Menu

Anna Blog

...takie sobie dyrdymałki...

O Matyldzie co nie chciała Nikodema

"O Matyldzie..." koniec

annazadroza

   Nadszedł wreszcie uroczysty dzień poprzedzony wieloma przygotowaniami i ustaleniami. Podstawowa była oczywiście sprawa miejsca zamieszkania obu młodych par.

   - Głupi ma zawsze szczęście – oświadczyła Mira, kiedy okazało się, że mieszkające nad nią małżeństwo wyprowadza się do własnego mieszkania otrzymanego w spadku po ciotce staruszce opuszczając wynajmowany dotąd lokal. Miała oczywiście na myśli Matyldę.

   Nick natychmiast skorzystał z okazji i podpisał umowę wynajmu na okres trzech lat płacąc z góry.

   - Potem zobaczymy – powiedział. – Przecież moja żona musi mieć gdzie mieszkać i to w przyzwoitych warunkach do czasu ukończenia studiów. Poza tym znowu będziecie razem, pomożecie sobie, jak zawsze, w nauce i innych obowiązkach.

   - Rozumiem – przerwała mu Mira. – Rozumiem, że Matylda ma mi pomóc w opiece nad dziećmi, a ja tobie w pilnowaniu Matyldy i jeszcze pewnie mi każesz odganiać sprzed drzwi niezliczonych adoratorów, kiedy ciebie nie będzie w pobliżu.

   - No coś ty – oburzył się Nick. – Jakie pilnowanie? Ja mam bezgraniczne zaufanie do Matyldy.

   - Tak? A dlaczego byłeś wściekły jak osa kiedy przyjechał w odwiedziny ten przystojniaczek z ASP? O mało cię cholera nie wzięła, kiedy moja przyjaciółka poszła z nim do ogrodu, bo przy tobie nie dało się rozmawiać.

   - Zdawało ci się – mruknął Nick czerwieniąc się jak sztubak przyłapany na gorącym uczynku. – Czekałem na telefon w sprawie aparatury do kliniki. Wiesz, jakie to dla mnie ważne.

   - Tra la la  - zaśpiewała mu Mira do ucha. – Akurat ci uwierzę. Posłuchaj drogi Nikodemie, uwierz i zapamiętaj. Dopóki Matylda cię kocha możesz być absolutnie spokojny. Nie zawiedzie cię i nie zaistnieje dla niej nikt inny jako mężczyzna. Choćby stu najprzystojniejszych przystojniaków biegało za nią  obsypując płatkami róż,  złotem i klejnotami od stóp do głowy i na odwrót, nie spojrzy na żadnego. Ale jeśli ją skrzywdzisz i zranisz do tego stopnia, że miłość zgaśnie, a spróbuj tylko, to będziesz ze mną miał do czynienia – tu pogroziła palcem, - wtedy powie ci prawdę prosto w oczy i dopiero zacznie się rozglądać po świecie. A ty przestaniesz dla niej istnieć.

   - Skąd wiesz?

   - Bo znam ją lepiej niż ona samą siebie i daję za nią głowę – odpowiedziała poważnie Mira.

   Druga młoda para miała zamieszkać w domku pani Marii do czasu, kiedy dom kupiony i wypatrzony przez narzeczonego nie zostanie dostosowany do nowych potrzeb i wymagań. Później rodzinny domek Matyldy miał się stać gniazdkiem jej i Nicka.

   Sprawa zakupu aparatury medycznej za pieniądze uzyskane ze sprzedaży zawartości woreczków znalezionych w skrzyni była na dobrej drodze.

   Młodzi wiele godzin spędzili na planowaniu wspólnej pracy spierając się, przekonując wzajemnie do swoich racji. Nick z podziwem zauważył, że Matylda intuicyjnie potrafi wybrać najlepsze wyjście z każdej sytuacji, a jej intuicja jest nieomylna i więcej nieraz znaczy niż jego wiedza i doświadczenie.

   - Podobno dawno temu byliśmy jeden, jednością – powiedział kiedyś przy kolacji pan Jan. – Potem dwie połówki zostały rzucone na świat i teraz gonią po tym świecie jedna za drugą, żeby się znaleźć .

   - Bzdury – machnął lekceważąco ręką Nick, gdy nagle stanął mu przed oczami obraz siebie samego wypatrującego z ukrycia czy Matylda wychodzi ze stołówki sama, a jak nie to z kim…jak wygląda, co robi.

   Ogromną radość sprawił bliskim Staszek Bryła, ojczym Nicka i mąż pani Wandy zjeżdżając do domu dwa dni przed ślubem. Zdążył pozałatwiać wszystkie sprawy dotyczące firmy, którą miał prowadzić w kraju razem z Janem. Jak widać, sprawy układały się nad wyraz pomyślnie.

   Ranek wstał ciepły choć bez śladu słońca. Matylda pomyślała, że perłowoszary dzień też jest piękny, niesie ze sobą obietnicę życia pełnego pracy, ale też i poczucia bezpieczeństwa, bez złudnego blasku mącącego zdrowy rozsądek. Otworzyła szeroko okno. Zapach poranka wpadł do pokoju i trącił suknię wiszącą na wieszaku, aż zadrżała z radości i lekko poruszyła falbankami. Była szczęśliwsza od innych ślubnych sukien, bo wiedziała, że nikt jej nie sprzeda, nie odda na poniewierkę, bo tu jest jej miejsce, na zawsze zostanie w rodzinie, założy ją córka Matyldy, potem wnuczka, prawnuczka…

   Gdy panna młoda włożyła suknię, była piękniejsza od innych panien młodych i szczęśliwsza  urodą i szczęściem sukni. Zadowolona przejrzała się w lustrze. Ujrzała dziewczynę wyglądającą jakby właśnie wyszła z ram starego portretu. Kremowa suknia fasonem podkreślała zgrabną figur Falbanki wykończone delikatną koronką dawały wrażenie  lekkości i zwiewności, przez co wyglądała jakby nie stąpała po ziemi lecz frunęła tuż nad nią. Piękne włosy Matyldy rozjaśnione pasmami przez letnie słońce, którego nie brakowało podczas tych zwariowanych, pełnych niespodzianek wakacji, wspaniale harmonizowały ze strojem. Upięła je w okrągły kok na czubku głowy, wypuszczając luzem kilka wijących się, długich loków. Wzięła do ręki jedną herbacianą różę i była gotowa na spotkanie nowego życia. Jeszcze raz okręciła się przed lustrem z uśmiechem obserwując jak suknia tworzy wirujące koło i opuściła swój pokoik po raz ostatni jako panna.

   W tym samym czasie druga panna młoda również opuściła swój pokój i matka z córką spotkały się przy schodkach.

   - Mamusiu, wyglądasz prześlicznie  - uściskała Matylda mamę.

   - I nawzajem, kochanie – wzruszona patrzyła z zachwytem na swą jedyną córkę.

   Pani Maria w eleganckiej, niebieskiej, długiej sukni, dopasowanej do figury, której mogła jej pozazdrościć niejedna dużo młodsza kobieta, wyglądała naprawdę uroczo. Przypadkowy obserwator niezorientowany w rodzinnych koligacjach z pewnością byłby przekonany, iż widzi dwie siostry  wyjątkowej urody.

   Ramię w ramię matka i córka zeszły do czekających oblubieńców. Zapanowała chwila ciszy, podczas której dwie pary zapatrzyły się w siebie nawzajem. Czy nie będziesz żałować wyboru? Nie pozwolisz uciec szczęściu? Czy mnie nie zawiedziesz? Czy potrafię spełnić twoje oczekiwania? O to pytały oczy. I czytały odpowiedź. Kocham cię, chcę być z tobą i przy tobie do ostatnich moich dni.

   Ciszę przerwał głos młody, radosny, pełen energii.

   - Ruszcie się wreszcie! Matylda, Nick! Nikodem, słyszysz? Medytować możecie przez całą resztę życia, nikt wam nie zabroni, a teraz marsz do ołtarza!

   Była to oczywiście Mira. Dziewczynki smacznie sobie spały w wózku pod okiem troskliwego taty, ona zaś nie mogła sobie odmówić przyjemności uściskania przyjaciółki po raz ostatni przed ślubem.

   Przed bramą zatrzymały się dwie dorożki. Takie było życzenie Matyldy, nie chciała jechać samochodem. I to życzenie Nick spełnił. Obie pary udały się do Ratusza, do pięknej sali Urzędu Stanu Cywilnego, a potem do starego kościółka, w którym i Matylda i Nick byli chrzczeni. Ślubu udzielał staruszek, ksiądz z powołania, prawdziwy kapłan, który ostatnią koszulę gotów był dać potrzebującemu, nieść pomoc i pociechę bez względu na porę dnia czy nocy.

    Wewnątrz kościółka nie mieściła się tak wielka ludzka ciżba, która się zebrała z okazji uroczystości. Przyjechali wesołym tłumem przyjaciele ze studiów, mnóstwo znajomych Nicka, odwiedzająca akurat Stary Kraj wycieczka polonusów z Trentom. Poza tym „ogromna masa tubylców” zjawiła się, by popatrzeć, jedni z przyjaźni, inni z ciekawości, aby mieć o czym rozmawiać w długie zimowe wieczory, kiedy już się nie chce oglądać telewizji.

   - Rany koguta – szepnęła Matylda, - a ja chciałam mieć cichy, skromny ślub w małym, romantycznym kościółku, jedynie w obecności najbliższych.

   Rozpoczęła się uroczysta ceremonia. Ciche dźwięki organów, piękny śpiewający głos, zapach kadzidła, przyćmione światło sączące się przez różnobarwne szybki witraży, drżące płomienie świec – wszystko to sprawiało, że poza Nickiem stojącym tuż obok przestał się liczyć cały świat. Czuli oboje, że są owymi połówkami jedności, które miały szczęście się odnaleźć i na nowo połączyć.

   Po uroczystości rodzina i najbliżsi przyjaciele udali się do domu kupionego przez pana Jana. Tam, na parterze, przygotowano przyjęcie podczas którego brzęk szkła, stukanie sztućców o talerze, śmiechy, życzenia, szmer rozmów tworzyły sympatyczną, bo z życzliwości ludzkiej usnutą, całość. Wygłoszono wszystkie żarciki, jakie się ludziom przypominają przy takich okazjach, dawano rady pannom młodym co do sposobu postępowania z mężczyznami i na odwrót. Było rzucanie wiązanki pani Marii skomponowanej z malutkich różowych różyczek. Matylda zapowiedziała, że swojej róży nie odda nikomu. Starsi orzekli, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wróżą obu parom pracowitą lecz szczęśliwą przyszłość, a najmłodsze uczestniczki imprezy, czyli córeczki Miry i Marka, zgodnym chórem przyznały im rację.

   - Nie myśl sobie, Matyldo, że stałaś się nietykalną matroną. Nigdy w życiu! Pamiętaj, że twoim dzieciom dokładnie opowiem historyjkę o Matyldzie, co nie chciała Nikodema – zapowiedziała Mira chichocząc jak zwykle. – I nie będę pytała o twoje zdanie w tej materii.

   Matylda położyła głowę na ramieniu męża. Spoglądała na uśmiechniętą mamę, tryskającego szczęściem jej świeżo poślubionego małżonka, na szepczące do siebie panią Martę i panią Wandę zerkające co chwilę w ich stronę, wreszcie spojrzała Nickowi w oczy. Mocniej ją przytulił.

   - Gorzko, gorzko – krzyczeli goście. – Gorzko obu parom.

   Matylda wykorzystała moment zainteresowania zebranych drugą parą, bez słowa ujęła męża za rękę i pociągnęła w stronę wyjścia. Udało im się wymknąć niepostrzeżenie, zostawić rozbawione towarzystwo. Pobiegli do domu, gdzie biedny Bida rozszalał się z radości na ich widok. Został obdarowany najlepszymi kąskami z lodówki i poczuł się zupełnie szczęśliwy. Zeszli do ogrodu, by odpocząć chwilę od gwaru i hałasu. Przytuleni siedzieli w altance napawając się ciszą uroczego wieczoru.  

   - Słyszałaś co powiedziała Mira? – uśmiechnął się Nick do żony i do swoich myśli.

   - Paplała bez przerwy – odpowiedziała Matylda. – Jak zresztą zawsze, trudno było nie słyszeć.

   - Powiedziała, że opowie naszym dzieciom…

   - Sami opowiemy – szeptem przerwała Matylda. – I to wcześniej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

   - Kochanie ty moje…

   Nickowi zadrżały wargi. Spojrzał żonie w oczy z tak głębokim, ogromnym uczuciem, że nie odpowiedziała słowem. Wtuliła się w niego jeszcze mocniej pełna ufności i miłości. On zaś do siebie przygarnął do siebie swoje szczęście i tak trwali.

                                                                        koniec 

 

 

 

 

 

 

 

 

"O Matyldzie..." 17

annazadroza

 

Jak było do przewidzenia, przyjaciółki przegadały prawie całą noc zwierzając się sobie z najskrytszych sekretów. Rankiem, po wczesnym i bardzo smakowitym śniadaniu składającym się z wyśmienitych wypieków pani Marty zeszły do ogrodu, gdzie ożywiona rozmowa toczyła się dalej, przy akompaniamencie głośnego świergotania wróbli.

   - I co z suknią – dopytywała się Mira. - Nie zaprzeczysz, że dla panny młodej to sprawa pierwszorzędnej wagi.

   - Byłaby cudowna, mówię o prababcinej, gdyby się nie rozleciała. Była cała dopóki jej nikt nie ruszał. Kiedy jednak wzięłam ją do ręki, materiał zaczął się rozłazić w szwach… Szkoda, bo przepiękna jest i dobrze na mnie leży.

   - Skąd wiesz?

   - Przecież mówię, że się rozlazła na szwach… Co tak patrzysz? Musiałam ją przymierzyć, nie mogłam wytrzymać. Przynajmniej wiem, że muszę sobie kupić nową.

   - Słuchaj, a może jest tu jakaś krawcowa, która uszyłaby ci suknię na wzór tego zabytku? – zastanowiła się Mira.

   - Nie pomyślałam o tym. Przyzwyczaiłam się do kupowania gotowych rzeczy i nie przyszło mi do głowy żadne szycie.

   - Czekaj, przecież i twoja mama i pani Marta potrafią pięknie szyć, sama widziałam

   - Potrafią, ale nie lubią. Zresztą, mama się do niczego teraz nie nadaje.

   - Rozumiem, dokładnie jak ty – uśmiechnęła się Mira do przyjaciółki.

   - No, licz się ze słowami – Matylda pogroziła żartobliwie palcem.

   - Bo co? – zachichotała Mirka. – Bo wchodzisz w rolę doktorowej Nikodemowej i myślisz, że nagle staniesz się stateczną niewiastą? Zapomnij! Nigdy w życiu.

   - Mirusiu – Matylda serdecznie objęła przyjaciółkę. – Nie przypuszczałam, że człowiek może być aż tak szczęśliwy.

   - Słuchaj, człowieku – oddała Mira uścisk. – Wprawdzie myślenie nigdy nie było twoją najmocniejszą stroną, ale spróbuj się skupić, dobrze? Czy jest w miasteczku sklep z materiałami? No, taki tekstylny, rozumiesz?

   - Owszem , ale…

   - Cicho! Od której otwarty?

   - Od dziewiątej, lecz…

   - Cicho mówię! To za chwilę. Pójdziemy pooglądać szmaty, może nam jakaś wpadnie w oko. Najpierw jednak chciałabym obejrzeć prababciną suknię, a raczej to, co z niej zostało.

   Wróciły do pokoju i Mira obejrzała pozostałości po sukni.

   - Powinnaś to cudo sfotografować dla potomnych, zanim się całkiem rozleci – oświadczyła. - Naprawdę musiała być prześliczna. Ale wiesz co? W ostatniej „Burdzie” jest podobny model w stylu retro. Pamiętam dokładnie, bo długo się jej przyglądałam. Przyślę ci wykrój. Tak…gdyby falbanki upiąć inaczej… spójrz, przyszyć kokardki w tym miejscu… o, tak….byłyby bliźniaczo podobne.

   - Można? – rozległo się pukanie i w drzwiach pojawiła się głowa pani Marty. – Co robicie dziewczynki?

   - Oczywiście, proszę – odpowiedziała Mira. – Oglądamy prababciną suknię.

   - Rozpadła się ze starości, szkoda – pokiwała głową pani Marta.

   - Nic dziwnego, nic nie jest wieczne, ale też nie ma rzeczy niezastąpionych – sentencjonalnie rzekła Mira. – Pani Marto, jest pani biegła we wszystkich domowych robotach i robótkach nieprawdaż? Pięknie pani robi na drutach, a jeszcze lepiej pani szyje…

   - W co ty mnie chcesz tym razem wrobić? – domyślnie spojrzała pani Marta z lekkim uśmieszkiem na ustach.

   - Ja? W nic – słodziutko odpowiedziała Mirka niewinnie trzepocząc rzęsami. – Tylko się zastanawiam, czy potrafiłaby pani uszyć suknię taką jak ta prababcina mając wykrój z „Burdy”.

   - Aha, o to chodzi, ty trzpiocie jeden – zaśmiała się. – Z jakiego materiału?

   - Hurra! Wiedziałam, że się pani zgodzi – Mira rzuciła się pani Marcie na szyję. – Po materiał zaraz lecimy.  Rusz się, Matylda! Szybciej, ależ jesteś rozlazła… co z ciebie będzie za żona…

   - Przestań gderać, już lecę – odpowiedziała Matylda całując panią Martę w oba policzki. – Mirka! Poczekaj, przecież sobie nogi połamię! Co za tajfun  z tej dziewczyny, tornado po prostu.

   Gdy ucichły głosy i tupot nóg zbiegających po schodkach dziewcząt, pani Marta dokładnie obejrzała resztki prababcinej sukni. Najwyraźniej wpadła na jakiś pomysł, bo klasnęła w ręce i zaśmiała się cichutko.

   Tymczasem „dziewczynki” zwiedzały sklepy z materiałami. Chciały najpierw wszystko obejrzeć, zanim się na coś zdecydują. No i znalazły. Może niekoniecznie akurat tego szukały, lecz ujrzawszy kremową, delikatną jak obłok tkaninę, obok koronkę różnej szerokości idealnie pasującą do materiału, krzyknęły z zachwytu. Nie było żadnych wątpliwości.

   - Bingo! To jest to – wykrzyknęła Matylda.

   - To jest nie to, bo to jest to, to jest coca cola – wyrzuciła jednym tchem Mira.

   - Całuj psa w nos, nie wyprowadzisz mnie z równowagi – mruknęła Matylda zachwytem wpatrując się w odmierzany przez sprzedawczynię materiał.

   - Już miały opuścić sklep, gdy Matyldzie wpadł w oko kupon pięknej, bladoniebieskiej tkaniny.

   - Czy nie uważasz, że mamie byłoby prześlicznie w tym kolorze?

   - Czy znów myślisz o tym samym co ja? Kto ci pozwolił? – odpowiedziała Mira pytaniem na pytanie chichocząc z radości.

   - Ty, ty, ty chichotko – uściskała ją przyjaciółka. – Co bym bez ciebie zrobiła?

   - Siedziałabyś z nosem na kwintę, bo ty smutas jesteś – odpowiedziała.

   Nabyły oczywiście odpowiednią ilość materiału rozbawione na myśl o minie, jaką niewątpliwie zrobi pani Marta na wieść, że czeka ją szycie nie jednej ale dwóch sukien.

   - Jak szkoda, że nie mogę uczestniczyć w dalszym ciągu tego szaleństwa – westchnęła Mira.

   - Spróbuj tylko nie przyjechać na ślub, to dopiero zobaczysz! Ojej, ja przecież też żałuję, ale cóż, moja droga, takie jest życie… Żeby ci nie było tak bardzo przykro, już teraz zapraszam cię z rodziną na całe przyszłe wakacje.

   - Cudownie, nie śmiałabym cię o to prosić…

   - Mirka!

   Matylda wykrzyknęła z oburzeniem imię przyjaciółki, po czym dała jej kuksańca w bok i z głośnym śmiechem wpadły na furtkę, która gwałtownie się otworzyła pod ich ciężarem, one zaś w „miękkim lądowaniu” usiadły na trawie.

   - Czy przyszła pani doktorowa Nikodemowo- Bryłowo – Taylorowo- coś tam powinna się tak zachowywać? – wykrztusiła Mirka.

   - A ty, matka dzieciom, jaki dajesz przykład? – odcięła się Matylda.

   - Moje dzieci tego nie widzą – odpowiedziała Mira podnosząc się i otrzepując spodnie. – A twój ukochany przyszły małżonek obserwuje cię od dłuższego czasu i rży.

   - To dobrze – ucieszyła się przyszła panna młoda. – Zawsze będę mu mogła powiedzieć, że widziały gały co brały. A poza tym rży nie tylko na mój widok ale i na twój.

   Nick podszedł do przyjaciółek, pozbierał rozrzucone paczki z zakupami i cała trójka zniknęła w głębi domu, wraz z nimi salwy śmiechu.

"O Matyldzie..." 16

annazadroza

   Dni, które nadeszły po owych wydarzeniach, były niezwykłe. Przede wszystkim dla Matyldy, bo żyła zawieszona między światem realnym a nierealnym, między ziemią a niebem niczym w letargu albo w filmie odtwarzanym w zwolnionym tempie. Patrząc na Nicka wciąż szczypała się w różne części ciała, by sprawdzić czy to prawda, czy też wyobraźnia po raz kolejny spłatała jej figla. W podobnym stanie ducha znajdowała się jej matka.

   - Wy się zupełnie nie nadajecie do życia. Marsz stąd do ogrodu – wygoniła je z kuchni pani Marta, kiedy Matylda wyłączyła z kontaktu radio zamiast prodiża, pozwalając się spalić na węgiel plackowi z jabłkami. Zaś pani Maria  bardzo dokładnie wszyła na lewą stronę rękaw do nowej bluzki przyjaciółki.

   Matka z córką – które zresztą wyglądały jak siostry bardziej niż kiedykolwiek przedtem – czym prędzej czmychnęły do altanki, by omówić sprawy najważniejsze w tej chwili, a mianowicie sprawę ślubnych sukien. Postanowiono bowiem, że dwa śluby odbędą się jednocześnie w ostatnią wrześniową sobotę.

   - Córeczko, ja muszę się ubrać statecznie i elegancko, nie mogę w moim wieku robić z siebie widowiska. Wypatrzyłam w sklepie na Rynku śliczny kremowy kostiumik, w sam raz dla mnie.

   - A jeśli ktoś go kupi zanim się namyślisz?

   - Nie ma obawy, poprosiłam o odłożenie. Chciałabym, żebyś ze mną poszła i rzuciła okiem… Po prostu… bałam się sama zdecydować.

   - Nie ma sprawy, moja mama musi wyglądać najpiękniej na świecie.

   - Mój wygląd ma mniejsze znaczenie. Ty, córeczko, jesteś najważniejszą i najprawdziwszą panną młodą.

   - Mamusiu! – oburzyła się Matylda. – Co ty mówisz? Nie ma ważnej czy mniej ważnej, są równorzędne, rozumiesz? Musisz wyglądać fantastycznie, już ja tego dopilnuję.

   - Ależ córeczko…

   - Ależ mamusiu, tak ma być. Przecież to twoje zdjęcia obiegną amerykańską prasę, a tamtejsza polonia długo będzie plotkować na twój temat.

   - Faktycznie, nie mogę pozwolić, żeby Nikodem musiał się wstydzić teściowej – przyznała.

   - No wiesz, jesteś okropna. O Janie nie pomyślałaś? Dla niego nie chcesz wyglądać najładniej na świecie? Poza tym jako małżonka będziesz reklamą jego firmy w Stanach i filii w Polsce. A reklama jest dźwignią handlu…

   - Rany koguta! O tym wcale nie pomyślałam! – jęknęła uświadamiając sobie odpowiedzialność jaką bierze na swoje barki. – Cóż, poddaję się, rób jak uważasz.

   - Świetnie. A więc wybieramy się jutro na polowanie – cieszyła się Matylda patrząc na piękną, rozpromienioną radością twarz matki.

   - Córuś, a na co ty masz zamiar polować?

   - Jak zobaczę sukienkę, która zawoła „kup mnie”, to będę wiedziała, że to ona. Musi być słodka, romantyczna, długa, szeroka… Nie wiem, zobaczę. Jeśli niczego nie znajdę, pójdziemy do wypożyczalni, może tam coś mi się spodoba.

   - Taka właśnie była suknia mojej babci… - pani Maria uderzyła się dłonią w czoło i zerwała się z miejsca. – Matyldo! Chodź ze mną natychmiast. Gdzie ja mam głowę, co się ze mną dzieje? Jak mogłam zapomnieć? Chodź na strych, przecież tam jest babci suknia!

   - Uspokój się mamo, pewnie już dawno myszy zjadły tę prababciną kreację.

   - Chodź, chodź – schwyciła córę za rękę i pociągnęła za sobą.

   Wpadły do saloniku. Matylda zaśmiewała się z poruszenia matki nie będąc świadomą jego prawdziwej przyczyny.

   - Jaka skrzynia, jaki kufer, czyj? – dopytywali się panowie.

   - Gdzie, na strychu? – zmarszczyła czoło pani Wanda. – Marysiu, czy ty przypadkiem nie myślisz o tym samym co ja?

   - Kto pierwszy ten lepszy – krzyknęła Matylda wyrywając się matce, przeskakując po dwa schodki.

   Za nią ruszył Nick i zanim reszta towarzystwa wdrapała się na górę, zdążył narzeczonej skraść całusa..

   - Może powiesz, mamo, co za skarby kryje ta skrzynia – wskazała Matylda stary sprzęt.. – Tyle lat stała spokojnie, nikomu nie przeszkadzała, nikt o niej nie pamiętał, a teraz wszystkie trzy rzuciłyście do niej jakby od tego życie zależało.

   - Może zależy, nie tylko nasze ale i innych…

   - Jak to?

   - Najpierw otwórzmy i sprawdźmy, co się w niej kryje, a potem będziemy rozmawiać. Czy panowie mogliby się tym zająć?

   Panowie zajęli się, jednak dość dużo czasu upłynęło zanim udało im się dopasować jeden z pokaźnego pęku kluczy, który z domu przyniósł Nick.

  - Słuchajcie, ten zamek nie jest wcale taki stary – oświadczył uważnie oglądając zamknięcie.  – Trudno się otwierał, bo od kilku lat nie był ruszany, ale zobaczcie, tu jest ślad po poprzednim.

   Podniósł ciężkie wieko. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu na coś, co się powinno wydarzyć, zupełnie jakby byli dziećmi szukającymi przygód. Sześć głów pochyliło się nad kufrem. Na wierzchu leżała koperta, wcale nie pożółkła, zaadresowana do Matyldy.

   - Do mnie? – dziwiła się. – O kogo? – obracała kopertę w palcach.

   - Przeczytaj to się dowiesz – poradził spokojnie Nick.

   Niepewnie spojrzała na trzymany papier i na otaczające ją twarze.

   - Śmiało kochanie – zachęcała matka.

   Zebrała się na odwagę i otworzyła kopertę. Wyjęła z niej arkusik zapisany kształtnym pismem babci. Z wielkim wzruszeniem czytała mając wrażenie, że słyszy wyraźnie jej głos.                                                                                     

    Najukochańsza wnusiu moja, Matyldziu kochana!

    Głos wewnętrzny mówi mi, że powinnam skreślić tych kilka słów do Ciebie. Piszę, bo nauczyłam się nie lekceważyć głosu, słuchać go. W czasie wojny, kiedy mnie wywieźli na roboty do Niemiec - gdy go nie posłuchałam, zawsze źle na tym wychodziłam. Ty powinnaś wsłuchać się w swój i przez całe życie kierować się jego podpowiedziami.

   Wszystko co jest w kufrze należy do Ciebie. Skrzynia jest bardzo stara. Byłam pewna, że przepadła w czasie wojny, a tu nagle, niespodziewanie ją odnalazłam. Od kilku pokoleń składało się w niej wyprawę dla kolejnej panny młodej w mojej rodzinie. Postanowiłam odnowić tradycję. Moja maleńka córeczka zmarła zaraz po urodzeniu, była wojna. Nie zbierałam wyprawy, nie wydawałam córki za mąż, nie ubierałam jej w suknię ślubną. Nie dane było mojej maleńkiej tego doczekać. Dostałam za to Marysię, dobrą synową, kochaną jak córka i Ciebie, mój kwiatuszku kochany. Dla Ciebie zbierałam wszystko, co tu jest, to, co potrzebne młodej kobiecie wychodzącej za mąż. Albo – wy teraz jesteście takie nowoczesne – rozpoczynającej samodzielne życie z dala od rodziców.

   Serwetki, obrusy, pościel haftowałam sama, kiedy jeszcze byłaś małą  dziewczynką. Srebra kupowałam okazyjnie, olejne miniatury przedstawiają dużą wartość, zachowały się po moich rodzicach. Resztę kupowałam gdzie się dało, ostatnimi czasy ludzie wyzbywają się różnych rzeczy, tak bywa… W pudełeczku jest moja biżuteria, którą w całości Tobie przeznaczam, niech Ci, kochane dziecko moje, przyniesie szczęście. Na wierzchu kładę suknię babci Twojej matki, czyli Twojej prababci. Odnalazłam ją wciśniętą w kąt przed kilku laty. Wtedy to były materiały! Fakt, że dobrze ją zawinięto i jest cała. Odnowiłam ją i starannie zapakowałam. Teraz jesteś jeszcze młodziutka, ale za kilka lat docenisz wartość tych przedmiotów.

   Żyj zawsze w zgodzie ze swoim sumieniem, nie krzywdź ludzi ani zwierząt. Błogosławię Cię , dziecko drogie, na całe Twoje życie i niech Cię Bóg prowadzi -                                                                          kochająca babcia Stefa

 

   Wzruszona Matylda otarła łzy.

   - Kochana babunia – szepnęła. – Napisała to dwa dni przed wypadkiem, miała przeczucie. Tak bym chciała, żeby była z nami, żebym mogła ją przytulić, podziękować, powiedzieć jak bardzo ją kocham…

   - Dobrze o tym wiedziała – powiedziała pani Maria tuląc córkę. – Mam wrażenie, że jest gdzieś tutaj, ze skrzyni płynie zapach jej perfum… Była dla mnie zawsze jak najlepsza matka…

   Pani Marta z panią Wandą wyjmowały tymczasem i oglądały zawartość kufra podziwiając piękno wszystkich znajdujących się tam przedmiotów.

   - To wszystko? – pani Wanda uważnie obejrzała puste dno. – Mój ojciec przed śmiercią wspominał o czymś, co miało się tu znajdować, ale widocznie już bredził w gorączce.

   - Co to miało być? – spytała zaintrygowana Matylda.

   - Jeśli  niczego więcej nie znaleźliśmy to nie ma o czym mówić

   Nick dokładnie oglądał stare drewno. Z pomocą Jana odwrócił skrzynię do góry dnem i majstrował przy jakimś metalowym elemencie. Rozległ się lekki trzask.

   - Mamo, ciągle mnie strofowałaś, że oglądam telewizję zamiast zająć się czymś pożytecznym – powiedział wesoło. – Spójrz, nawet z gangsterskich filmów można się czegoś nauczyć.

   - Niesamowite! Jak to możliwe?  Podwójne dno – zbladła pani Maria.

   - Co tam jest? Pokaż – zaciekawiona Matylda wcisnęła się przed narzeczonego. – Kartka! Co tam jest napisane? Data… tysiąc dziewięćset czterdziesty trzeci rok… Co to? O Boże! Lista współpracowników gestapo!

   - Daj mi to– matka wyrwała jej z ręki kartkę i przebiegła wzrokiem widniejące na niej imiona i nazwiska.

   - Pokaż – wyciągnęła rękę pani Wanda. – Tak… ojciec mówił prawdę. W takim razie jeszcze coś powinno tu być…

   Nick próbował włożyć rękę w otwór. Nie udało się, więc kawałkiem drutu usiłował wyciągnąć coś, o co tym drutem zahaczył.

   - Marysiu, myślę, że powinnyśmy tę kartkę spalić. Po co przyzywać upiory przeszłości? Ci ludzie już nie żyją. Poumierali tak, jak na to zasłużyli. Los sam wymierzył im sprawiedliwość. Na przykład pierwszego poraniła kosiarka i zmarł w strasznych męczarniach, tamten zginął w płomieniach próbując ratować własne dziecko. Zresztą nie udało mu się i skonał z tą świadomością. Wszyscy oni trzymali się razem i ludzie potem mówili o klątwie ciążącej na nich. Uważam, że teraz nie do nas należy osądzanie ich i ich postępków.

   - Masz rację – zgodziła się pani Marta. – Nie mamy prawa ujawniać tych nazwisk i niszczyć życia ich dzieciom, które nie są niczemu winne i wyrosły na porządnych ludzi.

   - Nikt poza nami nie zna tych nazwisk. Idę spalić kartkę. Myślę, że nie macie nic przeciwko temu? – zwróciła się pani Maria do córki i obu mężczyzn.

   - Dobrze robisz Marysiu, bardzo dobrze. Tych ludzi dawno osądził kto inny a żywym nie trzeba robić źle, bo niewinni – powiedział pan Jan.

   Zeszła na dół, wróciła po niedługim czasie.

   - Czuję ulgę, jakbym zrobiła coś dobrego – powiedziała.

   - Bo zrobiłaś – serdecznie wzięła ją za rękę córka. – Cieszę się, że nie przeczytałam tych nazwisk. W ten sposób przeszłość odeszła.

   - Zobaczcie co tutaj jest – zawołał Nick.

   Wydobył sporych rozmiarów woreczek wypełniony jakimiś przedmiotami o różnych rozmiarach i kształtach, okrągłymi, kanciastymi…. Trzymał zawiniątko macając jego zawartość i pytająco spoglądał na matkę.

   - To nie wszystko – odezwał się Jan wyciągając następny woreczek.

   - Boże, znalazło się – pani Wanda wzięła od syna paczuszkę i drżącymi palcami próbowała rozsupłać starą tasiemkę. – Po tylu latach…

   - Pierścionki, łańcuszki – wyliczała Matylda. – A to chyba złoto w maleńkich sztabkach. A to? Lista wszystkich przedmiotów, które tu są. Co za diabeł? Skarb? Na naszym strychu? Czy ja oszalałam?

   - Schowajcie wszystko z powrotem tam, gdzie było. Zejdźmy na dół. Opowiem wam co wiem – powiedziała pani Marta.

   Usłuchali w milczeniu. Po kilkunastu minutach siedzieli w saloniku a pani Marta snuła opowieść.

   - … i właśnie kosztownościami, które są na górze, ludzie chcieli okupić swoje życie. Moi rodzice nie wiedzieli kim byli, skąd pochodzili. Cały transport Niemcy przywieźli w nocy, kilka ciężarówek, do świtu słychać było strzały. Nikt nie ocalał.

   - Wiem przecież o tym – wtrąciła Matylda. – Pod lasem jest wielka zbiorowa mogiła. Nieraz ze szkołą chodziliśmy tam porządkować, zapalić znicze, położyć kwiaty.

   - A potem partyzanci zrobili zasadzkę i wytłukli drani co do jednego. Wszyscy o tym wiedzą – dodał Nick.

   - Ale nikt nie wie, że znaleziono również owe kosztowności i listę zdrajców. Nasi nie zdążyli zrobić ze zdobyczy użytku, bo zginęli następnej nocy. Jeden tylko, ciężko ranny, zdołał doczołgać się do leśniczówki. W pobliżu był punkt kontaktowy. Twój dziadek, Nikodemie, czekał tam na łącznika i stał się jedynym świadkiem i posiadaczem informacji, bo ranny zmarł.

   - Ojciec ukrył gdzieś to wszystko – wtrąciła pani Wanda. – Zaraz po tych zdarzeniach front się przetoczył przez miasteczko, kilka razy tam i z powrotem przechodziło z rąk do rąk. Przyszli Rosjanie. Ojciec nie mógł się przyznać, że należał do AK. Czekał na jakiś moment, by móc wydobyć na światło dzienne wszystko, co zostało ukryte. Ja wiedziałam o zdarzeniach z tamtych lat tyle samo, co inni. Dopiero tuż przed śmiercią taty usłyszałam o skrzyni, ukrytych przedmiotach, które powinny zostać zużyte dla dobra ludzi. Nie traktowałam poważnie jego słów, kładłam na karb choroby.

   - Tymczasem skrzynia jest prawdziwa i do tego znajduje się na naszym strychu. Dziwne, a babcia myślała, że jej nie ma…

   - Może stała pusta całe lata, potem z twoją wyprawą i babcinymi podarunkami dla ciebie, zaś woreczki włożono do niej stosunkowo niedawno? Któż może dzisiaj wiedzieć jak było naprawdę?

   - Wiesz, to jest najbardziej prawdopodobna wersja – zamyśliła się pani Wanda. – Pamiętam jak ojciec zniknął na jakąś godzinę, kiedy był już bardzo chory. Szukaliśmy go ze Staszkiem wszędzie, gdzie przypuszczaliśmy, że może być. Bardzo się wtedy zdenerwowałam. Potem sam się znalazł i wmawiał nam, że cały czas był w pokoju, tylko go nie widzieliśmy i z pewnością coś nam się przywidziało. Od tego czasu był jak odmieniony, cichy, uspokojony, jakby pogodzony z losem,  zadowolony nawet. Wkrótce stan zdrowia taty uległ pogorszeniu, jakby zaprzestał walki, bo wykonał wszystko, co uważał, że do niego należało. Tak to teraz rozumiem. Przestał walczyć z chorobą. Przed samą śmiercią odzyskał przytomność, chciał się z nami pożegnać… - pani Wanda otarła łzy. – Mówił o skrzyni, o wynagrodzeniu krzywd, o zniszczeniu kartki po śmierci, o wojnie… Myślałam, że cofnął się w przeszłość i jeszcze raz przeżywa tamte straszne wydarzenia…

   - A tymczasem chciał ci przekazać wiadomość – wtrąciła pani Maria.

   - Podobno nie ma przypadków - oświadczyła pani Marta – i wszystko się dzieje w najbardziej odpowiednim czasie. Gdyby nie nasza młoda para, kufra nikt by nie ruszał przez następne sto lat.

   - Co zrobić z zawartością woreczków – głośno myślała pani Wanda. – W jaki sposób można oddać te skarby ludziom? Nie wiemy kim byli właściciele, jak odszukać rodziny pomordowanych, skoro nie znamy ich danych? Gdyby nawet, to jak mieć pewność, że to na pewno oni? Za dużo problemów, nie mam pojęcia jak postąpić, kogo zawiadomić?

   - Ja powiem – odezwał się pan Jan. – Nie można znaleźć, bo jak? Trzeba oddać ludziom, ale nie jako pieniądz. Pieniądz to tylko forma wymiany energii, trzeba ludziom oddać dobra energia, serce, usługa, pomoc. Rozumiecie? Zrobić, żeby to co złe zamienić w dobre, śmierć w życie. Można zrobić, żeby była fundacja i pomagać biednym, albo dać na sierociniec, albo na szpital.

   - Janie – Nick spojrzał na stryja roziskrzonym wzrokiem, - jesteś genialny! A gdyby tak kupić sprzęt do kliniki?

   - O tym ja mówić, mówię – uśmiechnął się Jan. – Przecież rozmyślasz jak i co zrobić, żeby leczyć dużo dobrych, chorych ludzi.

   - Janie – uściskał go uszczęśliwiony Nick.

   - Ty jesteś taki… no, jak mu tam? Taki doktor, co nie chciał się ożenić, żeby mu Joasia pod potarganą sosną nie odebrała serca do pracy… - tłumaczył pan Jan.

   - Muszę ci koniecznie dać korepetycje z literatury polskiej – uśmiechnęła się pani Maria do narzeczonego. – Chodzi ci o doktora Judyma.

   - O właśnie! Ale on robił błąd, bo to miłość daje siłę do pracy, bez niej nie ma życia, tylko śmierć – powiedział patrząc narzeczonej w oczy.

   - Bardzo podoba mi się pomysł Jana, jest fantastyczny – powiedziała Matylda. – Na przykład można będzie organizować jeden dzień w tygodniu na badanie dzieci ze szkół całego województwa, po kolei. Myślę, że każdy prawdziwy lekarz zgodzi się poświęcić na taki cel kilka godzin raz na jakiś czas. Można wynająć autokar, żeby przywieźć dzieciaki z najbardziej zapadłej dziury. Teraz już nie wszyscy mogą sobie pozwolić na wyjazd do miasta, badania i leczenie. Kiedy przebadamy wszystkie dzieci weźmiemy się za starszych ludzi, którym nikt nie pomoże, bo – na przykład – wredna synowa twierdzi, że nie warto i szkoda pieniędzy. A przecież gdy taki człowiek będzie lepiej widział, stanie się użyteczny dla rodziny i społeczeństwa na długie lata…

   Matylda oczyma wyobraźni zobaczyła siebie krążącą po pachnących czystością salach i korytarzach kliniki w charakterze anioła dobroci i miłosierdzia niosącego pomoc i pociechę cierpiącym, rzucała pomysłami jakby miała ich niezliczoną ilość zamkniętych w jakimś schowku, poukładanych równiutko od lat, od zawsze.

   Nick patrzył na Matyldę i myślał, że warto było tak długo czekać. Oto stała przed nim piękna jak obrazek, świeża niczym róża skropiona kropelkami porannej rosy mieniącej się tęczowo w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. Włosy odrzuciła w tył, oczy błyszczały wewnętrznym żarem, ogromna siła i energia biły z drobnej, wiotkiej dziewczęcej postaci. Wypowiadała to, co on sam od dawna nosił w sercu, jakby czytała w jego myślach, ta cudowna istota stworzona dla niego na całe życie…

   Nikt nie śmiał się odezwać. Wszyscy – zasłuchani – wpatrywali się w nią, w skupieniu starając się nadążyć za galopującymi z zawrotną szybkością myślami ślicznej oratorki. Nickowi przemknęło przez głowę, że tak naprawdę już wiadomo… kto tutaj będzie szefem…

   - Będąc młodą lekarką…

   W tok wypowiedzi Matyldy wdarł się zupełnie niespodziewany głos, który sprawił, że obecni drgnęli, jak obudzeni z głębokiego snu, a Matylda zamarła w pół słowa i jedyną oznaką życia stało się coraz szersze otwieranie oczu.

   - Mira!

   Matylda wykrzyknęła imię przybyłej po dłuższym czasie, odzyskując zdolność ruchu i w ogóle czynności myślowych, i dopiero wtedy rzuciła się w stronę przyjaciółki..

   - Skąd się tu wzięłaś? Co za diabli przynieśli cię akurat dzisiaj? To jest dzień pełen niespodzianek.

   - No, moja droga, to tak ładnie mnie witasz? – chichotała Mira ściskając serdecznie Matyldę. – Przyjechała ciotka mojego męża i stwierdziła, że straszę i koniecznie w związku z tym  powinnam choć przez kilka dni postraszyć gdzie indziej. Rzeczywiście jestem kompletnie wykończona, więc kiedy zaproponowała, że zajmie się dziewczynkami, żebym odetchnęła, czym prędzej spakowałam torbę i dałam dyla, żeby się nie rozmyśliła.

   - Cudownie! Jak długo zostaniesz?

   - Jutrzejszym popołudniowym pociągiem muszę wrócić.

   - Tak szybko? Nie zdążysz wypocząć.

   - Zdążę, niech cię o to głowa nie boli. Poza tym za bardzo niepokoiłabym się o dzieci. Przez dwa dni nic im się nie stanie, ale gdyby dłużej były beze mnie… no nie, niemożliwe po prostu. Są jeszcze malutkie.

   Przywitała się ze wszystkimi obecnymi.

   - Przecież musiałam sprawdzić czy wszystko idzie zgodnie z planem – powiedziała do pani Marty teatralnym szeptem.

   - Żebyś ty, dziecko, wiedziała, o ile wydarzenia realne wyprzedziły plan. Życia się nie da zaplanować.

   Matylda przytuliła się do Nicka i pokazała język przyjaciółce.

"O Matyldzie..." 15

annazadroza

 Tymczasem młodzi nie domyślając się jak ważne zadania przed nimi stoją, byli – najzwyczajniej i po ludzku – szczęśliwi. Przebrany w suche ubranie Nick wszedł  furtką do ogrodu witany bardzo serdecznie przez Bidę. Usłyszawszy szczekanie Matylda zerknęła przez okno i zbiegła na dół. Zanim dotarł do tarasu stanęła naprzeciw niego na ostatnim stopniu.

   - Jak na topielicę jesteś wyjątkowo szybka – przywitał ją wyciągając rękę.

   Stała w niebieskiej sukience podkreślającej złotobrązowy kolor opalenizny, uwydatniającej barwą piękno jasnych włosów, które podpięte tylko jedną zapinką z tyłu głowy otulały miękko postać dziewczyny. Wyciągnęła rękę w jego stronę i sfrunęła ze schodków wprost w jego ramiona.

   - Czy jest jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy przez chwilę być sami? – szepnął.

   - Słusznie, mamy tyle do omówienia – skinęła głową i pociągnęła go w głąb ogrodu.

   Stała tam altanka utworzona przez dzikie wino pnące się po konstrukcji z grubego drutu. Skryli się w plątaninie zieleni przed całym światem.

   Jakiś czas później pani Maria z panem Janem weszli do kuchni i zasiedli przy pięknie zastawionym stole. 

    - Nareszcie – powiedziała pani Marta. – Jedne zguby się znalazły. Nie widzieliście młodych?

   - Nie, może ich poszukać? – podniosła się lekko zmieszana pani Maria.

   - Siadaj Marysiu – pani Marta pociągając za rękę posadziła przyjaciółkę  z powrotem na krześle. – Nie ruszaj się stąd. Już się z Wandą dość naczekałyśmy, a od politykowania rozbolały nas głowy.

   - W Polsce wszędzie polityka: i w każde radio i w telewizja – powiedział pan Jan. -  Ale pięknie tu jest i ludzie serdeczni, każdy zaraz częstuje, daje co ma w domu, zaprasza. W Stany tak nie ma.

   -  Marysiu, czy możesz mi wyjaśnić, czemu tak ci błyszczą oczy? – pani Marta starała się wyrzec te słowa groźnym tonem, lecz oczy jej śmiały się  na widok szczęścia bliskich.

   - Otóż. Hm, hm – chrząknął pan Jan, - chciałbym wam powiedzieć, chcielibyśmy – poprawił i przejechał ręką po gęstych, szpakowatych włosach, - że się z Marysią kochamy i, że się chcemy ożenić…

   - Pobrać – poprawiła pani Wanda.

   - Co brać? – zdziwił się pan Jan.

   - Pobrać, czyli zawrzeć małżeństwo – wyjaśniła wesoło. – Musisz podszlifować język przodków, żeby się za ciebie Marysia nie wstydziła. Myślę, że zostaniecie w kraju, prawda?

   - Tak, ja tu kupię dom. Wiem nawet która dom…

   - Który dom –znów poprawiła.

   - Wanda – zniecierpliwił się, –  ty przestań, bo jak pojedziesz do Stany, to ja ci nie będę za tłumacza. Mnie się tu podobuje, podobywa… podoba – poprawił zadowolony z aprobaty pani Marii. Ja tu zrobię filia of my bussines, a w Trentom szef będzie moja córka. Ona dorosła, wszystko umie, jej mąż też. Tak Marysia?

   - Tak, tak, bardzo dobrze Janku. Nie przejmuj się tymi babami, one zawsze dokuczają porządnym ludziom.

   - Wiem – ucieszył się pan Jan. – One być, one są jędze, tak?

   - Janku, jesteś fantastyczny – wykrzyknęła rozbawiona pani Maria. – Masz absolutną rację, to są jędze. Okropne jędze.

   Jędze zaśmiewały się do łez. Wreszcie jędza Marta spoważniała.

   - Janie, ty nie możesz się ożenić z Marysią – rzekła.

   - Dlaczego? – spojrzał ogromnie zaniepokojony na nie rozumiejącą jeszcze niczego panią Marię.

   - Nie dopełniłeś najważniejszej formalności…

   - Jakiej? – przerwał niespokojnie.

   - U nas jest pewien zwyczaj…

   - Jaki? Zrobię wszystko, co trzeba w Polska, w Polsce…, bo Marysię kocham.

   - A widziałeś jak się Nikodem oświadczał Matyldzie? Musisz zrobić tak samo – poważnie wyjaśniła pani Marta.

   - Koniecznie – dodała pani Wanda. – Musisz, mój kochany, najpierw wrzucić Marysię do sadzawki, a potem sam wejść do wody, paść przed nią na kolana i dopiero wtedy poprosić o rękę.

   - I też mam tak wyrwać trawę jak Nick? Marysia woli ładne kwiaty.

   Pan Jan spojrzał na ukochaną, potem na pozostałe damy i przymknął powieki ukrywając wesołe iskierki, które zabłysły w jego oczach. Wstał od stołu, stanął za panią Marią. Zrozumiała go natychmiast . Powstrzymując śmiech wstała, on szarmancko odsunął krzesło. Wziął narzeczoną na ręce i – jakby nic nie ważyła – ruszył w stronę drzwi. Na tarasie przystanął, bo Matylda zagrodziła mu drogę.

   - Co się dzieje? Mamusiu, stało się coś? – zaniepokoiła się.

  - Jeszcze nie, ale z pewnością się stanie i umrę przed ślubem jak Stefcia Rudecka – oświadczyła ponurym głosem pani Maria, spokojnie przytulona do ramienia ukochanego. – Potem możesz mieć pretensje do tych dwóch czarownic, które zostały w kuchni.

   - One są jędze – wyjaśnił pan Jan.

   - Janie, gdzie niesiesz panią Marię? – dopytywał się Nick.

   - Jak to gdzie? Utopić, żeby została moją żoną. Idź mi z drogi, bo Marysia się rozmyśli i ucieknie. Co wtedy zrobię? Z jędza się nie ożenię.

   - Jędza by cię nie chciała – śmiała się jędza Marta dołączając do „młodych”. – A Marysia jak się namyśliła, to się nie rozmyśli.

   - I nie umrze przed ślubem, bo Stefcia też nie umarła, tylko wyszła za ordynata i miała z nim dwoje dzieci – dodała jędza Wanda.

   - Marysiu, będziemy mieć dzieci ? – zdziwił się pan Jan.

   - One bredzą. Przecież już mamy, moja córka i twoja córka to dwie córki. Do tego dodać Nikodema to już troje dzieci. Z twoim zięciem już czworo.  A jak nas wkrótce zrobią dziadkami? Za dużo byłoby tych potomków na nas dwoje.

  - Aha, to już nie pójdę cię utopić. Jak mamy tyle dzieci, to niech jędze mówią co one chcą – oświadczył pan Jan ostrożnie stawiając ukochaną kobietę na ziemi.

   Gromki wybuch śmiechu jaki nastąpił po powyższym oświadczeniu, spowodował radosne szczekanie Bidy wyczuwającego radosny nastrój dwunożnych przyjaciół. Towarzystwo przeniosło się do saloniku. Po pełnym wrażeń dniu nastąpiła równie niespokojna noc wypełniona wspomnieniami, wyjaśnieniami, planami na przyszłość. O godzinie drugiej trzydzieści osiem jędza Marta spojrzała na zegar.

   - Ludzie, czy wy wiecie która godzina? Marsz do domu i spać – krzyknęła. – Każdy do swojego – dodała patrząc na Matyldę i Nicka.

"O Matyldzie..." 14

annazadroza

   Wrześniowy wieczór zastał panią Martę krzątającą się po kuchni. Uśmiechała się do siebie parząc herbatę w imbryczku, krojąc ciasto i rozkładając je na talerze. Pani Wanda wyjęła z prodiża sernik, przełożyła na paterę i usiadła na okrągłym stołeczku.

   - Marto, toż to prawdziwie niesamowita historia. Prawdę mówiąc nie wierzyłam, aby twój plan przyniósł oczekiwany efekt.

   - Gwoli ścisłości nie mój lecz Miry. Przyszli do mnie oboje z Markiem przynosząc paczkę od Marysi. Matylda zdawała wtedy jakiś egzamin. Traf chciał, że w tym samym czasie odwiedził mnie Nikodem, a Mira miała zdjęcia z wyjazdu całej grupy za miasto. Matylda wyszła na nich jak modelka, albo jeszcze lepiej, wiesz przecież, że jest wyjątkowo fotogeniczna. Wyraźnie widziałam, jak mu się zmienił wyraz twarzy, kiedy patrzył na zdjęcia i jak nie mógł od małej oderwać wzroku.

   - To nie był traf, to przeznaczenie – wtrąciła pani Wanda.

   - Mira, Marek i nasz Nikuś przypadli sobie do serca, przegadaliśmy wtedy wiele godzin. Opowiedziałam im o przodku Nikodema, który opuścił Polskę w poszukiwaniu lepszego życia. O tym, jak John Taylor przyjechał do kraju i pokochał ciebie, Wandziu. Opowiadałam o urodzeniu Nikusia, o wypadku, z którego cudem uszłaś z życiem. O tym, jak ciężko harowałaś, by zebrać pieniądze na bilet powrotny do kraju dla siebie i małego Nikusia.

   - Koszmarne czasy – skinęła głową pani Wanda. – Ciarki po mnie przechodzą kiedy je sobie przypomnę. Nie wiem skąd wzięłam siłę, żeby to wszystko znieść. Nie chciałam nikogo prosić o pomoc…

   - Już jako mała dziewczynka byłaś niezwykle odważna i bardzo dumna. Nikodem jest do ciebie podobny.

   - Los stał się łaskawy dopiero wtedy, gdy spotkałam Staszka Bryłę. On bez mej wiedzy skontaktował się z Taylorami i powiedział im bez ogródek, co o nich myśli. Okazało się, że nic nie wiedzieli o urodzeniu Nikusia, stąd nieporozumienie.

   - Tak bywa, jeśli ludzie nie potrafią się ze sobą porozumieć – pani Marta zdjęła fartuch  i powiesiła na wieszaczku za lodówką. – Oni myśleli, że to ty nie chcesz ich znać, gardzisz nimi za proste pochodzenie przodka. Ty zaś – że nie chcą mieć z tobą do czynienia, bo jesteś biedna.

   - Z perspektywy lat i doświadczenia inaczej patrzę na życie. Teraz wyjaśniłabym sprawę od razu – pani Wanda zamilkła wracając myślami w przeszłość.

   - Wiesz Wandziu, ja od tego czasu załatwiam każdą sprawę do końca, niczego nie pozostawiam w zawieszeniu, tego właśnie nauczyłam się na twoich błędach. Dlatego nie pozostawiłabym sprawy dzieci własnemu  biegowi. Od dawna wiedziałam, że są dla siebie stworzeni, choć Matylda wyprawiała niestworzone rzeczy, żeby nie spotkać Nikodema.                                                                                                                      - Skąd mogła wiedzieć, że Nikodem to Nick? – uśmiechnęła się pani Wanda na myśl o synu.

   - Nie broń jej, niczego nie widziała poza czubkiem własnego nosa i mała nauczka dobrze jej zrobiła. Sama to przyznała – pani Marta usiadła obok kuzynki.

   - Zobacz jak to się w życiu dziwnie układa. A Marysia i Jan?  Pamiętasz co było, gdy Jan zobaczył Nikusia? Pokochał jak własnego synka i zaprzyjaźnił się ze Staszkiem. Często mówi jak bardzo jest mu wdzięczny za wyjaśnienie owego nieporozumienia wiele lat temu.

   - Tym sposobem Nikuś choć utracił własnego ojca, zyskał dwóch godnych zastępców: ojczyma i stryja – dodała pani Marta.

   - Właśnie, dwóch przyszywanych ojców, dwa nazwiska, dwa kraje, w których czuje się u siebie.

   - Musisz jednak przyznać Wando, że słowiańska krew bierze w nim górę nad krwią anglosaską i to często, pod różnymi względami.

   - Owszem, lecz widać też korzyści płynące z połączenia. Na przykład wiemy, że „pan Andrzej Kmicic był gorączka wielki” a Nikuś nauczył się panować nad sobą, spokojnie i konsekwentnie realizować życiowe zamierzenia. Nauczył się wykorzystywać siłę pozytywnego myślenia w każdej dziedzinie swojego życia.

   - Oj, z tym ostatnim u nas rzeczywiście krucho – skrzywiła się pani Marta. – O pozytywnym myśleniu większość naszych rodaków ma negatywne pojęcie. Patrząc na dobrobyt sąsiada statystyczny rodak myśli: a żeby ci to wszystko cholera wzięła. A potem ukradkiem zaciera ręce z radości, kiedy sąsiada okradną.

   - Zamiast pomyśleć: niech się cieszy tym co ma, a ja zdobędę to co chcę w uczciwy sposób.

   - U nas uczciwość nie jest w cenie – zauważyła zgryźliwie pani Marta.

   - Uczciwość jest synonimem nieudacznictwa, głupoty, braku siły przebicia, braku sprytu i umiejętności radzenia sobie w życiu, nieumiejętności omijania prawa i przerabiania na pieniądze wszystkiego co tylko się da.

   - To dziedzictwo historii…

   - A może wreszcie czas skończyć z tym wiecznym zaczynaniem od początku poprzez przekreślanie tego co było? Dlaczego nie można wyrzucić rzeczy złych zatrzymując dobre? Który gospodarz wyrzuca sprawne jeszcze maszyny nie mając za co kupić nowych? Chyba normalne, że wymienia się najbardziej zużyte, w miarę możliwości oczywiście.

   - Ojej, Wando, i następna wada narodowa. Czy my zawsze musimy politykować? Inne nacje po prostu żyją i cieszą się życiem, a my się mądrzymy, wypowiadamy zdanie, wygłaszamy mowę… Zaczęłam krakać jak stara wrona a ty mi zgodnie wtórujesz. Przecież nie wszyscy są tacy paskudni, inaczej nie przetrzymalibyśmy zaborów ani wojen. Popatrz na Matyldę. Tutaj wyrosła, tu się wychowała i jaka wspaniała z niej dziewczyna. A jej koleżanki i koledzy…

   - Ale jednocześnie pomyśl o bandach młodzieży włóczących się po osiedlach – przerwała kuzynce pani Wanda. – Najczęściej nie uczą się i nie pracuję, wcale nie tylko dlatego, że jest bezrobocie. Posłuchaj ich rozmów, ich słownictwa…

   - Też nie miałabym co robić…

   - Aż się człowiekowi słabo robi. Maluchy w piaskownicy mówią dokładnie takim samym językiem i nie wiem, czy się kiedykolwiek nauczą posługiwać innym. W mieście strach wyjść z domu po zachodzie słońca, a i w biały dzień na środku ulicy możesz dostać w głowę, zostać okradziona i nikt się nawet nie obejrzy, każdy się boi o własną skórę. Czasy rycerzy dawno minęły… Niebezpiecznie jest jechać tramwajem czy autobusem, bo też nikt nie zareaguje gdy wsiądzie kilku młodzieńców zabierając ci wszystko co masz przy sobie. Rozbój w biały dzień.

   - Uspokój się Wando. Wszystkie okresy przejściowe…

   - U nas nie ma innych – wtrąciła pani Wanda.

   - … wszystkie okresy przejściowe – powtórzyła pani Marta i ciągnęła dalej, - charakteryzują się wzrostem przestępczości, upadkiem prawdziwych wartości, tych niezmiennych, ponadczasowych, wiecznych, niekoniecznie zgodnych z prawdziwym obliczem pewnych grup. To jak z Krzyżakami: mieli Boga na ustach, krzyż na płaszczach, w sercach okrucieństwo a mord w oczach. Tak już jest, że czasem wypływają na światło dzienne brudy i nieczystości, które powinny być starte z powierzchni ziemi raz na zawsze. Jakoś to trzeba przetrzymać, cóż, „człowiek jest mocny…”.

   - Zgoda, lecz nie mogę pogodzić się z faktem, że nasze społeczeństwo od wieków popełnia wciąż te same błędy i dlatego wciąż kręcimy się w kółko jak pies za własnym ogonem. W tym czasie inne narody, ani lepsze ani gorsze tylko inne, idą do przodu. Tymczasem my gryziemy się między sobą stojąc na środku drogi i blokując przejście. Toteż nic dziwnego, że co jakiś czas zostajemy wdeptani w ziemię, na własne życzenie zresztą, pozwalając rządzić kołtuństwu, ciemnocie i zacofaniu. Podnosimy się, owszem, ale co z tego? Na otrzepywanie się z kurzu zużywamy całą energię, której inni używają na podążanie do przodu i ułatwianie sobie życia. W naszej  zaś grupie, już po długotrwałym ustawianie się do dalszego marszu, jeśli ktoś nawet przypadkiem oderwie się choć na kilka kroków lub wdrapie na drzewo, aby się rozejrzeć, reszta sfory natychmiast zaprzestaje walki o miejsce w szeregu, przerywa podgryzanie wzajemne, by rzucić się na odszczepieńca, który odważył się być w czymkolwiek inny i rozedrzeć go na strzępy. Przy czym każdy napastnik uważa, że rację ma tylko on i nikt więcej.

   - Koszmarny obraz przedstawiłaś Marto, czarny i ponury, ale jakże odpowiadający prawdzie. On także był przyczyną rozbiorów, z materiałów historycznych nietrudno wysnuć odpowiednie wnioski. A i podczas obserwacji współczesnych wydarzeń wnioski nasuwają się same – zamyśliła się pani Wanda. – Pociechą jest, że życie polega na nieustannych przemianach. Miejmy nadzieję, że na lepsze. Musisz przyznać, że zawsze rodziły się i będą się rodzić jednostki wyrastające ponad przeciętność, pociągające za sobą jakąś grupę ludzi nie tylko w dół ale i w górę. O, właśnie, spójrz na naszą młodą parę - ruchem głowy wskazała okno, przez które widać było Matyldę rozmawiającą z Nickiem. – Oto masz najlepszy przykład. My już przeżyłyśmy dużo, nawet zbyt dużo atrakcji jak na jedno życie. Możemy im pomagać ile sił, ale zasadnicza walka będzie należała do nich, to oni muszą przywrócić wartościom pierwotne znaczenie. Jak to było? „ By prawo mogło prawo znaczyć a sprawiedliwość – sprawiedliwość”. Nigdy nie miałam pamięci do wierszy.

© Anna Blog
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci