Menu

Anna Blog

...takie sobie dyrdymałki...

Po co wróciłaś Agato?

"Po co wróciłaś..." 40 - koniec drugiej części sagi ursynowskiej

annazadroza

    Ostatni tydzień wakacji minął bardzo szybko.

   Po wyjeździe Teresy i chłopaków zrobiło się cicho i spokojnie. Aldona kwitła szczęściem, Sergiusz patrzył w nią jak w obraz oszołomiony natężeniem przeżywanych uczuć. Jak to możliwe, żeby on, tak trzeźwo patrzący na świat, został ogarnięty przez miłość i wypełniony nią całkowicie? Chodził po domu głośno śpiewając, naśladując gwiazdy rocka. Tina krok w krok za nim i przyglądała się przekrzywiając łeb na bok. Często suczce towarzyszyły kotki i cały orszak krążył po domu i ogrodzie wywołując okrzyki radości i zachwytu u wszystkich czterech pań.

   Wieczory były piękne chociaż chłodne, jak zwykle w sierpniu. Dziewczynki zamykały się w Ukrytym Pokoju powiedziawszy „dobranoc” rodzicom, ci ostatni wychodzili przed dom ze zwierzakami. Spacerowali po ogrodzie wpatrzeni i wsłuchani w oplatającą ich noc. Ścigali wzrokiem spadające gwiazdy wypowiadając życzenia, jedne głośno, drugie po cichutku. Snuli wspólne plany na przyszłość, obmyślali najdrobniejsze szczegóły domku, który zbudują w Cięciwie, a który koniecznie miał być normalnym, solidnym, całorocznym domem dla licznej rodziny.

   Któregoś wieczoru Aldona poczuła znajomy strach chwytający ją za gardło. Odnosiła wrażenie, że gdzieś z tyłu czai się coś złego, ponurego, co ją pochwyci i uniesie w krainę ciemności na zatracenie, tam, skąd nie ma powrotu…

   Zerwał się gwałtowny wiatr, zza lasu wypłynęły czarne chmury zakrywając iskierki gwiazd, tarczę księżyca, okrywając cieniem ziemię. Zadrżała jakby poczuła ukłucie prosto w serce, jakby ktoś nagle lodem dotknął rozpalonego czoła, jakby zawisło nad nią coś strasznego i groźnego. Może czuła się zbyt szczęśliwa? Może z jakichś nieznanych powodów właśnie ona nie ma prawa do szczęścia? Ale skąd takie myśli? Dlaczego? Przecież nic się nie stało, tylko nadciągają ciemne chmury zwiastujące zmianę pogody. Zwykła rzecz. Skoro w radio od rana  zapowiadali deszcz, jest to zupełnie normalne i naturalne zjawisko.

   - Ty się cała trzęsiesz -  Sergiusz przytulił ją do siebie. – Chodźmy do domu, rzeczywiście ochłodziło się raptownie - drżenie przebiegające jej ciało wziął za rezultat ochłodzenia temperatury pachnącego lasem powietrza.

   Widok nadciągającej chmury prześladował ją przez pozostałe dni, zupełnie niespodziewanie pojawiając się w pamięci nawet w słoneczne południe. Serce ściskała trwoga a to „coś” nieokreślonego zdawało się krążyć nieustannie wokół przerażonej Aldony. Nie wspominała o tym partnerowi w obawie, że wyśmieje ją albo uzna za histeryczkę.

   Dziewczynki wykorzystywały każdą chwilę na szaleńcze gonitwy po Skałkach, zjeżdżanie ze Styrku zielonym czterokołowym wózkiem z dyszlem, pożyczonym od wujka Zygmunta, albo turlanie się z górki w dół w towarzystwie „tubylców” oraz Tiny i Miśka, który – choć dużo, dużo większy od suczki – dawał się w zabawie rozkładać na łopatki.

   Nadszedł wreszcie czas wyjazdu poprzedzony nieprzespaną przez Aldonę nocą. Dziewczynki płakały z żalu, że trzeba jechać ale za chwilę snuły plany wspólnego spędzania weekendów i ferii, bo przecież „są jak prawdziwe siostry”.

   Tinusia nad podziw dobrze zniosła długą podróż. Rozłożona wygodnie na tylnym siedzeniu głównie spała. Dziewczynki siedziały na samym brzegu siedzenia, często klękając na podłodze, zrzucane przez pupilkę nawet z owego kawałeczka miejsca.

   Rok szkolny rozpoczynał się w poniedziałek. Przez całą sobotę Aldona zajęta była rozpakowywaniem bagaży, praniem, zakupami przedmiotów potrzebnych do szkoły – i jak zawsze – przyrzekała sobie, że już nigdy nie zostawi tego na ostatnią chwilę. Zapracowana w ciągu dnia dopiero wieczorem zauważyła, że Sergiusz nie wpadł, nie zadzwonił do Magdy, która już wróciła z wakacji i mogłaby ją poprosić do telefonu. Kiedy jednak nie zadzwonił i nie pokazał się w niedzielę, odczuła niepokój. Co się mogło stać? Dziewczynki dolewały oliwy do ognia płacząc z tęsknoty za Tiną, obecność Bibi już im nie wystarczała.

   W poniedziałek zadzwoniła do niego do pracy. Nie poznała jego głosu, tak był zmieniony.

   - Kochanie,- powiedział – gdy wróciliśmy do domu okazało się, że czeka na nas Agata. Gdybym wiedział, zostawiłbym Monikę u ciebie i sam sprawę załatwił do końca. Ale w sytuacji, gdy dziecko nieprzytomne z radości nie puszcza jej ręki, chodzi krok w krok za nią i powtarza: moja mamusia wróciła – co miałem zrobić? Muszę to jakoś przemyśleć, ułożyć. Nie wiem jak, nie wiem w tej chwili co mam zrobić… Doniczko, dlaczego milczysz?

   - A co mam powiedzieć? – ledwo wyszeptała zmagając się z tym „czymś”, co ją dopadło, wreszcie się zmaterializowało, chwyciło za gardło i zaczęło dusić. Zrobiło jej się ciemno przed oczami, jakby prześladujące ją czarne chmury spowiły cały świat. – Co mam powiedzieć? – powtórzyła.

   - Agata powiedziała, że źle postąpiła i teraz zostanie z nami. Monika płakała ze szczęścia i pytała czy na pewno już nigdzie nie pojedzie. Powiedz sama, czy mogłem w takiej chwili wyrazić sprzeciw? Bałem się o Biedroneczkę, tylko i wyłącznie ze względu na dziecko nie sprzeciwiłem się Agacie. Głośno i wyraźnie powiedziałem, że nasze małżeństwo uważam za skończone, rozwiązane. Udawała, że nie słyszy. Kochanie, muszę z tym wszystkim dojść do ładu, rozumiesz mnie?

   - Przepraszam cię, muszę kończyć – odłożyła słuchawkę.

   Siedziała nieruchomo blada jak świeżo pobielona ściana. Serce waliło oszalałym rytmem a ręka, którą podniosła, by wytrzeć łzy spływające po policzkach, drżała jak w febrze. Dlaczego? Dlaczego znowu ją musiało to spotkać? Uwierzyła, że może być szczęśliwa, kochana. Po co? Wróciła żona. Jaka by nie była – żona. Formalna, legalna. A ona? Ona jest nikim. Była zabawką dla mężczyzny, to takie zwykłe i banalne… Nie! To niemożliwe! On nie kłamał! Nigdy nie mówił nieprawdy. Jeśli już coś powiedział – dopiero wtedy, kiedy był pewien siebie i swoich uczuć, inaczej nie powiedziałby ani słowa. Dobrze, że ma w torebce relanium. Dobrze, że nie ma nikogo w jej  pokoju. Trzeba się wziąć w garść.

   Do końca dnia pracy funkcjonowała jak automat nie wiedząc co się wokół niej dzieje. W domu wysłuchała relacji dziewczynek z pierwszego dnia w szkole starając się zrozumieć cokolwiek z ich paplaniny. Po głowie tłukła się jedna myśl: po co wróciłaś Agato? Nie mogłaś zostać tam gdzie byłaś i dać nam wszystkim żyć?

   Przygotowała dzieciom kolację, rzeczy do szkoły na jutro, kazała iść spać. Weszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Trzymając Bibi w objęciach stanęła przy oknie. Na niebie nie błyszczała nawet jedna gwiezdna iskierka, drogę do ziemi zagradzało kłębowisko czarnych chmur gnanych silnym wiatrem, przesuwających się z ogromną szybkością i bezustannie zmieniających złowrogie kształty. Przytuliła  mocniej koteczkę. Bezgłośne łkanie  wstrząsnęło jej ramionami, rozpłakała się, rozszlochała nie mogąc dłużej zapanować nad potwornym bólem i rozpaczą. Łzy jedna za drugą płynące strumieniem żłobiły na policzkach i w kącikach oczu piekące bruzdy. Straciła sens istnienia, nie miała po co żyć. Pragnęła, by nigdy nie nadszedł świt, by mogła pogrążyć się w wiecznej ciemności razem ze swym cierpieniem. Nie myślała o dzieciach, nie myślała o koteczce, która wyrwała się jej z rąk strwożona dziwnym zachowaniem i wskoczyła na parapet. Obserwowała z parapetu jak pani osuwa się na kolana i znieruchomiała, z twarzą nabrzmiałą niewysłowioną męką szepce: po co wróciłaś Agato?

  

 

 

 

 

"Po co wróciłaś..." 39

annazadroza

    Tak to już jest na tym świecie, że wszystko co dobre szybko się kończy. Przeminął pełen wrażeń weekend. Teresa spakowała swoje bagaże, wzięła też trochę rzeczy Aldony, bo ciasno byłoby w samochodzie w drodze powrotnej ze względu na obecność Tiny oraz mnóstwa zakupów zrobionych w Tenczynku i Krzeszowicach.

   - Nic się nie martw – pocieszała przyjaciółkę Teresa. – Ja też zawsze stąd wracam jak juczny wielbłąd. Zawsze wypatrzę całą furę rzeczy, które są mi koniecznie potrzebne głównie dlatego, że kosztują mniej niż w Warszawie. Zwiąż wszystkie koszyki razem albo wsadź do pudła, pełno ich na strychu. Pudło można umieścić na dachu, na bagażniku.

   Na jarmarku w Krzeszowicach odbywającym się zawsze w poniedziałki, kupiła Aldona kilka koszyków różnej wielkości i kształtu, aby wykorzystać je jako osłonki na doniczki i łamała sobie głowę jak się z tym wszystkim zabierze. Gdzieś musiała jeszcze zmieścić cały duży komplet pomarańczowych garnków z Olkusza kupionych prawie za połowę ceny, którą musiałaby zapłacić na bazarku czy na Giełdzie Na Dołku, za ten sam towar.

   Sergiusz z Jurandem majstrowali coś przy samochodach. Dzieci z niewyraźnymi minami kręciły się po domu i ogrodzie. Dlaczego ten wujek Zygmunt nie przychodził? Chłopcy niedługo jadą i co? Nie dowiedzą się po co ten kudłaty typ straszył w tunelu.

   - Po co przyrzekaliśmy wujkowi, że będziemy tu siedzieć? Ja tego nie przeżyję – zajęczał ponuro Kubuś.

   - Przeżyjesz, przeżyjesz – spokojnie powiedział Maciek wyglądając przez okno Ukrytego Pokoju.

   - Co ty tam wiesz? – burknął Kuba patrząc spode łba na brata.

   Linka tylko zerknęła na Maćka, bez słów podeszła do okna i sama wyjrzała.  

   - Przeżyjesz – powtórzyła jak Maćkowe echo. – Wujek właśnie zsiadł z roweru. Teraz wchodzi przez bramkę prowadząc rower – relacjonowała.

   - Bujasz – Kubuś skoczył do okna, odepchnął brata i wystawił głowę na zewnątrz. – Faktycznie! Lecę na dół.

   - Nigdzie nie lecisz – Maciek złapał go za kołnierz i przytrzymał. – Wepchałeś się niczym prosię, odepchnąłeś Linkę i nawet nie powiedziałeś przepraszam.

   Kubuś spienił się jak morski bałwan ale nie miał czasu na obrażanie się. Wujek przecież przyniósł ważną wiadomość. 

   - Przepraszam – powiedział głośno i wyraźnie co mu się przy tym słowie raczej nie zdarzało, - ale nie wpychałem się na ciebie, Linko. Chciałem wyjrzeć i nic więcej

   Gdy Maciek uwolnił go z uścisku, dodał z bezpiecznej odległości.

   - A ty bracie zapamiętaj, że mnie się nie szarpie bezkarnie. Mogłeś mi spokojnie zwrócić uwagę, przecież nie zrobiłem tego specjalnie. Chciałeś się popisać przed Linką, tak?

   Maciek machnął ręką nie przywiązując wagi do pogróżek brata i popędził za resztą na spotkanie z wujkiem umierając z ciekawości, wpadając z całym impetem na Inkę i Marka, oni zaś na biedną Moniczkę robiąc „korek” na schodkach.. Zanim się „odkorkowali” wujek wchodził do domu radośnie witany przez Tinę.

   - I co? I co? Udało się? Co tam było? – wołali wszyscy jednocześnie.

   - W porządku, udało się – uspokajał wujek. – Dajcie mi odsapnąć i wejść do pokoju. Przecież ja nie mam tylu lat co wy, chociaż bardzo tego żałuję.

   - Uspokójcie się! – krzyknęła Teresa. – Spokój! Czyście zupełnie poszaleli? Wejdź wujku, siadaj. Napijesz się czegoś? Kawy, herbaty a może kompotu?

   Wujek usiadł w krzesłofotelu przy okrągłym stoliku. Zapalił lampkę, lubił jej różowe światło. Rzucała blask na jego srebrzyste włosy i czyniła sympatyczną twarz zupełnie młodą. Może to wrażenie potęgowały iskierki - chochliki w wesołych oczach?

   - Słuchajcie staruszkowie – zwrócił się do dorosłych. – Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę z tego, że macie genialne dzieci.

   - A co one znów narozrabiały? – jęknęła Aldona.

   - Wiem, że wszystkie, ile ich tu jest, są genialne, ale akurat dlaczego w tym momencie ty to dostrzegłeś? – spytała Teresa.

   Dziewczynki zapiszczały z radości słysząc opinię wujka.

   - Otóż wasze dzieci ciężko pracowały podczas gdy wy bawiliście się albo drzemali w Krakowie. Odnalazły bimbrownię – oznajmił tryumfalnie.

   - Rany boskie! – złożyła ręce Aldona. – Co znalazły?  Bimbrownię?

   - Teraz? Przecież alkoholu jest już wszędzie do czorta i ciut ciut – zdziwiła się Teresa.

   - Ale odnalazły. W tunelu pod Buczyną.

   - To tam was licho poniosło? – w głosie Juranda dzieci wyraźnie wyczuły podziw dla siebie. – A nie mogliście mnie wziąć ze sobą?

   - A nie wiesz w jaki sposób? – wesoło spytał Marek.

   - A któż pędził ten bimber? – spytał Jurand.

   - A jak myślisz? Jeśli powiesz, że Kudłaty, to zgadłeś.

   - Tak właśnie myślałem.

   - Akcja się powiodła, aparatura zarekwirowana. Marku, ten zapach o którym mówiłeś, to zapach spalającego się gazu z butli.

   - Dlatego skojarzyło mi się z Cięciwą

   - Kudłaty tłumaczył, że to nie on sam tylko jakiś facet z Rudna czy Zalasa do tego go namówił. On tylko w tunelu ukrywał butelki przed swoją babą, bo mu w domu nie dawała pić i goniła do roboty. Właził więc do kryjówki i tam sobie spokojnie pociągał. Aż tu kiedyś ten facet go nakrył. I zagroził, że jak nie będzie współpracował, to powie jego babie. A baba jak piec wielka, Kudłaty trzęsie przed nią portkami jak diabeł przed panią Twardowską. Podobno dlatego się zgodził.

   - To dopiero historia – nie mogła się nadziwić Aldona.

   - Byłaby zabawna, gdyby nie przypłaciło jej życiem dwóch młokosów przez własną i cudzą głupotę. Szkoda ich, nie zdążyli zmądrzeć – powiedział Jurand.

   - Tak, ale cóż można poradzić na głupotę? Jest nieuleczalna. Ale wy możecie się cieszyć, że macie genialne dzieci, będą sławne w całym Tenczynku – zakończył wujek.

   - Szkoda, że już jedziemy – posmutniał Kuba. – Chętnie pochodziłbym sobie po wsi jako sławna osoba.

   - Będę miał co opowiadać Olkowi – cieszył się Maciek.

   Kubuś coś sobie nagle przypomniał, wysunął się cichutko z pokoju a po chwili wrócił z małą buteleczką w ręce.  

   - Wujku, to jest ta zaczarowana buteleczka o której mówiłeś? – porozumiewawczo przymknął oko.

   - Pokaż, niech no jej się przyjrzę. Tak, ta sama.

   - Jak to czarodziejska? W jakim sensie? Co to znaczy? – dopytywały się zaintrygowane dzieci.

   Jurand zmarszczył brwi, szukał czegoś w pamięci wreszcie przygryzł wargi chcąc ukryć uśmiech.

   - Chcecie zobaczyć dlaczego? Proszę bardzo. Kto jest najstarszy?

   - Maciek!

   - A zatem jemu ten zaszczyt się należy. Weź ode mnie buteleczkę i włóż do kieszeni spodni. Uwaga, odprawiam czary.

   Pomamrotał po cichu i pomachał rękami.

   - Figaon pogaon figate tutenbaon. Gotowe. Teraz nie wyjmując buteleczki z kieszeni odkręć zakrętkę i oddaj mi ją.

   - Może tam jest dżin jak w amforze z baśni? -  Moniczka wspięła się na palce spodziewając się zobaczyć coś nadzwyczajnego. Tymczasem Maciek zastygł bez ruchu z ogłupiałą miną a po spodniach na podłogę popłynęła strużka…

   - Maciusiu, co ty! – krzyknęła Teresa.

   - Ja, ja nie wiem, to nie ja – wybełkotał. – Ja nic nie zrobiłem, odkręciłem tylko butelkę i…

     Kuba rechotał, Jurand też, wujek Zygmunt nie mógł już dłużej zachować powagi. Maciek wyjął buteleczkę z kieszeni i dokładnie obejrzał.

   - A, to takie buty – groźnie spojrzał na brata zobaczywszy dziurkę wywierconą w dnie.

   - Miałem zrobić dowcip wujkowi Sergiuszowi ale ty mi się naraziłeś – wyjaśnił Kubuś. – Nie szarp na drugi raz mniejszych od siebie bez powodu.

   Maćkowi szybko przeszła złość i śmiał się ze wszystkimi. A wujek opowiadał jak w czasie wojny pracował w krakowskich tramwajach, w warsztacie elektrycznym i jakie figle płatał wspólnie z kolegami.

   - Na przykład kiedy przechodził obok nas Niemiec podnosiliśmy rękę mówiąc: mój pies tak wysoko skacze, a on myślał, że go pozdrawiamy. Odpowiadał: „hajhitla” podnosząc rękę tak samo jak my. Śmialiśmy się z tego do rozpuku.

   - Opowiedz im o myszy – przypomniał Jurand.

   - Mieliśmy w warsztacie majstra, - uśmiechnął się wujek na samo wspomnienie, - wielkiego chłopa, który potwornie bał się myszy. Ja, jak to młody chłopak, miałem różne głupie pomysły. Kiedyś znalazłem w warsztacie zdechłą mysz. Przywiązałem tę bidulę nieboszczkę za ogon do paska od fartucha, w którym on chodził. A chodził wyprostowany kręcąc kuprem. Mysz raz z jednej, raz z drugiej strony waliła go po pośladkach ale nie czuł. My dusiliśmy się ze śmiechu. Któryś z chłopaków nie wytrzymał i zawołał: panie majster, co wam się tak z tyłu majta? Sięgnął ręką i chwycił mysz! Zaczął ryczeć, tupać, drzeć się jak opętany a my, nie czekając dalszego ciągu, pryskaliśmy jak i gdzie kto mógł przez drzwi i okna, żeby nas nie pozabijał.

   - Tam się nauczyłeś sztuczki z butelką, prawda?

   - Oczywiście, że tak i kilku chłopaków zrobiliśmy w konia zanim nie odkryli podstępu. A kiedyś stwierdziłem, że wszyscy powinni się kłaniać jak wchodzą do warsztatu i wchodzić bez czapek na głowach. Zaraz podłączyliśmy kabelkami klamkę do prądu, pod drzwiami zamontowaliśmy płytkę. Jak ktoś złapał za klamkę, to nim potrzęsło. To potem każdy zdejmował czapkę i przez nią naciskał klamkę. A w drzwiach umocowaliśmy stalowy pręt i kto wchodził, musiał się schylić. Tym sposobem wszyscy wchodzili kłaniając się i z czapką w ręce.

   - Ja to znam. Słyszałam już to opowiadanie – Teresa wstała i usiadła, znowu wstała i znowu usiadła. – Wujku, a o telefonie na prima aprilis pamiętasz?

   - Jakby nie? A ty skąd wiesz? Pewnie już mówiłem, tylko nie pamiętam.

   - My nie znamy, opowiedz – prosiły dzieci.

   - No więc wszystkie figle wymyślaliśmy do spółki z Andrzejem, chłopakiem, którego wojna nawet nie wiem skąd przyniosła. Było tak. Postawiliśmy na stole aparat telefoniczny, dzwonek żeśmy wykręcili ze stołówki i podłączyli pod stołem obok aparatu. Kiedy przyszedł inżynier nacisnąłem dzwonek, wyglądało jakby faktycznie dzwonił telefon. Andrzej podniósł słuchawkę i mówi: tak jest, oczywiście panie dyrektorze, już go proszę. Inżynier się spienił, bo skąd tu telefon, tylko on miał prawo wydać pozwolenie na zainstalowanie. Ale skoro dyrektor dzwonił do niego… Wziął słuchawkę, zrobił poważną minę i mówi: inżynier Iksiński przy aparacie, słucham panie dyrektorze. My dłużej nie wytrzymaliśmy i ryknęliśmy śmiechem. Ale był ubaw.

   - Wujku, opowiadał mi tę historię mój własny, osobisty, rodzony ojciec, który ma na imię Andrzej – powiedziała wzruszona Teresa. – Tak się złożyło, że się jeszcze nie spotkaliście. W przeciwnym wypadku chyba byście się poznali.

   - Dziecko drogie! – wykrzyknął zaskoczony wujek. - Nie może to być! Często się zastanawiałem jak się Andrzejowi życie dalej potoczyło. Ja powędrowałem do Katowic i tam zostałem przez wiele lat. Do Tenczynka wróciłem na stałe po śmierci mojego ojca. Po wypadku w kopalni mam rentę, mogę więc sobie tu spokojnie żyć tak jak lubię i robić co chcę. Andrzej wybierał się na północ, nad morze. Rozstaliśmy się na dworcu w Krakowie i więcej go nie widziałem. To znaczy, czasem mi się zdawało, że go widzę w telewizji, ale ludzie się zmieniają, a i nazwisko było inne. My przecież nie wszyscy mieliśmy swoje prawdziwe nazwiska. Potem nawet nie było wiadomo jak szukać. Dziecko kochane, żeby mi kiedyś do głowy przyszło, że córka mojego przyjaciela sprzed lat zostanie żoną małego Juranda! Coś niebywałego. Niezbadane są koleje ludzkiego losu i wyroki boskie – mówił wycierając kułakiem łzy wzruszenia.

   „Mały” Jurand był nie mniej poruszony niż wujek.

   Teresa długo opowiadała jak potoczyło się życie taty, gdzie mieszkał, co robił. Nie mogła się nadziwić niezwykłemu zbiegowi okoliczności.

   Wiesz co, Tereniu? – powiedział uspokoiwszy się wreszcie. – Basia do mnie pisała o Andrzeju z wielką sympatią a mnie się zdawało, że go znam przez te listy. Okazuje się, że nie tylko. Ciekawe czy on mnie pamięta.

   - A jakby mógł opowiadać o tych wszystkich figlach nie pamiętając o tobie? – uściskała serdecznie wujka. – Pamiętasz jak zakładaliście linię wysokiego napięcia?

   - Pewnie – zaśmiał się. - Siedzieliśmy na słupach a na środku ścieżki położyliśmy duży kamień. Baby chodziły przez pola boso, żeby butów nie zniszczyć trzymały je w rękach i zakładały  przed samą wsią. Kiedy zbliżały się do kamienia wołaliśmy z góry.  Spoglądały wtedy na nas  i… łup nogą w kamień. Teraz bym tego nie zrobił, przyznaję. Ale młodzi byliśmy, głupi i o mało ze słupów nie pospadaliśmy ze śmiechu jak niektóre klęły i z dołu nam wygrażały.

   Opowiadaniom i wspomnieniom położyła kres Monika usnąwszy na dywanie z głową opartą o Tinę i przytuloną kotką. Jurand nie pozwolił wujkowi jechać nocą na rowerze i odwiózł go do domu autem. Rower też miał przejażdżkę, mało co jednak widział z dachu samochodu z powodu zupełnej ciemności.

   Teresa nie mogła się doczekać chwili, kiedy opowie tacie o spotkanym przypadkiem jego przyjacielu z lat młodości. Jurand wrócił z listem napisanym przez wujka do Dziadka. Teresa wyszła przed dom, do męża. Omawiając niezwykłe wydarzenie spacerowali po ciemnym ogrodzie otoczeni księżycowym blaskiem, podziwiając przecudne, granatowe niebo usiane miriadami gwiazd.

   - Kochanie – Jurand objął żonę obiema rękami i przytulił kładąc brodę na jej głowie. – W tej chwili wydaje mi się, że nasze spotkanie zostało zaplanowane zanim jeszcze przyszliśmy na świat.

   - Ty to mówisz? Taki zawsze trzeźwo myślący i twardo chodzący po ziemi?

   - Oczywiście to na pewno tylko czysty przypadek, ale… może coś więcej w tym jest? – przytuleni stali nieruchomo otoczeni ciemnością nocy skrywającą przed ludzkimi  oczami niezgłębione tajemnice.

 

"Po co wróciłaś..." 38

annazadroza

   Szli rozglądając się wokół, poznając nowe miejsca zaglądali przez płoty na posesje.

   - Wujku, co to za komin? - spytała Inka wskazując na bijący w niebo wysoki komin z czerwonej cegły.

   - Tu była stara cegielnia.

   - Tata opowiadał mi, że kiedyś każdy mógł robić sobie cegły na podwórku – odezwał się Marek.

   - Tak było. Do wyrobu cegły potrzebna jest glina i węgiel a tego tutaj nie brakuje. Najpierw powiem wam o cegle, potem o węglu. Otóż  pierwsza sprawa to mieszanie gliny. Mieszało się ją, mieszało aż stanowiła jednolitą masę.

   - Tak jakby się wyrabiało ciasto? – spytała Monika.

   - Właśnie. Potem tę wymieszaną glinę wkładało się do formy, do takiej jaka miała być cegła, formy z dwoma uszami. Następnie wyjęte z formy „placki” ułożone na ziemi lub deskach schły na słońcu przez jakiś czas zanim zostały wypalone w piecu.

   - W jakim piecu? W kuchni? – zdziwiła się Biedroneczka.

   - Nie, oczywiście, że nie – uśmiechnął się wujek. – Piece budowali ludzie na podwórkach. Boki najczęściej były zrobione z resztek gliny i cegły. Otwory znajdujące się z boku zakrywano deską regulując w ten sposób dopływ powietrza, żeby za bardzo się nie paliło, bo cegły zostałyby spalone. Rozumiecie? Kładziono najpierw warstwę drewna czy czegoś innego do podpalenia, miał węglowy, bo to był zawsze najtańszy rodzaj węgla, potem cegły, miał, cegły i tak dalej. Tyle warstw ile było trzeba. Cegła wypalała się przez kilka dni. Kiedy wyschła, można było ją używać albo sprzedawać.

   - W ten sam sposób robiło się dachówki, prawda? Dziadziuś mi kiedyś opowiadał – dodał Marek dumny ze swego zasobu wiedzy.

   - Tak. Były nawet lepsze od cementowych bo lżejsze. Nie wymagały tak silnej więźby dachowej.

   - Glina tu jest, sama widziałam – odezwała się Linka. – A skąd ludzie brali węgiel, żeby palić w ogródkach?

   - To jest następna sprawa. Starzy ludzie mówią, że Tenczynek leży na węglu i na wodzie. Za tę wodę trzeba dziękować losowi, bo gdyby nie ona, z pewnością rozpoczęłoby się wydobycie na wielką skalę i wieś zniknęłaby z powierzchni ziemi a całą przepiękną okolicę zniszczono by na wieki.

   - Moja babcia też mówiła o wodzie – wtrącił Marek. – Dlatego zauważyłem, że jak torami jedzie pociąg, a przecież to strasznie daleko, ledwo widać z okna, to ziemia trzęsie się pod domem. A mój pradziadek pracował kiedyś w kopalni „Krystyna”. Diabeł go tam gonił.

   - Taki jak nas dzisiaj? – zarechotał Maciek.

   - Głupiś. Był na dole sam jeden, miał służbę przy pompach, które musiały cały czas pracować, bo inaczej woda by zalała kopalnię. Przysnął i we śnie  zobaczył diabła, który kazał mu uciekać. Natychmiast oprzytomniał i okazało się, że to była ostatnia chwila na uratowanie życia. Woda wdarła się, doszła do pokładu, na którym był, pompy nie nastarczały wypompowywać, bo gdzieś już była awaria.  Zresztą dlatego woda się wdarła. Wreszcie przestały pracować, łączność z górą została przerwana. Na dodatek stłukła mu się lampka i uciekał w absolutnej ciemności, ileś tam metrów pod ziemią, sam jeden. Przeżył horror nie do opisania. Zawsze mówił, że nigdy w życiu nie najadł się tyle strachu co wtedy, nawet na wojnie.

   - To na wojnie też był? – spytała Biedroneczka.

   - Na wojnę nie musiał chodzić, bo przecież sama do nas przyszła – spojrzał na nią z góry Kuba.

   - A właśnie, że chodził. W czasie pierwszej wojny światowej był w austriackiej armii i całą Europę przeszedł piechotą.

   - Dlaczego piechotą? Nie mieli wtedy czym jeździć? – dziwiła się Monika.

   - Bo służył w piechocie – cierpliwie tłumaczył Marek nie zwracając uwagi na małpie grymasy Kuby.

   - Ojej, nie miałam takiego pradziadka – z zazdrością westchnęła Inka.

   - Takiego na pewno nie. Twój mógł służyć najwyżej w armii carskiej -  uśmiechnął się wujek do dzieci. – Taka już nasza historia. Ale wróćmy do węgla.  W kilku miejscach można go znaleźć tuż pod powierzchnią ziemi. Pamiętam na przykład  jak w czasie wojny w tym ogródku – pokazał ruchem głowy – ludzie kopali węgiel i z tego żyli. Pokażę wam zaraz gdzie była kopalnia upadowa, którą nazywaliśmy „Bereza”.

   - A ja wiem – pochwalił się Marek. – Dziadziuś mi pokazywał. Idąc w stronę kościoła po lewej stronie, przy drodze do leśniczówki.

   - Brawo, cieszę się, że wiesz. Pracowaliśmy tam obaj z twoim dziadkiem.

   - Wujku, opowiedz jak tam było – prosiły dziewczynki.

   - No to słuchajcie. Nie było szybu ani windy żadnej tylko tunel schodzący coraz niżej w dół. Bardzo wąski. Węgiel wywoziło się stamtąd na taczkach. Mam nadzieję, że wiecie co to są taczki?

   - Wiemy – odpowiedzieli zgodnym chórem.

   - To takie korytko z dwoma dyszlami na jednym kółku – pospieszyła z wyjaśnieniem Monika.

   - Bardzo trafnie to określiłaś Biedroneczko – pochwalił wujek. – Słuchajcie dalej. Miałem przez plecy przełożony pasek z dwiema pętlami na końcu, które zakładałem na rączki taczek. Puste taczki w dół ciągnąłem za sobą, w górę pchałem wyładowane węglem.

   - Bałabym się chodzić w takim tunelu – cicho powiedziała Linka.

   - A włazić pod Buczynę to się nie bałaś? – złośliwie zauważyła siostra  

   - Cicho dziewczynki – uspokoił wujek bliźniaczki gotowe do dłuższych słownych zapasów. – Czy widzicie gdzie jesteśmy?

   - O rany – zdziwił się Kuba. – Doszliśmy do kościoła okrężną drogą.

   - Właśnie. Kościół mamy po prawej stronie a w lewo skręca się do Zalasa. Widzicie tę kapliczkę? To święty Hubert, patron myśliwych.

   - Nie lubię go – mruknęła Inka.

   - Lubię tylko tego co się opiekuje zwierzętami a nie zabójcami -  poparła siostrę Linka a Monika przytaknęła.

   - Dawno temu lasy były ogrodzone – ciągnął wujek, - żeby zwierzyna z nich nie wychodziła, a i też, żeby kłusownikom trudniej było się przedostać.

   - To normalni ludzie też nie mogli zwyczajnie chodzić po lesie? - skrzywił się Kuba. – Do kitu taki interes. Nasz Dziadek rano idzie do lasu i przynosi nam grzyby na śniadanie. A tu co? Nie podoba mi się.

   - W czasie wojny – kontynuował wujek, – Niemcy wykorzystywali ogrodzony teren na magazyny amunicji. Od stawu do zamku. Wycofując się w czterdziestym piątym roku wysadzili składy. Nie jesteście sobie w stanie wyobrazić co się wtedy działo. Myślałem, że to prawdziwy koniec świata.

   Zamilkł wpatrzony w przeszłość, rozpoznając cienie ludzi, którzy odeszli na zawsze.

   - Wujku, wtedy spalił się browar, prawda? – spytał Maciek.

   - Tak, wtedy. Browar miał olbrzymie magazyny, bo przecież piwo musi leżakować. Przed wojną warzono tu słodowe, ciemne piwo. Nazywało się „Kasztelańskie”, jasne też było ale nie pamiętam nazwy. Nie interesowało mnie to, byłem młodym chłopakiem. Była też palarnia kawy. Pamiętam jak bardzo lubiłem kawę sprasowaną razem z cukrem w kostki. Pełną parą pracowała przetwórnia owoców i warzyw. Szczególnie zapamiętałem ogórki w occie, w metalowych, chyba dziesięciolitrowych, wiaderkach z uchem. Potem wykorzystywało się te wiaderka do różnych celów. Co więcej robili, już nie pamiętam. Gdy browar płonął ludzie brali z magazynów co się dało. Niejeden potem rozpoczynał za to nowe życie

   - A ty wujku też brałeś? – spytał Marek.

   - Tak, butelkę francuskiego szampana wziąłem – szeroko uśmiechnął się wujek.

   - Tylko? Dlaczego? – zdziwił się Kuba.

   - A jakoś tak nie umiałem brać tego, co do mnie nie należało i nigdy się nie nauczyłem, na szczęście – rozłożył szeroko ręce. - A tą butelką się po prostu poczęstowałem.

   Biedroneczka zmarszczyła czoło i myślała nad czymś bardzo intensywnie. Wreszcie wzięła wujka za rękę.

   - Tatuś też tak zawsze mówi. Że się nie bierze niczego cudzego. Bardzo cię lubię wujku, wiesz? – spojrzała mu w oczy zadzierając główkę.

   Zmierzwił ręką obcięte na pazia włoski.

   - Ja was też lubię. Marka znam od urodzenia, Kubę i Maćka od roku a was, dziewczynki, krótko, to prawda, ale zdążyłem bardzo, bardzo polubić pewną małą Biedroneczkę i dwie większe Stokrotki.

   Przystanęli w samym środku wsi przy kiosku Ruchu.

   - Odprowadzę was do domu, żeby się wam nie wykluł w głowach jakiś nowy pomysł – oświadczył wujek. – Na pewno ledwo żyjecie ze zmęczenia, więc dla pokrzepienia nadwątlonych sił poszukiwaczy przygód zafunduję wam lody.

   Delektując się fantazyjnie poskręcanymi lodami z automatu ruszyli w stronę domu: jeszcze kawałek przez wieś a potem na skróty polami. Wreszcie dotarli słysząc już z daleka szczekanie Tiny.

   - Rany boskie, co się z wami działo? Ciocia od zmysłów odchodzi, że was nie dopilnowała, gagatki jedne! Zawału o mało mnie dostała! Gdzie was poniosło? – wołały obie zdenerwowane matki.

   - Nic się nie stało, byli pod moją opieką – stanął w ich obronie wujek Zygmunt. – Nie mogę wam na razie powiedzieć wszystkiego bo to tajemnica. Przyjdę wieczorem i, być może, będę miał dla was ciekawe wiadomości – puścił oko w stronę dzieci, wziął pod rękę żonę swą i poszedł tłumacząc coś po drodze.

   - Nie mogliście napisać, że jesteście z wujkiem? – spytała Teresa. – Byłybyśmy spokojne.

   - Mało nie umarłyśmy z niepokoju – dodała Aldona. – Oj, dzieci, dzieci. Wracamy do domu a tu tylko sunia, kotki i śpiąca ciocia, która się tak zdenerwowała, że musiałam jej proszek na uspokojenie dać.

   - Już dajcie spokój, dziewczyny – uspokajali panowie. – Najważniejsze, że są. Zmęczeni i na pewno głodni

   Jedli aż im się uszy trzęsły. Nawet Kubuś nie narzekał, że „znowu ta wstrętna zupa”. Żadne ani słówkiem nie wspomniało o tunelu. Rozmawiali jedynie o wspomnieniach wujka.

   - Czy pokazał wam gdzie była stara lipa? – spytał Jurand.

   - Nie, szliśmy z drugiej strony Buczyny, a lipa była od tej, od rzeki.

   - Jaka lipa? – zainteresowały się dziewczynki.

   - Na terenie browaru, ale bliżej Buczyny, rosła stara olbrzymia lipa – wyjaśnił Marek. – Legenda mówi, że pod tą lipą odpoczywał król Jan Sobieski, kiedy wracał zwyciężywszy Turków pod Wiedniem.

   - I głupio zrobił – wtrącił Maciek. – Gdyby poszedł z nimi a nie na nich to by nie było rozbiorów. My obroniliśmy Austrię przed turecką nawałą a oni, to znaczy Austriacy, byli potem naszymi zaborcami. Turcja zaś nie uznała rozbiorów. Inaczej wyglądałaby nasza historia.

   - My też byśmy inaczej wyglądały – skrzywiła się Linka z niechęcią. – Zamiast biegać po polach w szortach i koszulkach musiałybyśmy siedzieć zawinięte w szmatach na głowie i wszędzie. Dziękuję bardzo za takie życie.

   - E tam, tak tylko powiedziałem – Maciuś niepewnie zerkał na rozzłoszczoną wyraźnie dziewczynkę.

   - Na pewno inaczej – zgodził się Sergiusz. – Ale czy lepiej? Jedną opinię już usłyszałeś.

   - Właśnie – krzyknął Kuba. – Oglądałeś „Powrót do przyszłości2”? Wcale nie byłoby lepiej. Jest jak jest i już.

  - Jeszcze wam powiem  - kontynuował Marek, - że pod tą lipą była wielka ława i w czasach pańszczyzny bili na niej tych, którzy zasłużyli na rózgi, według pana oczywiście. Pradziadek mi o tym mówił.

   - Wiecie co? Wiecie co? – tupnęła nogą wzburzona Inka. - To było jedno wielkie świństwo! Cieszę się, że nie jestem wtedy tylko teraz! Nie dosyć, że normalni ludzie na nich tyrali, to oni jeszcze ich bili a te pieniądze rozpuszczali w podróżach. Widziałam na filmie.

   Po uspokojeniu emocji bardzo przyjemnie siedziało się na ganeczku bawiąc się z Tiną albo kotkami.

   - Skoro rozmawiamy o takich różnych ciekawostkach – odezwał się Jurand biorąc Bibi na ręce, - to wam coś powiem w związku z wczorajszą uroczystością. Dawniej na weselach za najlepsze uważano miejsca przy oknie. Wynoszono z izby wszystkie sprzęty, stoły ustawiano pod ścianami a środek był wolny do tańca. Baby pchały się pod okna.

   - Ale dlaczego? – pytała Monika.

   - Bo za oknem stały dzieci i baby podawały im jedzenie. Miały okazję najeść się wszystkiego do syta. Innym sposobem było wynoszenie w woreczkach pod szerokimi spódnicami.

   - Też pomysły – pogardliwie wydęła wargi Inka. – Na wesele to się idzie super ubranym, żeby potańczyć i dać prezent. Żarcie pod kiecką! Też coś.

   - Pleciesz. Jak jest coś dobrego a ja już więcej nie mogę, to chętnie bym wziął ze sobą – powiedział Maciek.

   Dorosłych rozbawiły uwagi dzieci. Dawały też świadectwo ogromnemu skokowi cywilizacyjnemu jaki się dokonał. Jurand jeszcze coś sobie przypomniał.

   - Przez jakiś czas wujek Zygmunt mieszkał w Regulicach, niedaleko stąd. Tam był taki zwyczaj: wesele urządzało się w domu panny młodej a pod koniec wesela odbywała się przeprowadzka do domu, w którym para młoda miała zamieszkać. I każdy z gości coś tam zanosił. Co się znalazło w nowym domu, nie miało prawa wrócić na poprzednie miejsce. Wujek śmiał się na wspomnienie jak podchmieleni goście łapali co popadło i zanosili młodym. Nieraz krzesło z mieszkania czy krowę z obory. Kiedyś widział pijanego chłopa usiłującego jedną ręką przeciągnąć wóz drabiniasty trzymając jednocześnie sporego prosiaka w drugiej. Prosiak wyrwał się, zaczął uciekać chłop za nim uciesze patrzących chłopaków.

   - Biedny prosiaczek – szepnęła Inka a siostra jej przytaknęła.

   - To pewnie dlatego teraz robi się wesela w restauracjach a nie w domach – domyślnie pokiwała główką Biedroneczka.

   

"Po co wróciłaś..." 37

annazadroza

  Nie budząc śpiącej cioci Rózi oraz zostawiwszy rodzicom kartkę i informacją - „wychodzimy na trochę, a jak wrócimy to powiemy gdzie jesteśmy”, dzieci opuściły dom wcześnie rano. Nie zabrali ze sobą Tiny, przekupili ją, czy też raczej odwrócili uwagę od siebie pętem kiełbasy, uciekając w chwili gdy zajęta „obrabianiem” przysmaku nie zwracała uwagi na nic i na nikogo. Zachowywali się bardzo cicho dopóki na zamknęli za sobą bramki. Dopiero wtedy rozśpiewali się, rozkrzyczeli i z radością przynależną młodości szli na spotkanie oczekującej ich przygody.

   Biegli z wiatrem w zawody spod kapliczki na Styrek i dalej w dół a słoneczko machało do nich złotymi promyczkami życząc udanego dnia. Za Zamkową Drogą uspokoili się i szli grzecznie jak przystało na dobrze wychowaną młodzież przybyłą na wakacje ze stolicy. Kubuś wszedł na chwilę za płot, do ogrodu wujka Zygmunta, przywitać się z Miśkiem, przeuroczym ośmiomiesięcznym szczeniakiem, który wyglądał jak skrzyżowanie charta afgańskiego z owczarkiem podhalańskim, albo mastyfa z bernardynem – w tej kwestii nie miały dzieci wyrobionego zdania. Faktem jest, że wielkością już teraz niewiele ustępował temu ostatniemu. Za Kubą cała grupa wtargnęła do wewnątrz, rzuciła się z czułościami na psiaka, z czego wyraźnie był zadowolony.

   Zaniepokojony czymś Maciek zerkał na zegarek i na zamknięte drzwi domu. Zaczął poganiać towarzystwo tłumacząc, że niedługo ludzie będą szli do kościoła i nie pozwolą im wejść do tunelu. Poskutkowało i ruszyli dalej. Minęli gościniec, zeszli na dawne pastwisko, przeszli przez mostek nad rzeczką. Potem przecięli asfaltową drogę prowadzącą przez wieś i – najpierw klucząc między domami, później biegnąc przez pole – dotarli do Buczyny. Podnieceni stanęli przed wejściem do tunelu.

   Powiało chłodem, zapachem stęchlizny i czegoś nieokreślonego, co Inka natychmiast oczami wyobraźni zobaczyła w postaci szczura giganta z wyszczerzonymi zębiskami i napisem „horror” na grzbiecie. Maciek rozglądał się nieznacznie badając wzrokiem okoliczne zarośla coraz bardziej zaniepokojony.

   - Czy jesteście przekonani o słuszności waszej decyzji? – spytał poważnie. – Nikt się nie boi i nie wycofuje? Żebym nie słyszał płaczu i lamentu jak kogoś przysypie albo szczury odgryzą mu nogę do samej kości – dokończył ponurym głosem.

   Dzieciaki popatrzyły na siebie. Biedroneczka aż pobladła ze strachu a Inka ledwo opanowała szczękanie zębami. Kubuś zerknął na Inkę i na brata. O, co to, to nie! On nie będzie uchodził za tchórza. A poza tym Maciek nie będzie mu mówił co ma robić.

   - Ja idę a wy jak sobie chcecie – rzucił w stronę stojącej gromadki i wchodząc w tunel minął granicę światła.

   Marek odważnie ruszył za nim. Potem Linka, za nią Inka i Monika, obie dygoczące, trzymając się za ręce. Maciek rozejrzał się raz jeszcze i z wyrazem rezygnacji na twarzy podążył za nimi. Zdążyli przejść ze dwadzieścia metrów – bo Kubuś, choć raźnym krokiem wszedł do środka – posuwał się z szybkością żółwia, klnąc w duchu swój własny upór i chęć pokazania za wszelką cenę kto jest górą.  W świetle latarki widać było jedynie sklepienie wykutego w skale pomieszczenia. Mdłe światełko nie rozjaśniało całości. W pewnym momencie Kuba potknął się o coś i padł jak długi wypuszczając latarkę, która natychmiast zgasła. Przeraźliwy krzyk wystraszonej Moniki zmroził krew w żyłach pozostałym. Zwielokrotniony echem wracał jak wycie całego stada upiorów wypuszczonych na wolność z kilkusetletniego zamknięcia. Nikt nie był w stanie się poruszyć, wszyscy stali jak wrośnięci w ziemię, choć upiory wreszcie zamilkły.

   Kuba zaczął gramolić się po ciemku lecz nagle znów znieruchomiał. Gdzieś z samego chyba wnętrza góry zaczęły dochodzić jakieś dziwne szelesty, stukania, szurania, mamrotanie i mlaskanie. Tego już było za wiele. Monika z Inką pierwsze rzuciły się do ucieczki. Trzeba jednak przyznać, że po kilu krokach Inka przystanęła, zatrwożona o los siostry i … Kuby. A może to „coś” chciało go zeżreć? Szedł przecież pierwszy.

   Na szczęście wszyscy byli cali i zdrowi. Maciek, choć w pierwszej chwili też dał się ponieść panice, opanował się szybko. Pomyślał, że może to wujek Zygmunt w ten sposób chciał wybić dzieciakom z głów niemądre pomysły. Jakież było jego zdziwienie, gdy wujka zobaczył na zewnątrz. Wysoki, barczysty mężczyzna o łagodnym spojrzeniu i miłym wyrazie twarzy przyglądał im się zdumiony.

   - Co się stało? Wyglądacie jakbyście zobaczyli ducha.

   - Boo, boo, boo tam coś byyło – jąkała się Biedroneczka. – Coś szło, śmierdziało spalenizną, ogniem! Może diabeł? Zaraz tu wyjdzie! – skryła się za wujkiem.

   Spojrzał zdziwiony na Maćka.

   - Nie mogłem wcześniej, myślałem, że będę musiał straszyć dzieciaki goniąc za wami. Co to było?

   - Nie wiem – odpowiedział Maciek. – Sam o mało nie padłem z przerażenia.

   - Co to był za zapach? – zastanawiał się Kuba. – Skądś go znam.

   - Ja też – głośno myślał Marek. – Coś tak śmierdziało w Cięciwie… Gaz z butli?

   - Jak w piwnicy – skrzywiła się Linka. – Śmierdziało piwnicą i szczurami.

   - Chodźmy stąd – głośno powiedział wujek zwracając się wyraźnie w stronę tunelu. – Dzieci nie powinny wchodzić tam, gdzie jest  niebezpiecznie. Na pewno kamień spadł a wy zaraz duchy zobaczyliście. Jesteście tchórze  i sam zaprowadzę was do domu. I żebym was tu więcej nie oglądał! – krzyczał głośno i wymachiwał rękami.

   Dzieci patrzyły na wujka oszołomione. Co mu się stało? Nigdy na nich nie krzyczał, zawsze chętnie u siebie gościł. Marek nieraz opowiadał jakie fajne spędzał z nim chwile podczas każdych wakacji odkąd tylko pamiętał.

   - Wcale nie jesteśmy tchórzami – oburzył się Kuba.

   - Jak mówię, że jesteście, to jesteście – krzyczał dalej wujek. – A teraz marsz do domu!

   Położył palec na ustach i na migi pokazał dokąd mają iść.

   - No prędzej! Jeszcze tu stoicie? Już was tu nie ma, wy bąki uprzykrzone! Widzicie wy! Przygód im się zachciało!

   Bystre dzieciaki – już zorientowane, że coś się święci – ochoczo przyłączyły się do gry.

   - Dobrze wujku, dobrze, już stąd idziemy – głośno mówiła Linka.. – Tylko nic nie mów mamie, dobrze? Proszę cię, nie powiesz?

   - Nie powiesz, że byłyśmy takie niegrzeczne?  - dodała Inka.

   - No właśnie, więcej tutaj nie przyjdziemy bo ja nie lubię się bać -  krzyczała Monika.

    Poszli prosto do drogi, później skręcili i ukryli się w kępie zarośli. Wujek po cichu wyjaśnił, że podejrzewa, iż coś tajemniczego się w jaskini dzieje. Od swego przyjaciela  policjanta wiedział, że ktoś we wsi pędzi bimber najpodlejszego gatunku i bardzo szkodliwy dla zdrowia. Sprzedaje go młodym chłopakom. Oni potem szaleją na motorach, popisują się. Jeden zabił się wpadając pod ciężarówkę, a tydzień później jego kolega utonął w stawie. Do tej pory nie udało się tego szkodnika złapać na gorącym uczynku. I nagle teraz wujek doznał olśnienia. Jak to możliwe, że nikt do tej pory nie pomyślał o tunelu? Zupełnie nikomu nie przyszło do głowy, że właśnie tam można było zmontować aparaturę do produkcji trującego paskudztwa.

     Ukryci w krzakach czekali czy ktoś pokaże się czy nie. Czekanie się dłużyło.  Na szczęście szeptem mogli rozmawiać i wujek opowiadał im wiele ciekawych rzeczy o Tenczynku. Obiecał też pokazać, gdzie znajdowano ametysty. Inka natychmiast ujrzała siebie znajdującą prawdziwą kolię cud piękności, wysadzaną fioletoworóżowymi iskierkami. Wreszcie u wylotu tunelu coś się poruszyło. Wyjrzał obrośnięty łeb, rozejrzał się na wszystkie strony i czmychnął.

   - Yeti! – pisnęła Monika.

   - Nie yeti – wytłumaczył rozbawiony wujek, - tylko taki jeden typ, który bardzo nie lubi pracować i wymyśla różne sposoby, aby się nie zhańbić uczciwą pracą. Siedział już w więzieniu za kradzieże, za pobicie sąsiada miał sprawę w sądzie i dużo różnych grzeszków ciąży mu na sumieniu. To taka zakała wsi. Dobrze, że go zobaczyłem, teraz wszystko wiem.

   - Chodźmy do środka, zobaczymy bimbrownię – prosił Kuba chcąc się zrehabilitować za paniczną ucieczkę.

   - O nie, w żadnym razie, spłoszylibyśmy gagatka. Może gdzieś tu siedzi i obserwuje? Tak jak my? Albo jakiś wspólnik został i pilnuje interesu? Dajcie słowo, że tu nie wrócicie dopóki wam nie pozwolę, dla dobra sprawy. Zgoda?

   Z oporami, bardzo niechętnie, niemniej rozumiejąc doniosłość sytuacji obiecali nie przeszkadzać. Cichutko, ostrożnie się wycofali lecz nie poszli drogą ale chyłkiem, między krzakami szli zboczem Buczyny dochodząc do innej drogi, prowadzącej do drugiej części wsi, usytuowanej po przeciwnej stronie góry.

   Wujek Zygmunt zatrzymał się przed jednym z mniejszych domów obrośniętym dzikim winem. Kazał im poczekać na zewnątrz a sam wszedł do środka.

   Za płotem leżał olbrzymi rudy pies, jakby przerośnięty wilk w kolorze piaskowego doga. Obserwował ich uważnie w milczeniu. Gdy zbliżyli się do płotu podniósł swoje olbrzymie cielsko i machnął ogonem.

   - Śliczny jesteś – przemówiła Biedroneczka. – I dobrze, że cię nie przywiązali do budy jak tu wszędzie robią źli ludzie. Masz chyba dobrego opiekuna.

   Olbrzym szczeknął, machnął ogonem zgadzając się z dziewczynką w stu procentach.

   Wujek wyszedł z domu w towarzystwie sympatycznie wyglądającego mężczyzny, który uśmiechnął się słysząc uwagę Moniki.

   - Bardzo kocham Zorana – powiedział. – On mnie chyba też. Zwykle jest łagodny i przyjacielski ale tylko dopóty, dopóki nie czuje agresji ze strony kogoś obcego. Wtedy staje się bardzo groźny.

   - My też mamy psa – pochwalił się Kuba. – I też jest taki duży. Ukończył kurs na psa towarzyszącego i na obrończego też.

   - A nasza Tina jeszcze nic nie skończyła bo jest malutka ale wszystkiego się nauczy bo jest bardzo mądra – jednym tchem powiedziała Monika.

   Poszli dalej drogą oglądając następne ładne domy. Obaj mężczyźni rozmawiali jeszcze przez chwilę, potem wujek ich dogonił a tamten pomachał dzieciom ręką znikając w głębi ogrodu.

   - Wujku, to był ten twój przyjaciel, prawda? – domyślił się Marek.

   - Bystry jesteś – pochwalił wujek.

   - No bo kto inny na wsi kochałby psa? – zadał trafne pytanie. – On mu na pewno pomaga w pracy. A wujek Sergiusz wymyślił, że w Cięciwie założy hodowlę psów i będzie je uczył. Może pozwoli sobie pomagać?

"Po co wróciłaś..." 36

annazadroza

   Aldona siedziała w wąskiej kościelnej ławce. Przeżywając raz jeszcze pożegnanie z mężem przeniosła się w inny wymiar opuszczając rzeczywistość. Nie brała udziału w mszy obecna będąc jedynie ciałem. Ocknęła się dopiero wtedy, gdy Linka trąciła ją mocno w bok.

   - Mamusiu wstań, przecież wszyscy stoją – szepnęła.

   Przez chwilę nie mogła zrozumieć gdzie jest, zbyt daleką drogę musiała przebyć od tamtego czasu do dzisiaj, do miejsca, w którym się aktualnie znajdowała. Sergiusz widział jej nieobecne zamyślenie i łzy w oczach. Przez wrodzoną delikatność nie chciał siłą wtargnąć w stan ducha, w którym – jak czuł – jeszcze nie było dla niego miejsca. Może obdarzony intuicją wiedział jakimi drogami błądzą jej myśli?

   Kiedy spojrzała na niego nieprzytomnie, uśmiechnął się czule i serdecznie. Wziął ją za rękę i tak stali. Głęboko westchnęła i pomału wracała do świata, w którym miała pozostać jeszcze przez wiele, wiele lat.

   Stojący za nimi dwaj starsi panowie, zapewne z rodziny panny młodej, teatralnym szeptem dyskutowali na temat czy Karolina ma na głowie swoje własne, prawdziwe włosy, czy też jest to „peruga”, bo kto ma dzisiaj takie piękne włosy? Przed wojną, aaa, to co innego.

   Linka bardzo polubiła Karolinę i rozzłościły ją uwagi staruszków. Obejrzała się do tyłu i wcale nie szeptem zwróciła uwagę.

   - Nie mówi się peruga tylko peruka!

   Ludzie spojrzeli w jej stronę, ksiądz prowadzący ceremonię, zresztą przyjaciel rodziny, uśmiechnął się pod nosem. Linka poczerwieniała jak piwonia, uklękła i schowała główkę najniżej jak mogła, żeby nikt jej nie widział.

   Uroczystość dobiegła końca, tłum gości oblegał młodą parę przed kościołem zasypując życzeniami oraz kwiatami. Dziewczynki kręciły się wokół Karoliny i bardzo dumne z roli, odbierały bukiety kwiatów od panny młodej.

   Wszystkie trzy same przypominały kwiatuszki. Uczesane, ubrane w sukienki w pastelowych kolorach, pantofelki – w niczym nie przypominały bandy koczkodanów wycierających spodniami kurze ze wszystkich kątów strychu, szperających w piwnicy w poszukiwaniu nie wiadomo czego, włażących na najwyższe drzewa w ogrodzie.

   Chłopcy też tak jakoś inaczej na nie patrzyli, co oczywiście z miejsca zauważyły i stroiły minki dobrze wychowanych panienek. Wcale nie miały ochoty wracać do domu. Prosiły, żeby mogły choć na trochę pójść na wesele, na chwilę. Chłopcy robili pogardliwe miny i twierdzili, że wcale im na tym nie zależy, lecz Teresa od razu poznała, iż chętnie obejrzeliby sobie z bliska takie przedstawienie. Porozmawiała z kim trzeba i wkrótce panienki piszczały z radości, chłopcy oczywiście próbowali zachować obojętność. Wreszcie wszyscy wylądowali w „Kapitanie”. Oczywiście łącznie z Bożenką i Sebastianem, Karolina z matką nie puściły ich do domu.

   Tłum gości wypełnił salę lokalu. Po przywitaniu młodej pary chlebem i solą oraz lampką szampana gości, wszyscy usadowili się na swoich miejscach. W krótkim czasie całe pomieszczenie wypełniło się gwarem rozmów i dźwiękami muzyki. Jak zwykle na początku takich spotkań, rodzina panny młodej urzędowała w jednym końcu sali, pana młodego w drugim. Stopniowo, w miarę zwiększającej się ilości alkoholu we krwi, towarzystwo zaczynało się przemieszczać aż się przemieszało i nastąpiło ogólne zbratanie.

   Uszczęśliwione dziewczynki tańczyły na parkiecie, chłopcy za nic nie dali się tam wciągnąć. Stali z boku i obserwowali. Dopiero kiedy do tańca przyłączyli się „tubylcy”, czyli kilkoro dzieci z rodziny Beatki, a szczególnie dwaj chłopcy w wieku mnie więcej Maćkowym, najwyraźniej trenujący taniec towarzyski, wkroczyli do akcji. Czy mogli pozwolić aby „ich” dziewczyny z cielęcym zachwytem wpatrywały się w „obcych”? I jeszcze do tego się popisywały przed wszystkimi? Maciek musiał przyznać, że dobrze im to wychodziło. A on w ogóle   nie podejrzewał, nie przyszło mu do głowy, że potrafią tak dobrze tańczyć. Znał się trochę na rzeczy mając za sobą kurs tańca i wrodzone zdolności w tym kierunku. Poprosił jakąś dziewczynkę i zrobił to pierwszy raz z własnej i nieprzymuszonej woli. Teresa ten moment widziała i uświadomiła sobie, że jej „malutki” Maciuś, najmilsze kociątko, kruszynka, która jeszcze nie tak dawno nie chciała zejść jej z rąk domagając się noszenia całymi nocami – dorasta i zaczyna stawać się mężczyzną. Z rozczulenia łzy pokazały się w jej oczach. Zaniepokojony Jurand pochylił się nad żoną. Kiedy mu powiedziała w czym rzecz uśmiechnął się i machnął ręką bagatelizując sprawę. Teresa się naburmuszyła.

   - Każdy facet to nic dobrego, nie ma serca i nie pojmie co czuje matka – stwierdziła i odwróciła się do niego plecami.

  Dała się jednak udobruchać i po chwili śmiała się  obserwując syna, który porwał Linkę do tańca. Tańczył z nią pierwszy raz. Teresa z dumą przyznała, że prezentował się wspaniale. To samo pomyślała Aldona o swojej córeczce. Oczywiście wspaniale w swoim przedziale wiekowym.

   Kubuś nie mógł dać się bratu wyprzedzić pod żadnym względem. Zrobił to samo co on i po chwili tańczył z Inką dumny z siebie jak paw. Marek stał pod filarkiem i naśmiewał się z jego poważnej miny. Ale kiedy Biedroneczka znalazła się koło niego, chwycił ją za rękę i ruszyli w tany razem.

   Jurand ruchem głowy pokazał Sergiuszowi ten obrazek.

   - Może kiedyś doczekamy się wspólnych wnuków? – uśmiechnął się szeroko wyobrażając sobie siebie w charakterze dziadka.

   Rozbawiona Teresa patrzyła z zadowoleniem na przyjaciółkę i jej partnera. Stanowili idealnie dobraną parę, jedną nierozerwalną – zdawałoby się – całość, szczególnie gdy przytuleni krążyli po parkiecie prowadzeni wolną, romantyczną melodią. Tak samo zresztą wyglądali zajmując cały parkiet w szalonym rytmie rocka. Zgrani w każdym ruchu jakby trenowali razem kilka lat, przyciągnęli uwagę weselników i zostali nagrodzeni oklaskami.

   Speszona Aldona ukryła twarz na piersi partnera i tańczyli dalej w rytmie, w który powiodła ich śliczna piosenka w stylu country. Teresa chłonęła w siebie ich widok.  Zawsze tak się działo, gdy zobaczyła coś lub kogoś pięknego. Cieszyła się radością przyjaciółki, obrazem dzieci tańczących zgodnie, oficjalnie, wyzwolonych na tę chwilę z młodzieńczej  nieśmiałości, zachowujących się wreszcie „jak ludzie”.

   Myślała Teresa, że warto było zmusić synów do nauki tańca. Patrząc na nich nie żałowała czasu, pieniędzy ani wiecznych awantur towarzyszących każdemu wyjściu chłopców na zajęcia. Kłócili się bowiem bezustannie, że nie chcą się uczyć takich głupot i nigdy nie będą tańczyć z babami.

   Coraz więcej par wchodziło na parkiet. Zrobiło się tłoczno. Wujek musiał już wracać do Tenczynka, więc dzieciaki - choć z wielkim żalem – zmuszone zostały do opuszczenia imprezy. Szczególnie dziewczynki były nieszczęśliwe z tego powodu, ale tylko do czasu, kiedy Kuba przypomniał o zaplanowanej wyprawie do tunelu.

   Dzieci pojechały z wujkiem obiecując, że będą słuchać cioci, która ma w domku spędzić noc w charakterze opiekunki, zaraz grzecznie pójdą spać, nie będą rozrabiać i nic głupiego nie przyjdzie im do głowy.

   Dorośli bawili się do rana. Było dużo śmiechu, opowiadań, dowcipów, tańców do upadłego. Karolina, Aldona i Teresa układały kilometrowej długości wierszyki dla uwiecznienia uroczystości. Pan młody promieniał szczęściem, panna młoda spokojną pewnością siebie. Jarek był bardzo wysoki i szczupły, Beatka, choć też wysoka, przy jego wzroście wydawała się malutka. Krążyli oboje wśród gości przysiadając się co chwilę do innej grupki czyniąc honory gospodarzy. Karolina kręciła się między nimi, wszędzie jej było pełno.

   Teresę olśniła myśl, że razem z Wiktorem, bratem Piotra, wyglądaliby niezwykle efektownie.

   - A fe, ty stara babo, swatałabyś wszystkich wokół a potem będą cię za to gonić po ulicach – powiedziała sama do siebie po cichu i głośno się zaśmiała.

   - Z czego się śmiejesz tym razem? – spytał Jurand.

   - Przyszło mi do głowy, że Karolina i Wiktor pasowaliby do siebie.

   - I to cię tak rozśmieszyło?

   - Nie, świadomość, że jestem już potwornie starą babą, skoro pociąga mnie swatanie młodych.

   - No cóż, potwornie stara babo, starsza o lata świetlne od swatanej młodej, czy pozwolisz porwać się do walca? Zaczęli grać. Nie wiem czy  zauważyłaś ten fakt zajęta arcypoważnymi myślami na temat przyszłości świata. A ja mam ochotę zatańczyć z własną żoną. Swoją drogą  Wiktor to dobry chłopak, w niczym nie przypomina twojego byłego małżonka.

   - Mojego byłego ukochanego małżonka – poprawiła.

   - Właśnie to miałem na myśli, dokładnie to. Jakże bym śmiał inaczej?

   - No to dobrze, że wiesz na jakim świecie żyjesz. W takim razie mogę z tobą zatańczyć – łaskawie skinęła głową i chwyciwszy za rękę pociągnęła w stronę parkietu.

   Na szczęście dla niej, bo uwielbiała tańczyć mając wokół siebie dużo przestrzeni, większość gości zajęła się pochłanianiem gorących frytek z mnóstwem sałatek i kilkoma rodzajami mięsa. Mieli parkiet prawie cały tylko dla siebie i mogli w rytmie walca odpłynąć.

© Anna Blog
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci