Menu

Anna Blog

...takie sobie dyrdymałki...

Pasma życia

"Pasma życia" 57 - koniec

annazadroza

 

   Cały następny dzień chłopcy spędzili gdzieś na szlaku, późnym popołudniem wrócili, zabrali swoje plecaki, uściskali matkę i tyle ich widziała. Pocwałowali w dół do autobusu. Elżbieta została z Gamą, Betą i swoimi myślami.

   Włączyła telewizorek, strasznie wiekowy lecz bardzo dobrze działający egzemplarz, przywieziony jeszcze z RFN przez męża Majki,  Grzegorza w czasach, gdy był tam korespondentem. Przejrzała cały stos kolorowych pism sprzed kilku nie tylko miesięcy ale i lat. Patrzyła na ślubne zdjęcia jednej pary celebrytów, „ciążowe” innej ze świadomością, że z owych związków nic nie zostało, nie przetrwały, wszyscy widoczni na fotografiach mają - już którychś z kolei - nowych partnerów. Wstrząsnął nią niemiły dreszcz. Takie życie na pokaz, w świetle reflektorów, pod bezustannym ostrzałem opinii to zupełnie nie dla niej. Ona swoje sprawy skrywała głęboko wewnątrz siebie. Nawet przyjaciółkom dopiero po latach gehenny udało się wyciągnąć z niej prawdę. I całe szczęście. Kto wie, jakby się potoczyło życie gdyby nie one. A gdyby ją olały, zastosowały się do jej głupich wymagań i dały jej święty spokój tak jak chciała? Z pewnością nie byłaby teraz ani tutaj ani w ogóle wśród żywych. A co z chłopcami by się stało – lepiej nie myśleć. Na szczęście kochane dziewczyny nie zwracały uwagi na jej beznadziejne zachowanie i wygadywane bzdury. Zmotywowały do podjęcia terapii w wyniku czego wylądowała u Baśki psycholożki, wspierały podczas trwania sprawy rozwodowej, podtrzymywały na duchu w sądzie. Zmusiły do wyjazdu do Szczawnicy wtedy, lata świetlne temu i dzięki nim tutaj teraz wróciła.

   Co ja bym bez nich zrobiła, pomyślała i to samo pytanie rzuciła do telefonu, który zadzwonił i wyświetliło się „Kaśka”.

   - Co ja bym bez was zrobiła?

   Chwila ciszy w słuchawce.

   - A coś się stało? – dał się słyszeć trochę niepewny głos Kasi.

   - No nie, tylko się w moje rozmyślania wstrzeliłaś, bo mi tak wszystko przed oczami przeleciało…

   - Jakie znowu wszystko? – spróbowała uściślić  Kasia. – Bo tak naprawdę to nie wiem o czym mówisz. Co ci przeleciało?

   - Życie, kochana, moje życie.

   - Eee, bzdury pleciesz. Życie to przelatuje przed śmiercią, a twoje się dopiero zaczyna.

   - W moim wieku? – zdumiała się Ela.

   - Przecież to nie moja wina, że jesteś opóźniona w rozwoju. Zresztą lepiej późno niż wcale…

   - Durna małpa!

   - No widzisz? Już ci lepiej. Ale słuchaj. Dzwonię, żeby ci powiedzieć, i teraz jestem pewna, że słusznie dzwonię bo masz jakieś idiotyczne myśli, no więc, że w szafce nad zlewem, u góry, stoi w szklance taka nieduża buteleczka.

   - Butelka w szklance? – zdziwiła się Ela.

   - Nie pytaj  tylko rób co mówię. Podejdź do szafki i sprawdź. Na środkowej półce, nad przyprawami. Widzisz?

   - Widzę, rzeczywiście jest.    

   - No. To teraz zrób sobie herbatę po góralsku. Albo nie. Stop. Nie teraz. Najpierw wyjdź z psicami. Potem sobie zrób i idź spać. Jutro wstaniesz rano i zaczniesz nowe życie.

   - Co ty bredzisz?

   - Słyszysz? Powtarzaj za mną: zaczynam nowe, szczęśliwe życie.

   - Gdybyś była pod ręką to byś kapciem w łeb dostała!

   - Ale nie jestem. Hi hi hi! Powtarzaj, bo ci światło wyłączę komórką i będziesz siedzieć po ciemku, wody nie ugotujesz, zimny prysznic cię czeka, bo bojler też na prąd…

   - Szantażystka! – oburzyła się Elka. - No dobrze, zaczynam nowe życie – z niechęcią wymamrotała po chwili.

   - Nie tak. Głośniej. Bełkoczesz coś pod nosem, nic nie słyszę. I z radością, z życiem, dziewczyno, z życiem! No już! Raz, dwa…

   - Zaczynam nowe życie…

   - Nowe szczęśliwe życie. Powtórz.

   - Zaczynam nowe, szczęśliwe życie…

   - Może być. Masz tak do siebie mówić przez cały czas. A z tym światłem żartowałam. Wiem, że się tak robi ale nie u mnie.

   - Obrzydliwa zołza jesteś!

   - Hi hi hi! No i dobrze! Zrób co mówię, jutro pogadamy.

   Kasia rozłączyła się ze śmiechem. Elżbieta mając w uszach głos przyjaciółki pomyślała, że właściwie ta Kaśka ma rację.

   - Pójdziemy teraz na spacer – powiedziała głośno, na co Beta i Gama zareagowały natychmiast  stając pod drzwiami. – Zaraz, zaraz, przecież muszę się ubrać i was zresztą też.  Chodźcie do mnie, tak, dobre psice, dobre.

   Po chwili była gotowa. Zeszła z czwartego piętra ze świadomością, że musi popracować nad kondycją bo kilka razy dziennie schodzić z tej wysokości i wdrapywać się z powrotem to nie lada wyzwanie. Po wyjściu z klatki schodowej na zewnątrz głęboko westchnęła,  owionęło ją świeże, chłodne powietrze. Zmrok zapadł zupełny. Rozjaśniały go latarnie uliczne i światła padające z okien. Pomału, pozwalając suczkom do woli obwąchiwać nowe miejsca, przeszła schodkami pod delikatesy, potem wzdłuż „Papiernika” w stronę Parku Górnego mijając z lewej strony imponujący budynek odbudowanego po pożarze „Dworku Gościnnego”.  Nie było aktualnie żadnej imprezy, jedynie z kawiarenki sączyło się lekkie światło i dobiegały przytłumione dźwięki muzyki. Skręciła schodkami w prawo i szła alejką parkową w stronę placu Dietla. Między drzewami unosiła się mgła. Miejscami gęstniała, miejscami stawała się lekka i delikatna niczym ślubny welon nadając otoczeniu wyraz bajkowej nierzeczywistości. Czasem ktoś pojawiał się na ścieżce wprost przed nią, nagle wynurzając się jakby z innego świata, zawsze niespodziewanie. Ponieważ jak dotąd psice traktowały każdego przechodnia z absolutną obojętnością, ona postępowała tak samo.

   Alejka prowadziła na plac Dietla, bezpośrednio do kawiarnianego ogródka przynależnego do lokalu o nazwie „Helenka”, nadanej na cześć żony hrabiego Stadnickiego, przedwojennego właściciela części uzdrowiska. Ogródek był pusty ze względu na porę oraz niską temperaturę powietrza, za to wewnątrz siedziało przy stolikach sporo ludzi, co dawało się zobaczyć przez duże okna.  Z przykrością Ela zauważyła, że „Zdrojowa”, z którą wiązały się miłe wspomnienia, już nie funkcjonuje. Budynek stał ciemny, w oknach nie świeciło się światło. Popatrzyła sobie na kawiarnianych gości myśląc, że gdyby przyjechała bez swoich czworonożnych przyjaciółek, czułaby się samotna i nieszczęśliwa. Gama i Beta zaś dostarczają jej nie tylko towarzystwa, ale bezgranicznych i bezwarunkowych uczuć, na jakie ludzi nie stać. Po prostu kochają i już.

   Schodami z ogródka „Helenki” zeszła pod fontannę, obeszła ją dookoła, przez nowy, urokliwy mostek zawieszony nad stworzonym sztucznie strumyczkiem płynącym wzdłuż chodnika,  pustą prawie ulicą Zdrojową udała się w dół, po drodze cierpliwie czekając aż suczki zakończą poznawanie terenu poprzez długotrwałe obwąchiwanie wybranych miejsc. Zdziwiona brakiem znajomego budynku pijalni wód po lewej, przypomniała sobie, że nie ma go już, został rozebrany. W wyobraźni pewne rzeczy utrwalają się tak bardzo, iż mimo ich nieistnienia w rzeczywistym świecie, samoistnie pojawiają się przed oczami. Tę okrągłą pijalnię mijała codziennie schodząc z „Budowlanych” schodkami i wracając do hotelu, nic więc dziwnego, że utkwiła w pamięci. Zamiast niej stał drewniany prostokątny pawilonik, pusty w środku. Przypomniało się Eli, że Kasia chciała wnuczce zrobić tutaj zdjęcie, na co mała Klarcia się nie zgodziła, bo „nie potsebuje zdjęcia na psystanku, psystanki są w Walsawie”. Ela uśmiechnęła się na wspomnienie małej mądrali, która stała się już zupełnie duża.

   Idąc dalej obejrzała coś, co było przedtem Zakładem Przyrodoleczniczym, teraz zaś straszyło pustką i bezszybnymi okiennymi dziurami. Z pewnością z przyczyny remontu, niemniej, mimo przysłonięcia części ogromnymi fotografiami przedstawiającymi stan dawny miasteczka i obecny dla porównania, budynek sprawiał przykre wrażenie. Nie było też przed nim dużych kamiennych mis będących w przeszłości elementami fontanny. Teraz „oczka” w nawierzchni placyku świadczyły, że działająca nowa fontanna wygląda jak na rynku w Piasecznie. Poniżej zobaczyła zegar kwietny oraz pomnik Sienkiewicza. Po dokładnych oględzinach w świetle latarni stwierdziła, że pisarz z pomnika jest bardzo podobny do swego wnuka ostatnio często oglądanego w telewizji. 

   Od tej chwili na własne skojarzenia nie miała już żadnego wpływu. Jak Sienkiewicz to ulubiony „Potop”, potem „Quo vadis” i dalej… jakżeby inaczej być mogło…Winicjusz! No właśnie, jakżeby inaczej być mogło… Przystanęła, odwróciła się w kierunku „Budowlanych”. To właśnie tu się wszystko zaczęło… Oj, jakie tam wszystko… Odpoczęła, podjęła decyzję o zmianach koniecznych do przeprowadzenia w swoim życiu i tyle. Nawet gdyby nie spotkała Winicjusza i tak zmian musiałaby dokonać. Po prostu przyszła na nie pora… Oj, czy naprawdę miałaby tyle siły, żeby je przeprowadzić? Skąd by tę siłę wzięła? A motywacja? Przecież jasne, że przez te wszystkie lata miał z motywacją wiele wspólnego. Gdyby motywacja była rodzaju męskiego mógłby powiedzieć, że to jego imię…To znaczy ona, Elka, mogłaby powiedzieć, bo przecież on tego nie wie. Skrzętnie ukrywała swoje uczucia, przynajmniej tak jej się zdawało. Ostatecznie chyba dopiero w Krystianówce dotarło do niej, że oprócz chłopców Winicjusz jest jedynym facetem naprawdę znaczącym w jej życiu.  

   Rozmyślając tak sobie szła, szła i szła, a z nią psice wielce zadowolone przyjemnym i interesującym pod wieloma względami spacerem. Było bezwietrznie, mglisto, bajkowo. Ocknąwszy się z zamyślenia stwierdziła, że dotarła do remizy OSP na Szalaya. Wracać nie było sensu, musiała się wspiąć ulicą św. Krzyża do Osiedla. Trochę się zasapała, Gama wcale ale Beta była wyraźnie zmęczona. Przy hotelu „Skalnym” Ela wzięła ją na ręce, doniosła do bloku i postawiła przed klatką.

   - Teraz wchodzisz sama – powiedziała łapiąc głęboki oddech. - Odpoczęłaś trochę więc dasz radę. Ja jestem padnięta.

   Dotarły na czwarte piętro, Elżbieta ledwo żywa, Beta odpoczywając na każdym półpiętrze, Gama bez najmniejszego wysiłku, patrząca na towarzyszki z wyraźną kpiną na pysku.

   - Czekaj małpo, ja ci jeszcze pokażę – wysapała do niej pani pod drzwiami. – Nie będziesz się ze mnie śmiała, od jutra zacznę trenować kondycję i zobaczymy kto na tym lepiej wyjdzie.

   Dolała wody do miski opróżnionej po długim spacerze i nałożyła porcje jedzenia dla obu suczek. Po wykonaniu czynności obowiązkowych przystąpiła do realizacji zalecenia właścicielki lokalu. Mianowicie zjadła lekką kolację, wzięła prysznic, po czym z herbatą po góralsku w dużej szklance ułożyła się wygodnie w pościeli przed włączonym telewizorkiem. Przyciszyła głos, żeby jej nie przeszkadzał w myśleniu bo miał tylko służyć za „ognisko domowe”. Nie wiadomo kiedy przysnęła. Obudziła ją Beta przemieszczająca się z przedpokoju na wiklinowe siedzisko. Gama, lekko pochrapując, spała na środku pokoju rozciągnięta na całą długość. Ela wyłączyła telewizor pilotem i z powrotem zapadła w sen. Przyśnił jej się Winicjusz lecący z Jarmuty z grupą lotniarzy i lądujący na balkonie…

   Rano wstała już z pozytywnym nastawieniem do świata i ludzi. Wyprowadziła psice na szybki poranny spacer, ale było tak prześlicznie, że wcale nie chciało jej się od razu wracać, spacer więc się wydłużył. Poszła na promenadę nad Grajcarkiem. Godzina była wczesna, więc nie spotkała po drodze zbyt wielu ludzi, a ci, którzy się pojawiali we mgle, zmierzali raczej do pracy o czym świadczył chociażby ubiór. Poza tym kto przy zdrowych zmysłach chodziłby na spacery bladym świtem? Chyba tylko jakiś obłąkany sportowiec uprawiający jogging prawie po ciemku, jak ten biegnący po drugiej stronie Grajcarka. Pomyślała o Winicjuszu, myślała zresztą o nim niejako nawykowo, zaś nieustannie od wczorajszego spotkania z Sienkiewiczem z pomnika. On też biegał rano. Winicjusz oczywiście, o Sienkiewiczu nie wiadomo czy biegał. Pewnie nie, bieganie nie było wtedy jeszcze popularne. Dla zdrowia i poprawy kondycji biegał. Winicjusz. Nawet nad jeziorem sobie nie odpuścił. Ona też musi sobie kondycję poprawić, ale biegać za chińskiego boga nie będzie, nigdy tego nie lubiła, co najwyżej szybkie spacery wchodzą w rachubę.

   Obłąkany sportowiec tymczasem przebiegł mostkiem na ich stronę. Gama i Beta rozszczekały się radośnie jak na powitanie najlepszego znajomego.

   - Spokój – szarpnęła Ela smyczami. – Zgłupiałyście czy co?

   - Elżuniu, dlaczego nie dasz się im ze mną przywitać? – spytał obłąkany sportowiec głosem Winicjusza.

   Ciekawe, że wcale jej to nie zdziwiło, zupełnie jakby w dalszym ciągu pogrążona była w swoich rozmyślaniach, z których część zmaterializowała się wprost przed nią. Suczki radośnie witały „wujka” nie zwracając uwagi na panią przyczepioną do końca smyczy.                                         

 

                                                                      koniec

 

 

"Pasma życia" 56

annazadroza

    Niebieską toyotą Elżbieta dojechała do Szczawnicy. Nie była sama. Jechały z nią obie psice i … chłopcy. Obaj! Co za niespodzianka! Stwierdzili, że nie puszczą matki samej w tak daleką podróż. Postanowili przespać się, pochodzić trochę po górach następnego dnia, po czym wsiąść do nocnego autokaru i wrócić do Warszawy.

   Podzielili się prowadzeniem auta na trasie tak, że wypadło mniej więcej po równo na troje kierowców. Zatrzymali się po drodze dwa razy, aby napić się kawy, rozprostować nogi, wyprowadzić na trawę Gamę i Betę, żeby i one mogły trochę popracować łapkami.  Na postoju przesiadał się też kierowca. Z Ursynowa wyjechał Robert, potem zmieniła go Elżbieta,  zaś końcówka należała do Rafała. Ponieważ już kilkakrotnie pokonywał autem tę drogę, poznał dobrze trasę i nie groziło mu pobłądzenie jak na przykład kiedyś Mikołajowi, któremu się zdarzyło skręcić nie w tę stronę co potrzeba i wylądować w Rabce. Zaś Kasinej pracowej Mariolce udało się dojechać w szczere pole mimo, a może właśnie dlatego,  iż to GPS prowadził. Elżbiecie taki przypadek nie groził. Rafał bezpiecznie dowiózł matkę, brata i obie suczki. 

   Już w Krościenku Eli serce zaczęło szybciej bić. W ogóle była nieprzytomnie szczęśliwa. Jechała do miejsca, które skradło jej uczucia w momencie, w którym wysiadła z autokaru, „wdychnęła” pachnące powietrze i rozejrzała się dookoła, bo miłość to była od pierwszego wejrzenia. Mimo, iż nie odwiedziła Szczawnicy przez lata od owego pamiętnego weekendu swojego życia, była na bieżąco w sprawach lokalnych. Ilekroć siedziała w Internecie, prawie zawsze wchodziła na oficjalną stronę miasta, czytała informacje i oglądała zdjęcia. Na nich obejrzała wszystkie zmiany, o których opowiadała Kasia.

   Drugim ogromnym powodem do szczęścia była obecność obu synów. W najśmielszych snach nie wyśniła, że coś takiego się przydarzy. Na dodatek podczas długiej, siedmiogodzinnej jazdy ani razu się nie pokłócili lecz rozmawiali, żartowali, jakby nigdy nic złego nie zaszło i byli zwykłymi, normalnymi, zżytymi ze sobą braćmi. Łzy wzruszenia napływające co chwilę do oczu usiłowała dyskretnie usuwać, żeby nie zacierały jej konturów rzeczywistego świata. Dobrze, że Rafał siedział za kierownicą, ona by sobie teraz nie poradziła.

    - Mamo, - odezwał się Robert jadący z psicami na tylnym siedzeniu. - Mamo, nie płacz, proszę. My naprawdę dorośliśmy i jesteśmy trochę mądrzejsi niż dziesięć lat temu.

   - Zgadzam się z nim – Rafał skinął potakująco głową. – Widzisz? Nawet potrafię mu przyznać rację – uśmiechnął się.

   Jacy piękni są ci moi chłopcy, pomyślała  ocierając ciągle mokre oczy. Oni są po prostu cudowni. Uśmiechnęła się przez łzy rozczulenia do najdroższych na świecie istot.

   Bez problemów dotarli do Osiedla. Choć podczas wspinaczki stara toyotka trochę się zasapała, jednak dała radę. Zadowolona westchnęła  i stanęła na jedynym wolnym miejscu parkingowym na uliczce przed blokiem. Podróżnicy z uczuciem ulgi opuścili wnętrze samochodu, psy wyskoczyły uszczęśliwione końcem długiej jazdy. Wszyscy, jak jeden mąż, równocześnie przeciągnęli się i roześmiali na widok tego, co robią pozostali członkowie rodziny. Jedyna różnica polegała na tym, że część z nich prostowała cztery, a część dwie łapy.

   Chłopcy chwycili bagaże matki, ona chwyciła smycze obu psic po czym powędrowali schodami na czwarte piętro.  Po wielogodzinnym siedzeniu w aucie nie było łatwo i ostatnie piętro pokonali z pewnym wysiłkiem. Elżbieta nawet nie z pewnym a z dużym. Nawet bardzo. Na ostatnich schodach prawie się wciągała po poręczy. Cóż, jeśli na co dzień jeździ się windą, to czwarte piętro bez windy, bez przyzwyczajenia i bez rozgrzewki musi być problemem.

   Wreszcie stanęli przed drzwiami i sprawdzili czy stoją przed właściwymi. Numer się zgadzał, klucze pasowały. Znaczy: definitywny koniec podróży na dziś. Zgodnie z instrukcją właścicieli natychmiast po wejściu otworzyli okna i drzwi balkonowe. Sprawdzili czy na balkonie nie zagnieździły się znowu gołębie. Na szczęście było czysto. Ela wyobraziła sobie jak okropnie musiało wyglądać kiedy zaanektowały całą przestrzeń dla siebie. Kasia opowiadała ile się musieli z Mikołajem namęczyć, żeby balkon doprowadzić do porządku. Potem jeszcze ciągle płoszyć gołębie, które co chwilę wracały. Długo trwała próba cierpliwości, bo ptaki nie dawały za wygraną. Kasia powiesiła wzdłuż balkonu sznurek, do niego przyczepiła stare płyty CD, żeby ruszały się na wietrze i hałasowały. Całą poręcz balkonu „udekorowała” szeleszczącymi reklamówkami w tym samym celu. Kupiła preparat w sprayu mający ponoć odstraszać gołębie i co jakiś czas pryskała nim balkon. Taką miała rozrywkę podczas całego pobytu. Przed wyjazdem zabezpieczyli powierzchnię grubymi foliowymi workami przyczepiając je taśmą do podłoża i żyłką do balustrady. W Obi, za poradą znajomych, którzy także mieli swego czasu problem z gołębiami, nabyli czarnego, plastikowego kruka mającego za zadanie odstraszać nieproszonych gości. Mikołaj zamontował go na poręczy zaraz po następnym przyjeździe. Wyglądał jak żywy i chyba spełniał swoją rolę, bo gołębie już więcej nie założyły gniazd. Nigdy jednak nie można mieć stuprocentowej pewności, że za jakiś czas historia się nie powtórzy, więc należy zachować czujność. Właśnie dlatego Ela pierwsze kroki skierowała na balkon. Odetchnęła z ulgą nie stwierdziwszy gołębich śladów, naprawdę nie miała chęci na skrobanie ptasich odchodów na dzień dobry. Podniosła wzrok ponad balustradę balkonu i westchnęła z zachwytu.

   Po lewej stronie przywitała ją Palenica przyodziana w najpiękniejsze barwy października. Czteroosobowe krzesełka kolejki linowej pomału poruszały się, jedną stroną wwożąc turystów na górę, a drugą zwożąc na dół tych, którzy zapragnęli powrócić do miasteczka. Między pniami drzew iglastych trawa się zieleniła, zaś pomiędzy wszystkimi pozostałymi przykrywał ją wzorzysty kobierzec liści w kolorach jesieni. Wydeptaną od wiosny ścieżką zimowej trasy Palenica2 pomału wchodziły trzy osoby. Od czasu do czasu przystawały dla odpoczynku i złapania oddechu, potem ruszały dalej wspinając się to szybciej, to z widocznym trudem, bowiem miejscami podejście było dość strome. Piękna pogoda wydłużyła czas zwiedzania, ani jedna chmurka nie płynęła po niebie, nie przysłaniała słońca zmierzającego ku zachodowi.

   Na wprost widziała Elżbieta krzyż na Bryjarce oraz dachy domów wśród jesiennych barw. Wyżej, w oddali, bardziej w prawo, znane jej malowniczo położone schronisko pod Bereśnikiem, siedlisko z bernardynem obok którego przechodziła oraz stare, opuszczone domostwo z przepięknym widokiem na zakole Dunajca, które również mijała idąc do schroniska.

   Patrzyła poniżej na bloki Osiedla, na długi budynek sanatorium „Papiernik”, na trawnik pod blokiem i bawiące się tam dzieci, na rozmawiające dwie sąsiadki. Na działce obok pasły się kozy uwiązane do drzew, obok leżał mały czarny piesek czujnie śledząc wzrokiem otoczenie. Dwóch dziadków żywo o czymś rozprawiało. Jeden siedział na ławce, drugi na pieńku obok skleconej z najprzeróżniejszych elementów budki na narzędzia i inne potrzebne na działce przedmioty.

   W ciepłych promieniach słońca rudy kot wygrzewał się na dachu samochodu. Na spacery wychodziły psy ze swoimi opiekunami. Młoda, ładna mama wychylała się z balkonu i wołała swoje pociechy odgarniając z twarzy rozpuszczone gęste, ciemne włosy. Na ławeczce nieopodal sklepu siedzieli czterej mężczyźni racząc się napojem zapewne wyskokowym.  

   Niczym na ławeczce w Wilkowyjach, uśmiechnęła się Elżbieta do siebie.

   Po niebie przemknęły trzy samoloty. Bardzo wysoko, zostawiając za sobą trzy wyraźne smugi. Czasem biegły obok siebie, czasem oddalały się by potem się skrzyżować, oddalić  i znów połączyć.

   To takie pasma jakby pasma życia ludzi, na przykład moje, Kaśki i Adelki, pomyślała patrząc w niebo. W różnych konfiguracjach, ale od lat obok siebie.

   - Mamo, wejdź do domu, robi się chłodno – usłyszała głos Roberta. – Przeziębisz się i będzie kłopot.

   - Chodź na kawę, już gotowa – powiedział Rafał, który dobrze wiedział gdzie co znaleźć ponieważ spędził tu z Olą kilka dni przed ślubem, kiedy byli jeszcze parą narzeczonych.

   Dopiero teraz rozejrzała się po mieszkaniu. Owszem, Kaśka miała rację, że prosiło się o odmalowanie, ale i tak sprawiało bardzo sympatyczne wrażenie. Poczuła się dobrze, bo przecież otaczały ją znajome meble. Otrzymane od Adelki wiklinowe siedzisko ze schowkiem. Wiklinowe półki, szafeczki, dwa fotele z okrągłym  stolikiem do kompletu stojące kiedyś u Kasi w pokoju. Do tego mała, niska ława, którą obie z Kaśką przyniosły dawno temu z Natolina, od Majki, siostry Tereski. Stała rzeźba przedstawiająca św. Floriana, którą Kasia dostała od taty oraz kilka innych strażackich drobiazgów-pamiątek. Na marginesie: z balkonu widać było wieżyczkę remizy OSP z figurką patrona pożarników, jakby  Kasia - jako córka strażaka - zawsze była pod szczególną opieką…                                   

   Natomiast, żeby Ela mogła coś zobaczyć z połaciowego okna w sypialence albo z dwóch takowych okien w pokoju, musiała przysunąć sobie taboret i na nim stanąć. Warto było. Na widocznych na wprost stokach Palenicy kłaniały się w leciutkim przedwieczornym powiewie drzewa ubrane w jesienne kolory. Domy, maleńkie z tej odległości niczym z bajki, uśmiechały się oknami, w których zaczynały zapalać się światła, bo zmrok osiadał coraz gęstszy. Po lewej stronie na szczycie Jarmuty widoczny był wyraźnie na tle nieba maszt radiowo-telewizyjny. Przypomniała sobie przeczytaną kiedyś powieść, z której dowiedziała się, że po wojnie na Jarmucie mieszkały wilki i wbrew rozsądkowi szukała wzrokiem przemykających burych cieni.

   Chłopcy poszli się przewietrzyć na promenadę nad Grajcarkiem i doszli do Dunajca. Zawrócili, po czym na swoich długich nogach niczym w siedmiomilowych butach okrążyli centrum miasteczka.

   Ela zamknęła balkon, zrobiło się naprawdę chłodno. Zapaliła lampkę, zabrała się za rozpakowanie bagażu myśląc w międzyczasie co zrobić na kolację. Skończywszy układać swoje rzeczy w szafie poszła po zakupy do delikatesów nad schodkami i zanim dzieci wróciły ze spaceru – albo raczej z biegu dookoła Szczawnicy, czekało na stole pyszne jedzenie.

                                           

"Pasma życia" 55

annazadroza

     Przez pierwszy okres przyjmowania leków przez panią Wacię Kasia nie zauważyła różnicy w zachowaniu teściowej. Potem jednak dało się odczuć pewne złagodnienie, powolny zanik agresji, coraz mniej złośliwości. Nie śmiała w to z początku uwierzyć, ale stopniowo nabierała nadziei, że leki są odpowiednio dobrane i skutecznie zwalczają objawy najtrudniejsze do zniesienia przez otoczenie, powstrzymując chorobę choć przez pewien czas. Nie mogąc czegoś znaleźć, co zdarzało się oczywiście bardzo często, bo pamięć szwankowała, szczególnie ta krótkotrwała, prosiła o pomoc w odszukaniu zagubionego przedmiotu. Nie atakowała już, nie wietrzyła spisku. Wyglądało na to, ze mania prześladowcza została opanowana.

   Oby jak najdłużej, pomyślała Kasia. Wierzyć mi się nie chce, że już będzie tak dobrze i cały czas czekam w napięciu na kolejny atak.

   Siedziała na fotelu bujanym, pamiątce po tacie. Bujała się i spoglądała przez okno kominkowe. Widziała zieleń iglaków, które przez sześć lat urosły odgradzając ogródek od uliczki i zasłaniając przed przechodniami dawały odrobinę prywatności. Ponieważ w dalszym ciągu nie było bramy na posesję, zrobiła Kasia „indiański” płot z gałęzi powiązanych sznurkiem, ozdobiony wikliną i puściła po nim dzikie wino. Teraz już nie musiała się obawiać, że nagle i niespodziewanie jakiś nieproszony gość wejdzie do domu. Do tej pory będąc w kuchni wciąż miała wrażenie, że ktoś stoi na tarasie. Prawdą było, ze dzieciaki z osiedla często przychodziły skakać z tarasu na trawę albo bawiąc się w chowanego kryły się wśród iglaków. Nigdy nie wiedziała kiedy w oknie tarasowym pojawi się zaglądająca dziecięca buźka, a czasem bywało to niezwykle krepujące. Teraz wreszcie miała spokój. I co ważne – psy mogły bezpiecznie bawić się w ogródku kiedy przyjeżdżał Budyń albo Dżem, który zawsze radośnie witał się z domownikami, po czym biegł dotrzymywać towarzystwa Marcelince, którą pokochał przeogromnie. Zawsze patrzył przez chwilę na Kasię jakby chciał powiedzieć: kocham cię, przecież wiesz, ale muszę pilnować dziecka, rozumiesz, prawda?

   Kasia uśmiechnęła się na myśl o Dżemiku.  Chciałaby go zabrać do siebie, ale w nowym miejscu bez niej, bo przecież była w pracy cały dzień, na pewno nie czułby się najlepiej. Kamil stwierdził, że to jego pies i nie będzie mu zmieniał miejsca pobytu, żeby się staruszek nie stresował bez potrzeby. A poza tym nie może tego zrobić Marceli.

   Rozległ się sygnał telefonu. To Adelka.

   - Słuchaj, nie masz w domu psa.

   - Tutaj nie mam – zgodziła się Kasia.

   - Najwyższy czas, żebyś miała – stwierdziła stanowczo Adelka.

   - Ja bym chciała, nawet bardzo – odpowiedziała Kasia z tęsknotą w głosie. – Ale Kamil nie odda mi Dżemika, bo Marcelinka bez niego żyć nie może. Tak się zaprzyjaźnili, że koniec świata.

   - Pewnie, że nie można dziecku robić krzywdy. Staruszkowi zresztą też. Kaśka, ty wiesz, że nasze psy są już stare? – zastanowiła się po czym ciągnęła dalej. – A teraz słuchaj uważnie. Na działkę kolegi Mietka przybłąkała się śliczna suczka. Czarna, średniej wielkości. On ma już dwie, trzeciej nie weźmie. Zresztą by ją zeżarły bo jest spokojna, łagodna, bez grama agresji.

   - I co, znalazłaś jej dom?

   - A jak. Uważam, że idealna byłaby dla ciebie – oznajmiła.

   - Ale ja nigdy nie miałam suki!

   - Zawsze musi być ten pierwszy raz – zaśmiała się Adelka przypominając sobie pobyt na komisariacie koło Krystianówki.

   - Nie wiem czy uda mi się przekonać Mikołaja. On lubi zwierzaki, ale z daleka i na chwilę. Nie miał nigdy swojego więc nie tęskni, nie wie jak to jest mieć w domu takie kochane i kochające stworzenie.

   - Proponuję ci się sprężyć. Lato się skończyło, a zimy taka bida na działkach nie przeżyje. Jest zbyt dobra i zbyt łagodna, aby walczyć z innymi o przetrwanie – oznajmiła Adelka.

   W ten sposób skończyła się Kasina chwila spokoju. Oczyma duszy widziała suczkę w domu. Przed oczami – jak napisane na komputerze – wyskoczyło imię Szira i od tej chwili poczuła się związana niewidzialną nicią z biednym stworzonkiem. Kilkakrotnie podchodziła do Mikołaja nawiązując do tematu. Odpowiadał, że teraz nie, kiedyś, potem, w przyszłości…Wreszcie przyparła męża do muru (a raczej do ściany). Dyskutowali prawie całą noc przekonując się nawzajem o słuszności swojego zdania, argumenty z obu stron padały najprzeróżniejsze. .. Wreszcie Mikołaj miał serdecznie dość.

   - Pamiętaj, nawet jak będziesz miała grypę to ja z nią nie wyjdę – zakończył.

   Kasia uśmiechnęła się w głębi duszy pewna zwycięstwa. Przytaknęła, że oczywiście, zawsze sobie radziła i teraz też sobie poradzi. W sercu zaczęły jej śpiewać skowronki choć na zewnątrz zły humor Mikołaja kładł się wokół niczym szary kurz.

   Kamil pojechał z Adelką po Szirkę. Towarzyszyły im Emilka z Marcelinką oraz Dżemik, który od początku potraktował sunię jak członka swojego stada, a ona jego chyba jak wybawiciela. Szira spędziła z nimi tydzień na tak zwanej resocjalizacji ponieważ Emilka chciała zaprowadzić ją do lecznicy na pętli na przegląd, sprawdzić jej zachowanie w różnych sytuacjach. Emilka jako wolontariuszka jeździła w weekendy do schroniska, ukończyła kurs na psiego behawiorystę, kochała zwierzaki i dlatego ucieszona, że jedno stworzenie ma szansę na normalne życie, z całego serca zajęła się czarną suczką. I wreszcie Szirunia została nową mieszkanką Kasinego domku.

   Tak jak było do przewidzenia Mikołaj pokochał Szirunię miłością przeogromną oraz odwzajemnioną. I – żeby nie było wątpliwości – to ona rządziła w tym związku, co Kasia wciąż obserwowała nie posiadając się z radości. Zaś dla pani Waci obecność Szirki równała się kontaktowi z najlepszą terapeutką. Starsza pani zaczęła się uśmiechać, okazywała swe przywiązanie suni głaszcząc przy każdej okazji, szczebiocąc jak do małego dziecka, ciesząc się gdy suczka przychodziła na pieszczotki do „babci”. Cała sytuacja okazała się kolejnym dowodem na ogromną rolę i skuteczność każdej formy dogoterapii.

   Kasia nareszcie poznała okolicę, odkryła różne zakamuflowane przejścia, zlokalizowała Przytulisko Ami, dla którego przeznaczyła w ostatnim roku jeden procent z podatku. Dopiero teraz, mając przy sobie psa, poczuła się naprawdę w domu. Kiedy z jakiegoś powodu brała ją jasna cholera, po prostu przypinała Szirce smycz i wędrowały kilometrami dopóki jej nie przeszło.

   Dżemik się cieszył przyjeżdżając do Kasi i bawił się z Szirunią jakby był szczeniakiem. Ona zaś go uwielbiała pamiętając z pewnością, że to on po nią przyjechał i zabrał ją z piekła.

   Suczkę należało wysterylizować. Zabieg taki – lecz „koci” – Kasia przeżywała dwukrotnie, „psi” tylko w przypadku psic Elżbiety. Z Kicią miała Kasia przeokropne doświadczenie, bowiem kotka „wyszła” z kubraczka zabezpieczającego miejsce po operacji i rozlizała sobie szwy. Przerażona Kasia uchwyciła kotkę tak, by rana była zamknięta i wraz z Kamilem pognali do Krzysztofa. Kamil nie był w stanie zaasystować przy zszywaniu krwawej rany, zbladł i prawie padł. Kasia dała radę jak to kobieta, musiała. Potem już nie spuszczała Kici z oka. Nawiasem mówiąc Kicia miała operację w ostatniej chwili, wywiązało się tak zwane powszechnie ropomacicze i groziła jej śmierć. Kasia postanowiła wtedy nigdy więcej żadnej psicy czy kocicy nie narażać na bezpośrednią groźbę utraty życia sterylizując zawczasu.

   Po operacji suczki Kasia z Mikołajem przeżyli koszmarne chwile. Szira nie dała się ruszyć  płacząc na cały głos przy najmniejszej próbie zmiany pozycji, nie chciała jeść ani pić, nie było jak „wyjść do toalety”. Kasia poiła ją wlewając łyżeczką wodę do pyszczka, karmiła podstawiając pod sam nos pachnące zachęcająco jedzenie. Wyniesienie suni na trawnik w ogródku celem wysiusiania zakończyło się lamentem na całą okolicę, a opiekunowie sami o mało nie padli trupem. Nocną opieką podzielili się w ten sposób, że Mikołaj siedział przy Sziruni na dole do godziny czwartej rano. Wtedy wstawała Kasia i zmieniała męża, który szedł spać. Czuwała bojąc się, żeby nie zdarzyło się to samo co z Kicią. Obchodziła się z sunią jak z dzieckiem, albo raczej jak kobieta z kobietą po operacji.

   Nigdy w życiu więcej suki przed sterylizacją - myślała kompletnie wykończona.

   Tak było przez cały okres rekonwalescencji Szirki. Obyło się na szczęście bez komplikacji i po czasie zgodnym z zaleceniem lekarza wróciła do zachowania właściwego zdrowej, trzyletniej, szczęśliwej suczce.  Kasia była zauroczone jej łagodnością, dobrocią, taką jakąś miękkością – słowem: kobiecością. To różniło ją zdecydowanie od psów, które Kasia w ciągu swego życia miała. Kochała ją cała rodzina dwunożna oraz Dżem z Budyniem oczywiście też.          

"Pasma życia" 54

annazadroza

    Promocja książki odbyła się bez przeszkód, w miłej i przyjaznej atmosferze, nie zdarzył się żaden przykry incydent co jest w tych czasach rzadkością. Pewnie z przyczyny, iż była ona, książka,  przeznaczona dla młodych czytelników, a gośćmi byli tłumnie przybyli znajomi i przyjaciele oraz ich znajomi i przyjaciele. Teresa nie pozwoliła się Eli ukryć, posadziła ją przy swoim stoliku obok Juranda. Po przywitaniu przybyłych i kilku wstępnych słowach wyjaśniających cel spotkania, dołączył do nich właściciel lokalu. Przy sąsiednim stoliku usadowiła się Adelka z Adamem oraz Kasia z Mikołajem, zaraz obok Rafał z Olą i Robert z Ewą. Dalej jak się komu udało. Elżbiecie mignęli z daleka synowie Teresy, Dorota z rodziną, nawet Marianna z Herbertem się pojawili, Aldonę tez chyba zobaczyła, a potem już jej się wszyscy zlali w jedno.

   Jak zaplanowały przyjaciółki, tak się stało. Na zakończenie obie bohaterki wieczoru zostały obdarowane imponującymi bukietami pięknych róż, Teresa różowych, Elżbieta pąsowych, wręczonymi przez Winicjusza. Ela była pod nieustającym wrażeniem obecności ojca Marysi i trudno jej było rozsądnie myśleć. Zapamiętała własne zdziwienie na widok obu swoich latorośli oraz ich małżonek zdających się być w znakomitej komitywie z Marysią, jej ciotkami oraz, co najbardziej niespodziewane, z Winicjuszem właśnie. Goście pomału opuszczali lokal, została jedynie „ursynowska mafia”, do której teraz i Winicjusz się zaliczał od kiedy mieszkał na Kabatach, oraz Zenek z Krysią jako sąsiedzi Ursynowa, czyli mieszkańcy Służewia nad Dolinką.

   Na drugi dzień rano Elżbieta obudziła się z bólem głowy. Właściwie to została brutalnie obudzona przez Adelkę żądającą od niej natychmiastowego wyjścia z psami. A dokładniej przez własne psice, które za przyczyną ciotki Adelki rozszczekały się jak szalone. Elka musiała natychmiast się podnieść w celu przywołania ich do porządku oraz zmuszenia do zaprzestania zakłócania porannego niedzielnego wypoczynku pracującym przez cały tydzień ludziom. Rozbudziła się wreszcie na tyle, by wpuścić przyjaciółkę do domu.

   - Litości, kobieto, daj oprzytomnieć, głowa mi pęka – jęknęła.

   - A Gamie zaraz pęcherz pęknie jak się nie sprężysz – huknęła Adelka. – Albo obu naraz, bo Becie też.

   - To już tak późno? – Ela spojrzała na zegar wiszący na ścianie.

   - Artystko droga, gdyby nie twoje wczorajsze święto, to bym ci głowę zmyła.

   - O matko, nie! I tak mnie łupie. A jak krzyczysz to jeszcze bardziej.

   - Małpa! Przeze mnie cię boli? A kto ci kazał wczoraj tyle pić? Ja?

   - A kto mi powiedział, że od jednej lampki wina jeszcze nikt nie umarł?

   - Może zaczniesz mi wmawiać, że kazałam ci je popijać „mieszanką wybuchową”?

   - No nie, ale była taka dobra…

   - To się męcz. Tylko szybko, bo Gama już prawie sika oczami, a Beta ledwo przestępuje z nóżki na nóżkę…

   - Już, już lecę…

   Wczorajszy wieczór zakończył się w „Filiżance” kulturalnie i o przyzwoitej porze. Potem jednak przyjaciółki postanowiły ufetować Elżbietę u Adelki w domu i jakoś tak wyszło…Zapamiętała słowa Kasi a potem już nic, czarna dziura.

   - Dobra książka jest jak podróż – powiedziała Kasia. – Czytasz i odrywasz się od realu, całkowicie wchodzisz w rzeczywistość książkową, bohaterowie stają się żywymi osobami. Kończysz i żal, że już z podróży wróciłaś. Potrzebna chwila na oprzytomnienie. Przynajmniej ja tak mam. W Szczawnicy w mieszkanku jest mnóstwo książek najprzeróżniejszych, więc nie musisz, Elcia, niczego zabierać, z pewnością coś ci przypasuje.

   Elci właśnie puściły nerwy i z przyjemnością dolewała sobie z dzbanka coś, co smakiem i wyglądem przypominało babciny kompot, no, może było nieco mocniejsze. Dużo mocniejsze. Mocne jak jasna cholera! O tym się jednak przekonała dopiero próbując podnieść się z krzesła. Uczynne przyjaciółki zatroszczyły się o bohaterkę wieczoru, psice zostały wyprowadzone, Elcia ułożona do snu, z którego tak brutalnie wyrwała ją nazajutrz Adelka.

   Po spacerze, po kawie i śniadaniu, po całkowitym dojściu do siebie zobaczyła na stole zostawioną przez Adelkę kartkę. Coś o niej mówiła, ale nie mogła sobie przypomnieć o co przyjaciółce chodziło. Wzięła do ręki papier zapisany pismem na pewno nie Adelki. Ciekawe czyim. Zaczęła czytać.

   W ciągu całego życia człowiek wciąż staje przed nowym wyzwaniem. Często zatrzymuje się w momencie gdy jeszcze nie wie dokąd pójdzie, stoi na rozdrożu, waha się i szuka drogi, którą pójdzie dalej. Aby mógł podążać z podniesioną głową niech idzie z nim ramię w ramię sprawiedliwość, tolerancja oraz życzliwość dla wszystkich żywych istot.

   Pokręciła głową z zadziwieniem. Ona tak samo uważa, ma takie samo zdanie, gdzieś to słyszała…No przecież! Przecież to Winicjusz mówił na promocji, to jego bazgroły trudne do odczytania ale ona już je odczytać potrafi. Tym razem nawet gładko poszło. Odwróciła kartkę na drugą stronę i czytała co było tam napisane

   Ludzkie życie to pasmo bezustannych przemian. Zmienia się nasze spojrzenie na świat i ludzi co wynika z wciąż zwiększającej się sumy naszych przeżyć i przemyśleń. Dzieje się to zawsze w najbardziej odpowiednim momencie choć często – dopiero patrząc z perspektywy czasu – zdajemy sobie z tego sprawę. Wtedy dociera do nas prawda, że przeszłość to niezbędna droga, która doprowadziła nas do chwili obecnej. A najważniejsi są ludzie. Zmienia się czas, zmieniają się miejsca a ludzie pozostają.

   W zamyśleniu odłożyła kartkę. On ma absolutną rację, ludzie są najważniejsi. Czas się zmienił, ale w całej jego rozciągłości liczył się konkretny człowiek, dla niej wciąż ten sam i taki sam mimo upływu lat. Chyba naprawdę nadeszła ostatnia chwila na pozytywne zmiany… Jakie zmiany? Na zmądrzenie wreszcie, na nabranie rozumu! Rozumiesz Elka?!

 

 

"Pasma życia" 53a

annazadroza

   Tymczasem  Winicjusz tonął chwilami we wspomnieniach w wyniku nagłego zainteresowania córki jego dawnym pobytem na spływie Dunajcem, lecz głównie tonął w pracy. Zawsze był to dla niego najlepszy sposób na odreagowanie problemów we wszystkich pozostałych dziedzinach życia. Ale nie tylko. On po prostu kochał to co robił. Mógł godzinami spędzać czas w pracowni przeglądając stare książki, odczuwając radość i dumę z ich posiadania. Cieszył się jak dziecko, że udaje się przywrócić je do dobrego stanu.

   - Widocznie mam jeszcze coś innego do zrobienia w tym życiu niż rozczulanie się nad sobą – uśmiechnął się do pozornie zatroskanej córki.

   - Tato, ja nie do końca rozumiem o co w tym wszystkim chodzi – potrząsnęła Marysia czarnymi lokami kryjąc pod powiekami chytry uśmieszek.

   - Mówiąc szczerze ja też, córeczko, ja też. Staram się bardzo, ale – przymrużył szelmowsko oko – rozumieć kobiety… Ha, to nie jest moja najmocniejsza strona.

   - Pleciesz – uśmiechnęła się szeroko i pogładziła ojca po policzku. – Nikt mnie nie rozumie tak dobrze jak ty. A przecież bez wątpienia jestem kobietą, prawda?

   - Co do tego nikt nie może mieć żadnych wątpliwości, kochanie.

   Patrzył z zachwytem na swoją piękną córkę. Przyzwyczaił się już, że zwykle otaczał ją rój wielbicieli, z których nic sobie nie robiła traktując wszystkich jednakowo jak kumpli. Przynajmniej do tej pory. Dawniej jednak, kiedy zaczęła dorastać, zachowywał się jak najgorszy okaz zazdrosnego ojca. W każdym facecie od lat mniej więcej dziesięciu do stu widział zagrożenie dla swojej córeczki, dla swego najcenniejszego skarbu. Teraz oboje zaśmiewali się wspominając tamten okres. Łączyła ich prawdziwa więź i porozumienie. Wystarczyło spojrzenie, by jedno wiedziało o co chodzi drugiemu. Marysia odziedziczyła po mamie urodę, po ojcu poczucie humoru i zamiłowanie do urozmaiconego trybu życia ze sporą dawką adrenaliny. Jakże był dumny i szczęśliwy, gdy idąc w jego ślady złożyła papiery na ASP, którą ukończyła w międzyczasie uczęszczając na zajęcia w Laboratorium Reportażu. Oraz z tego, że doskonale sobie radziła jeżdżąc w różne ciekawe miejsca i - wykorzystując zdobytą wiedzę w połączeniu z wrodzonymi zdolnościami - pisała świetne reportaże.

   Umówiwszy się z ojcem wpadła do „Filiżanki”. Siedziała na wysokim barowym stołku opychając się drugą porcją szarlotki. Wybierała z talerzyka okruszki i oblizywała palce.

   - Możesz reklamować moją szarlotkę słowami: palce lizać. I to nie w przenośni – skomentowała wesoło stojąca za barem Frania, jedna z Marysinych ciotek bliźniaczek.

   - Od samego patrzenia nabrałam ochoty – roześmiała się szczupła blondynka, która przez chwilę stała przy wejściu przyglądając się z uśmiechem Marysi pałaszującej szarlotkę. – Poproszę to samo. I jeszcze dużą kawę. 

   - Proszę cię uprzejmie, jak widać prawdę mówi stare porzekadło, że reklama jest dźwignią handlu – zaśmiała się Frania.

   - Teresa! A ty skąd się wzięłaś o tej porze? – odezwał się Winicjusz wstając z barowego stołka.

   - Umówiłam się z Elką. Akurat teraz mam wolną chwilę, ona też, więc postanowiłyśmy połączyć przyjemne z pożytecznym i obgadać sprawę promocji na miejscu.

   - Oj, to się będzie działo – zerknęła Marysia na ojca.

   - Tak? A co? – zainteresowała się Teresa.

   - No jak to, nie wiesz? – zaśmiała się Marysia. – Przecież tato od lat wzdycha do Elżbiety, ona zaś bezustannie daje mu kosza. Moim zdaniem za mało się stara. Jeśli o mnie chodzi to chciałabym mieć dwóch fajnych braci, mogą być przyszywani. I do tego jeszcze od razu dwie szwagierki za jednym zamachem. Tato, naprawdę musisz się bardziej postarać, spręż się jakoś – zwróciła się do ojca.

   - Aha, o to chodzi – Teresa kiwnęła głową ze zrozumieniem. – Wiem, wszyscy wiedzą. Tylko co on tu dzisiaj robi? – wskazała głową na Winicjusza. – Przekonywałam Elkę, że go na pewno nie spotka i co? Może byś się gdzieś schował z łaski swojej. Elka nadchodzi.

   Marysia parsknęła śmiechem na widok ojca w pośpiechu znikającego na zapleczu.

   Odkąd Elżbieta wróciła do realizowania dawnych marzeń i zaczęła malować obrazy jednocześnie tworząc ilustracje do cyklu napisanych przez Teresę bajek dla dzieci, stała się zupełnie inną kobietą niż była kiedyś. Uśmiechała się często. Mimo braku wolnego czasu, ponieważ nie zrezygnowała z zajęć na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, na które uczęszczały wspólnie z Adelką - a może właśnie dlatego - była zadbana, jej sylwetka odzyskała młodzieńczy wygląd. Niewątpliwie przyczyniło się do tego pływanie w basenie, gimnastyka i uprawiany z prawdziwą pasją taniec. Oraz, oczywiście, długie spacery z psami.

   - No hej, wyglądasz po prostu rewelacyjnie – na powitanie powiedziała Teresa patrząc z prawdziwym uznaniem na przybyłą.

   - Jak zwykle przesadzasz, ale dzięki – odpowiedziała z uśmiechem Elżbieta.

   Kiedyś zaprzeczałaby, że nie, nieprawda, ona po prostu nie może dobrze wyglądać, a rewelacyjnie to już w ogóle niemożliwe… Teraz przyjęła komplement po prostu naturalnie.  Rozejrzała się po lokalu. Była tu już kiedyś lecz jedynie przez krótką chwilę. Przypadkiem. Nie wiedziała wtedy, że należy do Winicjusza. Zobaczywszy go uciekła najszybciej jak mogła. Ale to było dawno, jakby w poprzednim życiu. W obecnym była gotowa na spotkanie, nie na ucieczkę. Tylko głupio się przyznać, że zmieniła zdanie po tylu latach nieustannej walki z samą sobą…Chyba… nie jest jeszcze za późno?...

   - Proponuję ci na początek szarlotkę – powiedziała Teresa. – Jest fantastycznym dziełem Frani. Tak pysznym, że Marysia palce lizała i okruszki z talerzyka też wylizała co do jednej. Bałam się, że zacznie zbierać z podłogi.

   - To i ja muszę spróbować, poproszę w takim razie. I kawę też – spojrzała z sympatią na Franię i jej siostrzenicę.

   Marysia podeszła zastanawiając się co też ojciec sobie myśli w tej chwili, chowając się na zapleczu. Rozbawiła ją wizja podsunięta przez wyobraźnię.

   - Cześć, ja jestem Marysia, córka twojego wiernego adoratora – odezwała się.

   - Przecież wiem – uśmiechnęła się ciepło Elżbieta.

   - A co wiesz? Że córka czy, że masz wielbiciela? – dopytywała się Teresa z przymrużeniem oka.

   - I jedno, i drugie.

   - Czyli, że pogodziłaś się wreszcie z rzeczywistością? – nie ustawała Teresa w dociekaniach świadoma, że na zapleczu komuś robią się długie uszy…

    Rozglądając się po lokalu podziwiała Elżbieta wystrój, urok starych ceglanych ścian ocieplonych nastrojowym światłem mającym źródło w małych lampkach rozwieszonych w różnych miejscach. Stojaki na wino, wypełnione butelkami zawierającymi szlachetne trunki produkowane na obu półkulach naszej pięknej planety, wypełniały pustą dawniej przestrzeń pod ścianami.  Przy długim drewnianym barze kilka wysokich stołków zachęcało do skorzystania ze swoich usług i popróbowania choć jednego z szerokiej gamy owych płynnych znakomitości.  Druga sala, znajdująca się za otwartymi, dużymi drewnianymi drzwiami, była jaśniej oświetlona, ściany przysłaniały regały zapełnione książkami. Na każdym stoliku dodatkowo stała lampka pozwalająca na swobodne czytanie czy pisanie. Istniała także możliwość podłączenia laptopa. Ostatnie pomieszczenie przypominało salę muzealną, w której prezentowano arcydzieła sztuki drukarskiej, białe kruki, stare mapy, ryciny, grafiki i  inne tego typu skarby. Szklane drzwi były zamknięte, pozwalały jednak na rzucenie okiem na zgromadzone  cuda. Zainteresowanych klientów gospodarz osobiście wprowadzał do swego skarbca. Było jeszcze jedno pomieszczenie, zwane pracownią, w którym znajdowało się duże biurko, sztalugi, mnóstwo obrazów, różnorakich papierów, książek, przedmiotów wymagających naprawy czy odrestaurowania, ewentualnie eksponatów zdjętych z jednej wystawy bądź przygotowanych do zaprezentowania na następnej.  Odbywały się bowiem w „Filiżance” wystawy obrazów, fotografii, wernisaże, spotkania autorskie i różne inne imprezy jakie tylko ktoś sobie wymyślił i zapragnął urzeczywistnić. 

   Aktualnie w kawiarnianej galerii wisiały artystyczne fotografie wykonane w Pieninach przez córkę właściciela, bowiem do wielu swoich pasji Marysia bezustannie zaliczała fotografowanie natury. Ludzi niekoniecznie, natomiast piękno przyrody uwielbiała utrwalać. Zachwycona Elżbieta wpatrywała się w obrazy przedstawione na zdjęciach. Bo to były obrazy, prawdziwe dzieła sztuki powstałe przez zamknięcie w kadrze fragmentu niesamowitego piękna krainy leżącej bezpośrednio nad Dunajcem. Taki właśnie tytuł nosiła wystawa - „Nad Dunajcem”.

   Przeniosła się Ela całkiem w czasie i w przestrzeni, cofnęła się do pamiętnego majowego weekendu sprzed lat, od którego całkowicie zaczęło się zmieniać jej życie, jej podejście do siebie i świata, ogląd rzeczywistości. Ileż lat minęło, ileż musiała przejść, przeżyć, przemyśleć, żeby dotrwać do dnia dzisiejszego i zacząć bez strachu, za to z przyjemnością i nadzieją patrzeć w przyszłość. Jakby w odpowiedzi na swoje myśli ujrzała w rogu dwie wyrzeźbione w drewnie kaczki mandarynki. Zakrztusiła się kawą myśląc, że to nie może być przypadek.

   - Skąd one się tu wzięły? – spytała tłumiąc odruch kaszlu.

   - Były tu od zawsze, odkąd pamiętam – wyjaśniła Marysia. – A czemu?

   - Ponieważ mandarynka wywarła największy wpływ na ostatnie lata mojego życia – odpowiedziała Elżbieta walcząc z ogarniającą ją wesołością.

   Wreszcie nie wytrzymała i parsknęła na głos. Zdumiona Teresa i nie mniej zdumiona Marysia patrzyły nie rozumiejąc przyczyny ataku śmiechu Elki, która dostała tak zwanej głupawki, nie dającej się zatrzymać w żaden sposób i udzielającej się otoczeniu. Tak więc po chwili płakały ze śmiechu we trójkę. Elka nie mogąc opanować wesołości z sobie tylko wiadomych powodów, zaś jej towarzyszki spoglądając na nią.  Zaintrygowana sytuacją Frania wyłoniła się z zaplecza a za nią Stenia, jej siostra bliźniaczka. Elka pomyślała, że zwariowała i widzi podwójnie, co sprawiło, że śmiała się jeszcze bardziej. Ten, kto choć raz w życiu miał atak głupawki dobrze wie, jak trudno sobie z nią poradzić i ile może trwać.

Frania i Stenia zaraziły się nią patrząc na trzy rechoczące niewiasty i, nie mogąc się powstrzymać, dołączyły do nich. Gdyby ktoś obcy w tym momencie  wszedł do lokalu z pewnością wycofałby się przekonany, że trafił przez pomyłkę na izbę przyjęć w przychodni dla specyficznych pacjentów. Winicjusza ominęło owo przedstawienie, niestety. Miał umówionego klienta i spędził z nim w pracowni „czas głupawki”. Gdy wrócił na salę wszystkie panie - w liczbie pięciu - siedziały bez sił, wycierając załzawione oczy usiłując przy tym nie rozmazać do końca makijażu. Elżbieta kończyła właśnie opowiadanie o przygodzie ze sroką i mandarynką w Szczawnicy, którą jej przypomniały kaczki mandarynki.

    - I tak poznałam twojego tatę, Marysiu…

   Zobaczywszy wyłaniającego się z zaplecza gospodarza wszystkie damy znów dostały ataku śmiechu.

   - Co tu robisz? Miało cię nie być a jesteś – przytomnie zauważyła Teresa nieco doszedłszy do siebie. - Elka pomyśli, że kłamałam – dodała z pretensją w głosie.

   - Nie kłamałaś, właśnie skończyłem rozmowę z klientem i wpadłem na kawę – wyjaśnił Winicjusz z absolutnie niewinnym wyrazem twarzy. – A co? Mam wyjść?

   - Jeszcze by tego brakowało, żebyś teraz ty zaczął uciekać – mruknęła pod nosem Teresa. – Zdurniałeś? U siebie jesteś - dodała głośno.

   - Ale jakbym miał przeszkadzać moim gościom…

   - Cicho bądź i słuchaj – odezwała się Elka ciągle jeszcze mająca problem z odzyskaniem powagi. – Możesz zostać pod warunkiem, że pozwolisz nam wymyślić nowe menu do twojej knajpy. Co ty na to?

   - Ależ z ogromną przyjemnością – odparł uśmiechając się wewnątrz siebie i jedynie w oczach mu się ten uśmiech uzewnętrznił, co nie uszło uwagi żadnej z obecnych bystrych niewiast.

   - Można na stronie tytułowej napisać „Spis potraw dla grzeszników” – ciągnęła Elżbieta nie zwracając uwagi na zdziwione miny towarzyszących jej osób. – Na przykład na pierwszym miejscu mógłby się znaleźć ozór donosiciela w sosie…

   - A w jakim? – zainteresowała się Marysia.

   - A na przykład w koperkowym – zaproponowała Frania.

   - Może być pańskie oko w czekoladzie – podpowiedziała Stenia.

   - To bardziej na deser. Na ostro to móżdżek zwierzchnika w pomidorach i papryczce chili – włączyła się do zabawy Teresa.

   - Tfu, na samą myśl można dostać niestrawności – skrzywiła się z niesmakiem  Frania.

   - Kogo miałaś na myśli? – zapytał z dziwnym wyrazem twarzy Winicjusz. – O czyim móżdżku myślałaś w związku z niestrawnością i zwierzchnikiem?

   - O niczyim, hipotetycznie – parsknęła Frania śmiechem. - Nie o twoim, nie bój się.

   - Mam! – wykrzyknęła z radością Marysia. – Ucho tajniaka w sosie chrzanowym.

   - A co powiecie na rękę karcącą w cieście piwnym? – rzuciła Elka.

   - To już wam chyba tylko zostanie marskość wątroby w zalewie spirytusowej – dodał Winicjusz mając wrażenie, że chyba wszystkie zwariowały, a on znowu aż tak bardzo nie odbiega od stanu ich umysłów.  

                                              

© Anna Blog
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci