Menu

Anna Blog

...takie sobie dyrdymałki...

Wierszydełka, miniatury i takie tam:)

"To tylko działka" - miniatura

annazadroza

   Był okres w moim życiu, kiedy często jeździłam tramwajem linii 33 aż do pętli, wsiadając przy Świerczewskiego. Kiedy tramwaj skręcał z Rakowieckiej w Komarowa zawsze z podziwem patrzyłam na działki. Czekałam na ten fragment trasy, żeby napatrzeć się, nasycić oczy. Był piękny przez wszystkie cztery pory roku. Od wiosny do jesieni przyciągało wzrok szaleństwo zieleni wraz ze wszystkimi barwami  tworzonymi przez naturę i zaklętymi w kwiatach. Panowały tu spokój i radość. Starsi ludzie siedzieli na ławeczkach przed altankami albo pracowali pochyleni, wdychając zapach ziemi zbierali owoce swej pracy. Byli szczęśliwi. Dla wielu z nich było to jedyne szczęście. Zimą na drzewach, krzewach, altankach osiadał miękki, puszysty śnieg i przejeżdżając obok miałam wrażenie, że mijam krainę baśni.

   Nic nie stoi w miejscu, zmieniło się moje życie, zmieniły się nazwy ulic, zmieniła się trasa, jeździłam w inną stronę miasta. Po długim czasie zdarzyło mi się znów jechać poprzednią trasą. Czekałam, by ujrzeć zapamiętaną oazę spokoju i zieleni. Czekałam na próżno. Ujrzałam martwe to, co w mej pamięci dotąd żyło i promieniowało radością.  Połamane drzewa i krzewy, ziemię przerytą buldożerem czy też innym podobnym potworem, szczątki altanek, ławeczek i jakieś bezkształtne przedmioty nie do zidentyfikowania.

   W tym obrazie zniszczenia przykuł mój wzrok starszy człowiek siedzący pod gołym niebem na kanapie. Siedział nieruchomo zapatrzony w dal. Jego twarz miała tak smutny, tak potwornie smutny wyraz jakby patrzył  na umarłą najbliższą sobie istotę, jakby chciał tak zastygnąć na wieki.

  Obok mnie stali w tramwaju dziewczyna z chłopakiem. Dziewczyna również zwróciła uwagę na nieruchomego człowieka. Była widocznie przez naturę obdarzona sporym stopniem wrażliwości, odczuła smutek starszego człowieka i podzieliła się spostrzeżeniem z partnerem. Obejrzał się, wzruszył ramionami.

   - Też coś, przecież to tylko działka – powiedział.

   Dziewczyna umilkła, nie odezwała się więcej, zaduma i mrok pokryły jej ładną twarz.

  Tramwaj dojechał do pętli, wysiadłam ale wciąż miałam przed oczyma starego człowieka, który siedział.

 A.Z.1992

"Wróci?" - miniatura

annazadroza

    W sobotni letni poranek tramwaj, którym codziennie jeździłam do pracy, był prawie pusty. Poza mną siedziały trzy osoby. Jedna  z walizką, więc wyraźnie udająca się w podróż oraz  dwie w tak zwanym wieku produkcyjnym, zaspane i złe, że akurat wypadła robocza sobota, zwana powszechnie pracującą i trzeba było wstawać, podczas gdy reszta rodziny spała w najlepsze. Dzieci nie było jeszcze nigdzie widać, chociaż w tym roku wielu rodzin nie stać na wysłanie ich na wakacje. Spały odreagowując rok szkolny.

   Na przystanku koło Dworca Południowego wsiadła starsza kobieta z równie starszym pieskiem na smyczy. Wyglądał jakby miał tyle lat co opiekunka. Weszła do wagonu, rozejrzała się, przydreptała i usiadła naprzeciw mnie. Przyglądała mi się natarczywie. Usiłowałam skupić uwagę na wszystkim, co się znajdowało za oknem byle tylko nie dotknąć jej wzrokiem. Nie znoszę rozmów z obcymi ludźmi w środkach lokomocji  czy przed gabinetem lekarskim. Są to dla mnie rzadkie chwile ciszy i spokoju, mój czas, możliwość zajrzenia do własnego wnętrza, uporządkowania myśli. Tym razem nie udało mi się. Jej wola nawiązania kontaktu była silniejsza od mojej woli zachowania obojętności.

   Przesunęła ręką po lichych, siwych włosach splecionych w cienki warkoczyk zawinięty w mały koczek z tyłu głowy. Spadł na mnie potok słów nie do zatrzymania. Zresztą, już nie chciałam go zatrzymywać, czułam, że byłoby to podłe i nieludzkie.

   - Jadę do wnuczki przewietrzyć mieszkanie. Kwiatki uschły to wyrzuciłam. Nie mogłam jeździć często, bo chorowałam, to uschły. Z Perełką, z tą suczką – wskazała na psinkę -  wychodziła sąsiadka, ale nie mogłam jej przecież dać kluczy do mieszkania małej, prawda? – szukała potwierdzenia w moich oczach. – No to kwiatki uschły. Ja lubię sobie porozmawiać z taką miłą panią – uśmiechnęła się do mnie. – Nie mam do kogo gęby otworzyć, tylko do Perełki gadam. Czasem wychodzimy razem na przystanek. Usiądę sobie na ławeczce pod daszkiem i popatrzę na ludzi. Takie teraz różne cudaki chodzą po ulicy. Wszystkim się gdzieś spieszy, nikt się nie zatrzyma, żeby porozmawiać ze starą kobietą. Nie przeszkadzam pani?

   - Nie, skądże znowu – odparłam wczuwając się całą duszą w jej samotność dzieloną z Perełką, jedyną bliską istotą.

   - To dobrze. Bo nieraz wydaje mi się, że kobieta miła i do niej zagadam, a ta na mnie spojrzy jak na żmiję. Od razu się smutno człowiekowi robi. Pani jest dobra, to ja pani zdrowia i długiego życia z serca życzę, będę się za panią modlić. Za wszystkich się modlę.  Za męża, nieboszczyka mojego, co go Niemcy do obozu wzięli i zatracili. A ja wtedy z maleńką dzieciną sama zostałam. Pan Bóg dopomógł, córkę wychowałam, wykształciłam, za mąż wydałam. Ale to ostatnie źle poszło. Zięć rozpił się, rozeszła się z nim córka, sama wnuczkę chowała. Jak ja ją. Ale ja jestem silna, sprzed pierwszej wojny jeszcze, to poradziłam. Ona biedna była, chudziutka, chorowita i ambitna taka, że jak się teraz wszystko poprzeinaczało i kobiety z pracy pozwalniali, to jej serce nie wytrzymało. A taka dobra była dziewczynka, nigdy nic złego ludziom nie zrobiła, zawsze cicha i spokojna, dlatego umarła.  Żeby jaka lafirynda to by we wszystkie dostatki opływała. Dlaczego tak jest?

   Patrzyła na mnie załzawionymi oczyma, które dawno temu musiały mieć kolor lazurowego nieba.

   - Została mi wnusia do chowania. Już dowód ma, szkołę skończyła. Pojechała do Niemiec szukać pracy. Tłumaczyłam, że to wstyd dla Polki, jakby już u nas nie było co robić. Ale się ze mnie śmiała. Mówiłam: dziecko, twojego dziadka hitlery zatraciły a ty dobrowolnie do nich na roboty jedziesz? Powiedziała, że teraz są inne czasy a ja żyję przeszłością. I, że w Polsce to wszyscy tak babrzą się w tej przeszłości zamiast iść do przodu. A nie widzą dalej jak czubek własnego nosa.

   - Hm, coś w tym jest – mruknęłam.

   - Pisała, że znalazła pracę i że jej dobrze. Jak zarobi to weźmie mnie do siebie. Ale jak to: do siebie? Jakże ja bym miała własny kraj opuszczać? Młodzi mają pstro w głowie to mogą pleść androny. Ale ja stara jestem, nie ruszę się stąd. Czekam na nią, płacę z renty za mieszkanie. Przecież nie może tam zostać na zawsze. Wróci, prawda?

   Coś mnie ścisnęło za gardło, więc tylko kiwnęłam głową.

   - Dziękuję pani bardzo za rozmowę. Chodź, Perełka, wysiadamy.  Jak pani myśli? Na pewno wróci, prawda, bo jakżeby nie?

   Ze starą Perełką na smyczy podreptała do wyjścia, na przystanku pogłaskała suczkę po głowie. Tramwaj ruszył i zniknęły mi z oczu.

A.Z.1992

"Krystyna" - ponura miniatura:(

annazadroza

Świat wokół zmienia się niczym obrazki w kalejdoskopie. Drobiazg potrafi zmienić życie, zniszczyć je albo uratować. Na przykład pismo znalezione w skrzynce na listy zawierające wiadomości różne od spodziewanych. I mrok osiada mimo środka dnia, mimo jasności za oknem w duszy panuje ciemność. Bez żadnego światełka, bez jednej myśli ukazującej możliwość wyjścia z sytuacji... W związku z tym ponura miniatura dziś (napisana bardzo dawno temu).

 

                                                             KRYSTYNA

   Lekki lipcowy wiatr niósł powiew chłodu i świeżości od Wisły w stronę Starego Miasta. Na środku Rynku stała barwna, hałaśliwa grupa ludzi oglądająca kolorowe kamieniczki. Po jakimś czasie zrobiło się pusto i cicho, turyści przemieścili się dalej, łączyli się z innymi grupami, wypełniali wąskie uliczki gwarem, zalewali je potokiem śmiechu, młodą radością życia ożywiali stare mury.

   Wśród opalonych, rozradowanych wakacyjną beztroską twarzy wyróżniała się twarz Krystyny. To znaczy wyróżniałaby się gdyby ktokolwiek zadał sobie trud dokładniejszego przyjrzenia się ludzkim twarzom. Zobaczyłby wtedy załzawione oczy, drżące usta, napięte do ostatnich granic wszystkie mięśnie. Nie umknąłby uwadze obserwatora wyraz cierpienia bijący z całej postaci. Nikt jednak na nią nie patrzył, ginęła w tłumie. Potrącana i popychana przez przechodniów nie reagowała, zdawała się tego nie zauważać, nie zwracać na nic uwagi zatopiona we własnych myślach.

   Wytarła palcem policzki. Pod kącikami oczu sączące się łzy wyżłobiły bolesną bruzdę. Na kobietę wpadła  roześmiana para, chłopak i dziewczyna trzymający się za ręce. Popatrzyli w jej smutną twarz, umilkli na moment i czym prędzej się oddalili, by nie zapamiętać wyrazu patrzących za nimi oczu.

  Do świadomości Krystyny dotarł hałas i codzienny zgiełk żyjącego miasta. Ruszyła w stronę Placu Zamkowego.

   Powinna pójść do domu. Po co? Do kogo? Dopóki dzieci były małe – musiała. Teraz mają swoje własne życie, wyjechały, nie wrócą. Już jej nie potrzebują. Nikt jej nie potrzebuje. Matka zmarła dwa lata temu. W ostatniej woli bardzo dobitnie dała do zrozumienia, że jej, Krystyny, nigdy nie znosiła, traktowała jak uciążliwą, zbyteczną kulę u nogi, z zupełną obojętnością nie myśląc o dalszym losie córki. Pies zakończył życie ze starości, kotka umarła na raka. Ukochany mężczyzna odtrącił ją, wymienił na młodszy model, wbił w serce sztylet, zimnymi, okrutnymi słowami sprawił ból nie pozwalający dalej żyć. Razem z ostatnią pensją dostała do ręki kartę obiegową. Została bez pracy, bez środków do życia. Do jakiego życia? Po co jej albo komukolwiek takie życie?

   Szła. Nie należała do grona ludzi poruszających się wokół. Nie była z nimi związana, nic do nich nie czuła. Czaszkę od środka rozsadzał tępy ból przypominający uderzanie wielkim i ciężkim młotem .

   Ocknęła się na moście. Stanęła i patrzyła w dół na Wisłę w wiecznym będącą ruchu. To  skłębioną i wirującą, to spokojnie i leniwie toczącą swe wody. Jak pięknie, zachwyciła się. Tam w środku musi być spokój i pewność. Spokój – bo wszystkie nieszczęścia zatrzymują się na powierzchni wody, nie mają dostępu do głębin. Pewność – bo wody płyną i będą płynąć wiek po wieku do końca świata.

   Stała nieruchomo zapatrzona w toń, rękami ściskając rozpaloną głowę. Gdzie znajdzie pracę? Skończyła dawno czterdzieści lat. Co ze sobą zrobi? Co zrobić z latami, które przeminęły zabierając ze sobą najbliższych  ludzi? Co zrobić, gdy serce nie ma cienia nadziei? Gdy zranione serce nie ma chęci żyć?

   Krystyna nie zauważyła, że szedł za nią jakiś człowiek. Zwyczajny kieszonkowiec uwijający się w tłumie zwiedzających, zbierający obfity plon w ciepły, wakacyjny dzień. Z doświadczenia wiedział, iż najlepszymi obiektami polowania są osoby zamyślone, roztargnione. Szedł więc za Krystyną wpatrzony w jej torebkę, pozornie spokojny, beztroski, elegancki.

   Na moście nie było nikogo poza dwojgiem ludzi. Krystyna stała nie poruszając się, wpatrzona w wody Wisły i swoje czarne myśli. Mężczyzna zbliżał się do niej tanecznym niemal krokiem. Postanowił wyrwać torebkę samotnej kobiecie i zniknąć.

   Zrównał się ze stojącą. Sięgnął ręką po zdobycz. Ujrzał rozszerzone źrenice, oczy przepełnione wszechbólem istnienia. Ręka mu zadrżała. Krystyna nie spuszczając z niego wzroku zdjęła pasek z ramienia. Wyciągnęła w jego stronę rękę z torebką, blady uśmiech na chwilę wykrzywił jej usta.

   Złodziej zadrżał, jakby drżenie ręki przeniosło się na całe jego ciało. Ze zdławionym okrzykiem skoczył w kierunku kobiety. Zdążył uchwycić kawałek sukienki. Rozległ się trzask rozdzieranego materiału. Brązowy kawałek pozostał mu w ręce.

   Krystyna niczym jaskółka szybowała przez chwilę, podążała tam, gdzie chciała znaleźć spokój. Na moście zakwitła kolorowymi, letnimi ubraniami kolejna grupa roześmianych ludzi przechodzących w stronę Zoo.

"Czekolandia" - raczej dla pełnoletnich:)

annazadroza

W związku z przepisem na czekoladę dawne wierszydełko mi się przypomniało. I je znalazłam! Dużo dyrdymałek przepadło na amen, nie wiem gdzie i kiedy, cóż, widać - nie były godne przechowania ich.

Czekolandia to dziwny kraj.
Gdy tort się na stole pojawi
i wejdziesz w sam środeczek tortu -
wnet przed oczami ci się zjawi.

Zamiast liści - lody tam rosną,
zaś zamiast kwiatów - czekolada.
A co przychodzi z każdą wiosną?
Deszcz, co szampanem z nieba pada.

Słodko pachnie w krąg wanilia,
chmury są marcepanowe.
Niepotrzebne tam tekstylia,
ni to ładne, ni to zdrowe.

My chodzimy tu w odzieniu
utkanym z cukrowej waty.
Jest tak słodko, że nie trzeba
nawet cukru do herbaty.

Gdy bąbelki szampanowe
cukier spłuczą z twego ciała,
w rurkę z kremem cię ubiorę
jeśli tylko będę chciała.

Albo - w szatę bieluteńką
i puszystą - śmietanową,
albo w płynną czekoladę,
albo w masę kakaową.

W czym byś nie był, skarbie drogi,
zawsze będziesz jak cukierek,
a najbardziej jesteś słodki,
kiedy zrzucisz już papierek...
3.06.2004

 

"Żebrak"

annazadroza

    Helena wysiadła z autobusu przy Madalińskiego. Szła ulicą Puławską. Od wielu dni  mijała siedzącego na ziemi człowieka. Był bez nogi. Z kikutem obwiązanym brudną szmatą - żebrał. Starała się na niego nie patrzeć, nawet nie dotknąć wzrokiem. Widok był dla niej zbyt straszny, zbyt przerażający. Nie zdążyła się jeszcze przyzwyczaić do podobnych scen. Wolała nie przyjmować do wiadomości faktu ich istnienia, nie stykać się z nimi.

   Jednak musiała przejść obok żebraka. Wtedy nawet w skwarny letni dzień słońce gdzieś znikało, ziemię i jej serce spowijał mrok, krew ścinała się w żyłach. Sporo czasu upływało zanim wyrzuciła mrok z serca a obraz z pamięci, w którą wbijał się wbrew jej woli. Było tak za każdym razem.

   Nigdy nie odważyła się włożyć ani grosza do miseczki stojącej obok żebraka. Byłoby to zaakceptowanie stanu rzeczy, uznanie jego istnienia, oddanie cząstki siebie, cząstki własnej duszy.

   Pewnego dnia jak zwykle usiłowała prześliznąć się niepostrzeżenie obok bramy, przy której żebrak siedział. Naprzeciw niej biegła do autobusu zasapana, otyła kobieta. Helena opanowana przez dręczące ją dzień w dzień myśli, pogrążona w wewnętrznym mroku nie zauważyła kobiety. Zachwiała się uderzona z dużą siłą, padła na kolana tuż obok żebraka. Klęczała i widziała przed sobą szklane, pozbawione wyrazu i koloru oczy. Drżącymi rękami wyjęła z torebki portfel i wszystkie pieniądze jakie miała włożyła do miseczki.

   Nie pamiętała jak i kiedy oddaliła się z tego miejsca.

   Następnego dnia postanowiła nie odwracać wzroku lecz sprawdzić, czy szklane oczy - prześladujące ją od  wczoraj bezustannie - wciąż są bez wyrazu.

   Miejsce przy bramie było puste. Z bramy wyszedł dozorca z miotłą i zamiatał chodnik. Spytała o żebraka.

   - Żebrak? Co też pani! Pod moim domem? A w życiu, coś się pani przywidziało.

   Odwrócił się od Heleny, wzruszył ramionami i zamiatał dalej.

                                               

© Anna Blog
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci