomość.

                                                

 

   

© Anna Blog
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci