Menu

Anna Blog

...takie sobie dyrdymałki...

Tajemnica Adasia

"Tajemnica Adasia"5 / koniec

annazadroza

Po chwili Adaś otworzył oczy. Przeraził się zobaczywszy obydwie mamy.

- Nie bój się – powiedziała Klarusia. - Przecież mówiłam, że nasza mama to Czarodziejka.

- Synku, naprawdę nie masz powodu do obaw. Wiem już o co chodzi, ale zapewniam cię, że źle nas zrozumiałeś. Wiesz kochanie, że to Bacuś przyprowadził nas do ciebie? Właściwie to on uratował ci życie. Jest bohaterem i pójdzie z nami.

- Naprawdę? - Adaś z niedowierzaniem spojrzał na mamę, która miała mokre oczy... - Chciałem z nim uciec do lasu, żebyśmy byli razem...

- Oczywiście Adasiu, że pójdzie z nami – mama Czarodziejka uśmiechnęła się do dziecka. - Pójdzie z nami. Naprawdę. I zostanie u nas dopóki nie poczujesz się na tyle dobrze, żebyś mógł się sam nim opiekować, a moje bliźniaki chętnie ci pomogą... - ukradkiem wytarła łzy płynące po policzkach.

- Długo to będzie trwało? - zapytał Adaś słabym jeszcze głosem, ale buzia już nabierała kolorów.

- Niedługo – odpowiedziała mama Marysia. - Właśnie szukałam cię synku, żeby ci przekazać dobrą wiadomość. O mały włos a nie zdążyłabym … gdyby nie Bacuś...

Bacuś siedział obok Adasia, różowym językiem lizał go po rączkach a chłopiec tulił się do niego.

- Adasiu, teraz musimy wrócić do domów. Zabieramy Bacusia, wykąpiemy go a jutro zaprowadzimy do weterynarza do kontroli. Potem będziesz mógł się do niego przytulać bez przerwy. Zgoda? A teraz dokończ Marysiu, co to za dobra wiadomość.

- Otóż chodzi o pompę insulinowa i glukometr. Właśnie odebrałam telefon w tej sprawie. Będzie je miał. To wspaniałe! Będzie mógł zawsze je mieć przy sobie gdziekolwiek się uda. Glukometr mierzy cukier, pompa analizuje pomiar, podaje insulinę a czas podawania jest ustawiony automatycznie. Nie będzie już narażony na takie okropne ataki.

-To znaczy, że choroba już go nie będzie napadała? - dopytywał się Antoś.

-Z pewnością nie będzie tak bardzo dokuczliwa – odpowiedziała mama Agatka-Carodziejka.

Mama Marysia wzięła synka na ręce. Objął ją raczkami za szyję i przymknął oczy. Obok szła mama Agatka z bliźniakami trzymającymi ręce na karku Bacusia. Tak pojawili się w osiedlowej uliczce. Z przeciwka szybkim krokiem szli obaj tatusiowie zaniepokojeni otwartymi drzwiami pustych domów. Jedyną żywą istotą była Misia, która zeszła z gałęzi na widok taty Michała i próbowała coś powiedzieć po swojemu, ale nie zrozumiał. Obaj wybiegli równocześnie przed domy i wtedy właśnie ukazał się ich oczom wspomniany pochód. Spojrzeli na siebie pełni złych przeczuć i ruszyli w stronę rodziny.

- Co się stało? - tata Wojtek pierwszy dobiegł do żony niosącej Adasia.

- Już wszystko dobrze – uspokoiła go mama Marysia.

- Daj, wezmę go, przecież tobie nie wolno dźwigać – wyciągnął ręce po dziecko.

Adaś mocniej przytulił się do mamy.

- Synku, lekarz nie pozwolił mamie nosić nic ciężkiego, a ty trochę ważysz – powiedział.

- Nie chcę, bo ty nie chcesz mieć kłopotów ze mną i z psem – szepnął Adaś. - Sam słyszałem.

- Musiałeś coś źle zrozumieć. Zaraz o tym porozmawiamy, ale najpierw wezmę cię od mamy, ona już nie ma siły. Zgoda?

Adaś nie odpowiedział, ale pozwolił się wziąć na ręce tatusiowi, który zaczął dziwnie szybko mrugać powiekami...

Mama Marysia zachwiała się, jakby razem z dzieckiem została od niej zabrana cała siła życiowa. Rodzice bliźniaków podtrzymali ją z obu stron. Dobrze, że ich domki stały w ostatnim rzędzie, bo do drzwi zostało dosłownie kilka kroków.

-Wejdźcie do nas na chwilę, wszyscy – poprosiła mama Marysia. - U was jeszcze przeprowadzkowy rozgardiasz a u nas już jest gdzie usiąść.

Weszli do saloniku na parterze. Adasiowi wróciły kolory na policzki, bardzo blada była natomiast jego mama. Usiedli. Bacuś zatrzymał się przed drzwiami. Rozglądał się czujnie, przygotowany do ucieczki.

-Wejdź piesku – powiedziała mama Marysia, - ty jesteś bohaterem dnia.

Klarusia i Antoś stanęli po obu stronach psa i weszli do środka trzymając ręce na jego karku, wszak bliźniaki nie muszą porozumiewać się słowami, żeby wiedzieć co robić.

- A więc tatusiu? - Adaś, już z fotela - spojrzał pytająco na ojca.

Tata Wojtek odwrócił wzrok w stronę żony, która skinęła głową i rzekł.

- Nie wiem co usłyszałeś. Chcieliśmy wspólnie z mamą powiedzieć ci, że będziesz miał siostrzyczkę. Ale zanim to się stanie mama musi bardzo dużo odpoczywać, nie wolno jej się przemęczać, powinna leżeć jak najwięcej, żeby nie nadwyrężać sił. W takiej sytuacji szczeniak w domu to zbyt duży problem.

- Ale Bacuś nie jest szczeniakiem! - krzyknął Adaś.

- A czy ty nam powiedziałeś o Bacusiu? Zrobiłeś awanturę o pieska, więc myśleliśmy, że chcesz szczeniaka. My też chcieliśmy psa, zawsze chcieliśmy, szczególnie teraz, kiedy już mamy domek z ogródkiem, ale nie w tej chwili.

- A kiedy? - dopytywał się chłopczyk.

- Kiedy mama będzie się już dobrze czuła i ty też. Ty, synku, musisz teraz pomagać mamie. Przecież wiesz, że przestała chodzić do pracy ze względu na zdrowie. Ty wkrótce będziesz miał swoją pompę insulinową i glukometr, co zdecydowanie ułatwi ci codzienne życie i będziesz w domu jedynym mężczyzną, podczas gdy ja muszę zarabiać na naszą rodzinę i prawie cały dzień spędzam w pracy. Rozumiesz?

- To znaczy, że nie byłeś zły na Bacusia?

- Dziecko, przecież ja o Bacusiu nic nie wiedziałem! On jest dorosłym psem i, jak widać, bardzo mądrym. Uratował ci życie i przez to stał się członkiem rodziny. Tak?

- Kochani, znowu się wzruszyłam – mama Agatka-Czarodziejka wycierała oczy. - Czyli wszystko się wyjaśniło? Gratuluję wam i cieszę się ogromnie.

- Agatko, dziękuję ci – mama Marysia serdecznie uściskała nowa przyjaciółkę. - Za pomoc w sprawie pompy insulinowej i glukometru. Dzięki temu i ja odetchnę, uspokoję się i urodzę zdrową córeczkę. Na dodatek nasze dzieci się zaprzyjaźniły, no i my też...

- Mamo, a co to jest cukrowa choroba, ta, co napada Adasia? - szarpał Antoś mamę za rękę.

- Pozwól Antosiu, że ja ci odpowiem - mama Marysia uśmiechnęła się do chłopca. - Zdążyłam się już dobrze zapoznać z tym problemem Mówiąc w skrócie polega ona na zaburzeniu przemiany materii a wywołuje ją niedobór insuliny, hormonu produkowanego przez trzustkę.

-To ja już wiem – zawołała Klara. - To jest ta sama choroba, którą ma mała Julka od mamusi koleżanki z pracy. Trzeba jej robić zastrzyki z tej...in...in...

- Insuliny – podpowiedział tatuś.

- No właśnie, insuliny – podchwyciła dziewczynka.

- Wiecie co? Ważne, że dobre jest wszystko co się dobrze kończy – skwitowała mama Agatka . - A na dodatek Bacuś zyskał i imię i dom – wskazała na pieska, który szczeknął potakująco.

- Na razie zabierzemy go do siebie – uśmiechnął się tata Michał.

- Tak, jutro pójdę z nim do weterynarza. Mam całe trzy tygodnie urlopu na uporanie się z porządkami w nowym domu, więc zdążę wszystko załatwić – powiedziała mama Agatka.

- Dobrze, a nasi mężowie niech zrobią furtkę w płocie, żeby dzieci i pies mogły się odwiedzać bez wychodzenia na uliczkę. - dodała mama Marysia.

Kiedy zapadła noc księżyc wyszedł na spacer po niebie i przechadzał się zaglądając do ludzkich snów. Zatrzymał się dłużej nad dwoma domkami przy ulicy Bajkowej. Patrzył na dwie rodziny ze wspólnym psem i uśmiechał się, bo widział, że śpią tam bardzo szczęśliwe dzieci.

 

"Tajemnica Adasia"4

annazadroza

Wrócili do domu, w którym przecież tyle było do zrobienia w pierwszym dniu po przeprowadzce. Tylko Misia odmówiła współpracy i wdrapawszy się na najwyższą gałąź dzikiego czarnego bzu, patrzyła z góry na ludzką krzątaninę.

Późnym popołudniem zadźwięczał dzwonek u drzwi. Zaniepokojona nieobecnością dziecka pani Marysia przyszła z pytaniem, czy nie ma u nich jej synka. Nie było go ani w domu, ani w ogródku jakby się zapadł pod ziemię. Pomyślała, że może bawi się z bliźniakami.

- Niestety, nie ma go u nas – powiedziała mamusia Agatka. - Dzieci, nie wiecie gdzie może być Adaś?

Bliźniaki spojrzały na siebie porozumiewawczo i bez słowa pomknęły pod płot, w miejsce, w którym zostawiły jedzenie dla psa. Zniknęło.

 - Może poszedł do Bacusia, w tamte krzaki? - poddała myśl Klara.

Cofnęli się, wyszli poza ogrodzenie osiedla tylną furtką. Dzieciaki przodem, mamy za nimi między krzaki, gdzie wieczorem grasował łaciaty „duch”. Ów duch nagle wyskoczył z krzaków ze szczekaniem. Pani Marysia cofnęła się przestraszona.

-Cicho, - uspokoiła ją mama Czarodziejka, która będąc małą dziewczynką miała kilka psów w domu swoich rodziców, - nie bój się. On woła, żebyśmy za nim poszli.

Bacuś najwyraźniej to właśnie chciał powiedzieć.

- Hau, hau, chodźcie za mną, jesteście potrzebni, szybko!

Przedzierał się pewnie przez gąszcz, znając doskonale wszystkie przejścia. Rodzeństwo za nim. Obie mamy w pewnej odległości, bo trudniej im było przedzierać się przez zarośla niż małym dzieciakom. Przyspieszyły kroku nie zważając na zadrapania usłyszawszy gwałtowne szczekanie psa i krzyki dzieci.

- Adaś, Adam! Co ci jest? Obudź się!

Adaś nieruchomo leżał na ziemi. Nad nim stał Bacuś liżąc go po rączkach jakby mówił:

- Hau, hau już tu jestem, możesz się obudzić! Przyprowadziłem pomoc!

Adaś się poruszył.

Mama Marysia uklękła przy dzecku. Uniosła mu główkę, przytknęła do ust butelkę z colą. Wiedziała, że słodki napój szybko podnosi poziom cukru, miała go zawsze przy sobie, gdy była z synkiem.

 

 

"Tajemnica Adasia"3

annazadroza

 

Po wielu dodatkowych pytaniach pani Agatka wydobyła z dzieci wystarczająco dużo informacji, żeby ogarnąć całą sytuację .

- Myślę, że Adaś błędnie zinterpretował wypowiedź swojego taty – stwierdziła. - Usłyszał zapewne tylko fragment i widzicie co z tego wyszło? Nie należy podsłuchiwać. Po pierwsze to nieładnie a po drugie przynosi same kłopoty. Na razie umyjcie ręce i siadajcie do stołu. Potem dam wam jedzenie dla psa. Przyrzeknijcie, że będziecie go karmić tylko przez siatkę. Ja w tej chwili nie mam czasu się nim zająć. Później porozmawiam z Bacusiem i z tatusiem oczywiście też. Zgoda?

 - Tak! - ucieszyły się bliźniaki. - Przyrzekamy!

- Mamusiu, przepraszam, że się tak głupio zachowałem naśladując Adasia. Ja nie wiedziałem, że go choroba napada – ze spuszczoną głowa tłumaczył Antoś.

- Myślę, kochanie, że gdybyś wiedział, na pewno nie zrobiłbyś tego. Jestem przekonana, że moje dzieci nigdy w życiu nie będą się wyśmiewały z nikogo dlatego tylko, że jest chory, czy słaby, czy inaczej wygląda. Nie mylę się, prawda?

-Tak mamusiu, ale ja nie wiedziałem, że Adaś jest chory, bo chory leży w łóżku i ma gorączkę a nie bije się po głowie i rzuca kamieniami.

- Ty, synku, jeszcze mało wiesz, ale cieszę się, że się uczysz – uśmiechnęła się mamusia. – Tymczasem jedzcie, bo wystygnie i będzie niesmaczne.

Mama Agatka mocno przytuliła swoja dwójkę, ucałowała serdecznie dziecięce główki i lekko popchnęła w stronę stołu. Pomyślała, że powinna porozmawiać z sąsiadami. Poznała ich już w trakcie trwania budowy. Wydali jej się sympatycznymi ludźmi. Mama Adasia miała na imię Marysia, tata Wojtek. Oboje z miłością i troską mówili o swoim synku. Może coś umknęło ich uwadze? Czasem bywa, że osobie z zewnątrz łatwiej jest zauważyć pewne sprawy niż tym, których bezpośrednio dotyczą.

Bliźniaki jadły obiad ze smakiem. Mamusia na pewno coś wymyśli, przecież jest Czarodziejką. Tatuś tak mówi. Tylko Czarodziejka może sprawić, że kiedy zmęczony wraca z pracy to za sprawą czarów zmęczenie ucieka i jest mu wtedy dobrze i wesoło.

Czarodziejka tymczasem zobaczyła w uliczce mamę Adasia.

- Marysiu! - zawołała wychylając się przez okno. - Poczekaj, chciałam się ciebie o coś zapytać.

Wyszła przed dom i dzieci widziały, że obie mamy rozmawiały uśmiechając się do siebie. Nie słyszały jednak ani słowa chociaż się starały. A mama wróciła i udając, że nie widzi pytających, zaciekawionych spojrzeń, przygotowała jedzenie dla psa.

- Skończyliście? Idźcie więc nakarmić Bacusia – powiedziała. - Tylko przez siatkę, pamiętajcie!

Patrząc na swoje pociechy pomyślała, ze ma dużo szczęścia bo w dzisiejszych czasach zupełnie zdrowe dzieci to naprawdę rzadkość. Nigdy oczywiście nie wiadomo kiedy i jakie geny po przodkach z najdalszej przeszłości mogą się odezwać. Na razie siedziały cicho i nie ujawniały się i oby tak pozostało. Dlatego z troską myślała o Adasiu i o tym, o czym powiedziała przed chwilą jego mama, a mianowicie o chorobie dziecka. Pani Agatka zetknęła się już z cukrzycą gdy okazało się, że córeczka jej przyjaciółki zachorowała w wieku pięciu lat. Od niej też wiedziała, że jest to choroba bardzo uciążliwa, ale – po dokładnym zapoznaniu się z jej przyczyną, przebiegiem, sposobem leczenia – jest „ do oswojenia”. Takie oswojenie polega na mierzeniu poziomu cukru i nie dopuszczeniu do jego zbyt wysokiego poziomu oraz podnoszeniu, jeśli nastąpił spadek. Żeby uniknąć drastycznych skoków i odchyleń od normy trzeba stosować odpowiednią dietę, prowadzić kontrole moczu sprawdzając obecność cukru i acetonu. Wiedziała, że rodziców zaniepokoić powinno nadmierne pragnienie u dziecka i nagle pojawiające się moczenie nocne. Może temu towarzyszyć swędzenie skóry, która staje się bardzo sucha. Jeśli na tym etapie zlekceważy się chorobę, może dojść do śpiączki będącej stanem niebezpiecznym dla życia. Wtedy bez natychmiastowej pomocy lekarskiej może dojść do tragedii.

Dzieci tymczasem dobiegły do ogrodzenia. W krzakach nie poruszyła się ani jedna gałązka, nic nie zaszeleściło, nie drgnęło.

- Bacuś, Bacuś, piesku, chodź, mamy dla ciebie jedzonko – wołały.

Nic. Cisza. Żadnej reakcji.

- Może on się nas boi, bo nas jeszcze nie zna?- wpadło Klarusi do głowy. - Adaś! Adam! Adasiu, przyjdź tutaj! Hej, jesteś tam?

Po dłuższej chwili dołączył do nich Adaś w swoim ogródku.

- Wołamy go, ale nie chce do nas przyjść – wyjaśnił Antoś. - Mamy dla niego jedzenie od naszej mamusi.

- Powiedzieliście o Bacusiu waszej mamie?! - przestraszył się chłopiec. - Jak mogliście?

- Nie bój się – spokojnie powiedziała Klara. - Nasza mama jest Czarodziejką, więc wszystko będzie dobrze, już ona się o to postara. Rozmawiała z twoja mamą...

- Z moją mamą?! - krzyknął Adaś z rozpaczą w głosie. - A ja wam zaufałem! Zdradziliście i mnie i jego! Teraz zrobią mu krzywdę! Przez was!

Adaś pobiegł w drugi kąt ogródka.

- Ojejku, znowu go choroba napadła – jęknął Antoś. - Co zrobimy?

- Wysypiemy za siatką żarełko dla pieska i poczekamy aż tatuś przyjdzie z pracy i mamusia z nim porozmawia - stwierdziła Klarusia.

"Tajemnica Adasia"2

annazadroza

Rano, zaraz po śniadaniu, tatuś zawiózł babcię Izę do pracy, sam pojechał do swojej a mamusia układała coś w kredensie koło kominka. Misia stanęła na schodkach prowadzących z tarasu do ogródka zdziwiona przestrzenią, jaka ukazała się jej kocim oczom. Dzieci wyszły zaraz za kotką uważnie obserwując krzaki za ogrodzeniem. Był spokój, nic się nie działo. Antoś zauważył chłopca, który wczoraj rzucał w nich kamieniami. Siedział na schodkach swojego tarasu. Zobaczył ich. Wyraz złości pojawił się na jego buzi. Wykrzywił się i wysunął język na całą długość w stronę rodzeństwa.

- Krowa ma dłuższy i się nie chwali – skwitował Antek.

Dzielił ich tylko płot z siatki. Z bliska zobaczyli, że jest dużo mniejszy od nich, drobny, szczupły i bardzo blady, chociaż od dwóch tygodni wciąż świeciło słońce. Bliźnięta uważały się za poważną młodzież, przecież właśnie ukończyły pierwszą klasę. Po wakacjach nie będą już najmłodsze w szkole a to do czegoś zobowiązuje.

-Ty, mały, nie gorączkuj się – spojrzał Antek z góry na sąsiada.

Chłopczyk zaczął coś wykrzykiwać.

-Czemu się tak drzesz? Nie możesz normalnie powiedzieć o co ci chodzi? My tu mieszkamy od wczoraj a ty? – Klara próbowała nawiązać kontakt i jakoś rozładować sytuację, nie lubiła konfliktów.

Z okna sąsiedniego domu dało się słyszeć wołanie.

- Adasiu, przyjdź do mnie syneczku!

Chłopczyk odwrócił się do nich tyłem, postał chwilę, po czym wrócił na miejsce, w którym poprzednio siedział, czyli na schody tarasu i łapczywie pił wodę mineralną wprost ze stojącej tam butelki ignorując wołanie mamy. Po chwili mama stanęła koło Adasia.

- Synku, co się dzieje? Źle się czujesz?

Próbowała chłopca przytulić ale wyrwał się i uciekł w kąt ogródka. Zanim mama do niego podeszła uderzył się pięścią w głowę. Zaskoczone dziwnym zachowaniem Adasia rodzeństwo stało bez ruchu wpatrzone w scenę rozgrywającą się za płotem. Mama chwyciła chłopca za szczupłą rączkę

- Adasiu, mam twoją ulubioną czekoladkę, proszę, zjedz koniecznie kawałek – podała dziecku rozpakowany po drodze przysmak.

Po chwili chłopiec zaczął się uspokajać.

- Żeby tak nasza mamusia biegała za nami z czekoladą – rozmarzył się Antoś. - Może trzeba się zachowywać jak ten cały Adaś?

-Coś ty! Mamusi byłoby przykro – dojrzale zauważyła Klarusia.

Mina Antosia świadczyła, że nie został przez siostrę przekonany i przy najbliższej okazji postara się wypróbować zaobserwowany właśnie sposób zdobycia dodatkowej porcji słodyczy.

Czas do obiadu minął na układaniu przez każde z dzieci swoich rzeczy w pokojach. U Klarusi książki stanęły równiutko na półeczkach, lalki obok lalek, maskotki razem na komódce, żeby się mogły bawić same ze sobą kiedy właścicielki nie ma w pokoju. Na tapczanie rozłożył się olbrzymi Bacuś, pies bernardyn, maskotka – gigant przywieziona przez babcię ze Szczawnicy.

Z pokoju Antosia słychać było stukanie, szuranie i jakieś łomoty. Klara nie zwracała na to uwagi wiedząc, że brat bawi się w majsterkowicza przybijając gwoździe do deski przyniesionej zza płotu. Cóż, każdy ma inne upodobania.

Kątem oka Klara zobaczyła jakiś ruch w ogródku Adasia. Zbliżyła się do okna i stanęła tak, aby lepiej mogła widzieć sama nie będą widoczną. Malec rozejrzał się i upewniony, że nikogo nie ma w pobliżu, podkradł się do ogrodzenia graniczącego z krzakami, w których wieczorem coś szeleściło. Dziewczynka zamarła z wrażenia. Z gęstwiny wychylił łeb piesek, czujnie się rozejrzał, po czym pomalutku podszedł do Adasia. Był biały w brązowe łatki, wyglądał zupełnie jak jej Bacuś, góralska maskotka! Adaś dał mu coś do zjedzenia, piesek szybko przełknął, machnął ogonem i polizał chłopca po ręce.

Tymczasem Antek rzucił narzędzia z hukiem na podłogę i z krzykiem zbiegł po schodach do kuchni.

- Ja chcę czekoladę! Jestem głodny!

- Antku, co to za krzyki? - spojrzała mamusia. - Obiad będzie niedługo a słodycze dostaniesz na deser po obiedzie.

- Ale ja chcę teraz – wrzeszczał Antoś i uderzył się piąstką w głowę jak Adaś.

- O, to coś nowego – mamusia podeszła, mocno chwyciła synka za rękę. - W tej chwili proszę iść do swojego pokoju i uspokoić się. Masz tam zostać dopóki cię nie poproszę na obiad albo zapomnij o deserze.

Nie udało mu się wyrwać z żelaznego uścisku drobnej, delikatnej mamy Agatki. Pomyślał o niej z uznaniem, a w ogóle zrobiło mu się głupio. Poszedł na górę. Tam siostra zbeształa go za nierozsądne zachowanie. Wyjrzała przez okno i zobaczyła bardzo smutnego Adasia siedzącego nieruchomo, zapatrzonego w miejsce, na którym przedtem siedział piesek nazwany przez nią Bacusiem.

- Przez twoje durne wrzaski Bacuś zniknął, wystraszyłeś go – skarciła brata.

Antek spojrzał na maskotkę leżącą na tapczanie siostry.

- Przecież leży – wzruszył ramionami nie rozumiejąc o co siostrze chodzi.

- Och, ci chłopcy – machnęła ręką i pobiegła do ogródka.

Stanęła obok Adasia po swojej stronie płotu. Nie spojrzał na nią ale cicho zaczął mówić.

- Nie ma go. Boi się hałasu. Musiał się schować, żeby mu ktoś nie zrobił krzywdy. Ale ja go znajdę, ucieknę z nim, nikt nas nie znajdzie i będziemy zawsze razem.

Klara, wiedziona wrodzoną kobiecą intuicją, usiadła na trawie i oparła czoło na siatce.

- Widziałam cię z Bacusiem przez okno. Ja mam maskotkę, wygląda tak samo jak ten piesek, który był koło ciebie, ma na imię Bacuś, dlatego tak nazwałam twojego – powiedziała cichym głosem słyszanym tylko przez Adasia i może przez łaciate uszka w krzakach.

- Ładnie: Bacuś. Ja go bardzo kocham ale rodzice nie pozwolili mi go wziąć do domu – poskarżył się nabierając zaufania do dziewczynki. - Tata powiedział, że wystarczająco dużo problemów mają z dzieckiem, niepotrzebny im jeszcze pies.

-Tak do ciebie powiedział? - Klarusia nie była w stanie sobie wyobrazić, że jej rodzice mogliby coś takiego powiedzieć. Przecież przygarnęli Misię w ich ciasnym mieszkanku na warszawskiej Woli. Zrobiło jej się bardzo smutno i ogromnie żal małego Adasia.

- Nie, nie do mnie. Nie wiedział, że stoję pod oknem i słyszę.

- A skąd się Bacuś tutaj wziął? - spytała wkładając rękę przez dziurkę w siatce i gładząc delikatnie chudą rączkę chłopczyka.

-Nie wiem, ale jest zupełnie sam, tak jak ja.

- Przecież masz rodziców Adasiu, to nie jesteś sam.

. - Ale oni nie maja czasu bawić się ze mną. A ja nie lubię tych różnych opiekunek, które przychodziły. I nie chce mi się samemu bawić tymi wszystkimi rzeczami, które mam w pokoju. Ciągle jest mi smutno.

- Możemy się bawić razem, chcesz? My z Antkiem nigdy się nie nudzimy.

- Bardzo bym chciał, cieszyłem się, że obok mnie zamieszkają dzieci i będę miał kolegów.

 - Ale dlaczego rzucałeś w nas wczoraj kamieniami?

 - Bo wystraszyliście pieska, a ja nie potrafię się uspokoić jak mnie choroba napadnie i było mi smutno, że on musiał się schować..

- Teraz już nie będzie się chował, bo się wszyscy zaprzyjaźnimy.

 - Naprawdę? – spojrzał rozjaśnionym wzrokiem na Klarusię.

- Jasne. A potem przekonamy naszych rodziców, żeby pozwolili go wziąć do domu jak Miśkę. Potem zrobimy większą dziurę w siatce i będziesz mógł u nas się z nim bawić. Nikt nie zauważy.

 - Prawda Antku? - zwróciła się do brata, który niepostrzeżenie wymknął się z pokoju mimo zakazu. Nie mógł wytrzymać z ciekawości, choć dobrze wiedział, że bezkarnie nie wolno łamać poleceń mamusi.

- Pewnie - Antek słuchał rozmowy stojąc z tyłu, teraz zbliżył się do siostry. - A ty chodzisz do szkoły? - zwrócił się do Adasia.

 - Tak, po wakacjach pójdę do drugiej klasy - odrzekł Adaś.

- My też – równocześnie powiedziały bliźniaki.

- Super! - ucieszył się Adaś.

- Tylko... - Antek niepewnie spojrzał na siostrę i sąsiada, – myślałem, że jeszcze nie chodzisz do szkoły...

- Wiem, bo jestem mniejszy i chudy – powiedział chłopczyk. - To przez tę chorobę, chociaż ciągle chce mi się jeść i pić. A jak mnie napadnie to potem mnie wszystko boli i prawie nie mogę się ruszać.

- A co to za choroba? Jak ona cię napada? - zapytała Klarusia.

- To cukrzyca. Różnie. Robi mi się zimno ale się pocę. Mam złe myśli, bardzo dużo i wszystkie jednocześnie, mroczki mi latają przed oczami i coś się we mnie trzęsie. Dopiero niedawno mnie zbadali i okazało się co to jest.

Adasiu, a dlaczego twoja mama goniła cię z czekoladą?

- Bo jak się tak zachowuję, to znaczy, że spadł mi poziom cukru. A ja nad tym nie panuję i nie potrafię się uspokoić, sam nie wiem co się ze mną dzieje.

- Widzisz co zrobiłeś? - huknęła siostra na Antka. - Teraz idź do naszej mamy i ją przeproś.

Antoś spuścił głowę zawstydzony.

- Yhy – mruknął pod nosem.

- Dzieci! - rozległo się wołanie mamy Agatki . - Obiad!

Antoś westchnął ciężko na myśl o czekającej go perspektywie przeproszenia mamusi i wytłumaczenia swojego zachowania w związku z czekoladą. Oraz  jeszcze tego, że wyszedł z pokoju, chociaż miał tam siedzieć do obiadu... Ale przecież musiał pójść za siostrą kiedy przez okno zobaczył, że rozmawia z Adasiem i gładzi go po ręce! Po prostu musiał!

Siostra przyszła mu z pomocą i wspólnie wyjaśniali mamie zawiłości sytuacji tak długo i z takim zapałem, aż niczego pojąć nie była w stanie.

- Kto jest chory? Rodzice Adasia nie chcą wpuścić do domu własnego dziecka? Jak to zginął? Kto? Bacuś? Bacuś leży na twoim tapczanie córeczko. Jaki drugi? Litości! Dobrze, dam wam jedzenie dla psa, tylko zacznijcie od początku, bo już niczego nie rozumiem.

Zaczęli od wczorajszego ducha w krzakach....

Tajemnica Adasia" 1

annazadroza

Nowy dom stał przy ulicy Bajkowej. Klarusi spodobała się nazwa ulicy. Od razu. Od kiedy ją usłyszała chciała jak najprędzej tam zamieszkać. W dotychczasowym mieszkaniu było miło, owszem, ale ciasno. W małej kawalerce mieszkali we czwórkę a od niedawna nawet w pięcioro: mamusia Agatka, tatuś Michał, Antoś – bliźniaczy brat Klarusi, sama Klara i kotka Misia.

Misia była prześliczna. Taka miła, puchata, w kolorze mleka z odrobiną kakao, miała piękne niebieskie oczy. Dzieci znalazły ją zmarzniętą koło śmietnika.. Leżała w pudełku sama, samiuteńka i cichutko miauczała. Klarusia wzięła ją na ręce a Misia przytuliła się do niej i polizała różowym języczkiem. Nigdzie nie było kociej mamy, ani taty, ani żadnego innego kota, więc Klarusia zabrała maleństwo do domu. Bała się, że rodzice nie pozwolą zatrzymać kociaka. No...ale przecież są tacy kochani... najlepsi na świecie...

- Jeśli już przyniosłaś koteczkę do domu to niech zostanie. Przecież nie wyrzucimy jej na ulicę, jest mróz – powiedziała mamusia.

- Pod warunkiem, że pójdziecie z nią do weterynarza. Trzeba kotkę zbadać, odrobaczyć, zaszczepić. Inaczej nie można postąpić, żeby nikt nie chorował, ani ona, ani wy – dodał tatuś.

- No i oczywiście będziecie musieli obydwoje się nią opiekować. Karmić, pamiętać o świeżej wodzie, którą zawsze musi mieć w miseczce, szczotkować sierść i zmieniać piasek w kuwecie – mamusia patrzyła poważnie na dzieci. - No jak?

- Oczywiście, że będziemy – zgodnie przytaknęły bliźniaki.

- A jak jej damy na imię?

- Misia – odparła bez namysłu Klarusia.

- Misia – równocześnie powiedział Antoś.

Rodzeństwo często mówiło jednocześnie albo w tej samej chwili wykonywało tę samą czynność. W końcu byli bliźniakami, choć na pierwszy rzut oka wcale nie było tego widać. Klara spoglądała wesoło na świat szarozielonymi oczami a jej główkę otaczała burza miękkich, ciemnych loków, połyskujących w słońcu złotem. Mamusia najczęściej wiązała je w koński ogon, bo tak było dziewczynce najwygodniej. Antosia włosy musiały być krótko przystrzyżone, bo – twarde, grube i gęste – sterczały na wszystkie strony jak u stracha na wróble jeśli tylko urosły dłuższe niż dwa centymetry. Miały rudy kolor, przy którym niebieskie oczy chłopca stawały się bardziej niebieskie od bezchmurnego nieba. On sam zaś wyglądał jakby cały czas towarzyszyło mu słoneczko.

Misia zamieszkała w małym mieszkanku na warszawskiej Woli i swoim kocim serduszkiem pokochała całą rodzinę. W ciągu dnia bawiła się z dziećmi, w nocy spała przytulona do Klarusi. Urosła sporo i kiedy w czerwcu przyszła pora przeprowadzki, była już zupełnie dużą kotką.

Do nowego domku przyjechała w plastikowej kociej klatce kupionej po to, żeby się nie zgubiła w rozgardiaszu, jaki panuje podczas każdej przeprowadzki i żeby nie została przypadkiem przygnieciona przenoszonymi bagażami. Dzieci nie chciały zostać u babci, przecież musiały brać udział w tym arcyważnym wydarzeniu rodzinnym jakim jest zmiana miejsca zamieszkania. Rodzice ulegli prośbom dzieci pod warunkiem, że oboje bezwzględnie będą słuchać babci Izy, postarają się nie przeszkadzać dorosłym i nie spuszczą oka z klatki z Misią.

Trzeba przyznać, że rodzeństwo wszelkimi siłami starało się dotrzymać słowa. Dopiero gdy wszystkie bagaże, sprzęty, meble zostały wniesione do domu albo do garażu i ciężarówka z napisem PRZEPROWADZKI odjechała, Antek i Klara z klatką w ręce czmychnęli do ogródka.

Domek stał w ostatnim rzędzie segmentów i poza ogródkiem widniały gęste krzaki. Zrobiło się bardzo późno i choć czerwcowe dni są najdłuższe w całym roku, zmierzch wypełzł z gąszczu i powoli zaczął ogarniać cały świat. W krzakach coś zaszeleściło.

- Antku, słyszałeś coś? - nadsłuchiwała Klarusia.

 - Pewnie wiatr – brat machnął ręką.

- Przecież drzewa się nie ruszają, nie ma żadnego wiatru – kategorycznie stwierdziła dziewczynka.

- Ojej, tam jest coś białego – szepnął podniecony Antoś. - Może duch?

- Coś ty! Żadnych duchów nie ma, babcia powiedziała, że to bzdury – wzruszyła ramionami odważna Klarusia.

- Ale się rusza! I jest białe! To jak nie duch? - upierał się Antoś.

Nagle tuż koło niego upadł kamyk, potem drugi a za chwilę trzeci i uderzył klatkę Misi, która miauknęła przestraszona.

- Stój! Ty łobuzie! - krzyknęła Klara. - Dlaczego rzuciłeś kamieniem w Misię?

Za krzakiem róży w sąsiednim ogródku stał mały chłopiec i rzucał w nich kamykami, którymi wysypano ścieżkę. Kiedy zorientował się, że został zauważony, puścił się biegiem w stronę swojego domu. Równocześnie znów coś zaszeleściło w krzakach jak poprzednio, dał się słyszeć jakiś pomruk i coś białego przesunęło się wśród liści.

- Uciekaj! - krzyknął Antoś, chwycił siostrę za rękę, ona za klatkę z kotką i czym prędzej pobiegli do domu.

- Antek! Klara! - wołała babcia Iza. - Gdzie jesteście? Hej, maluchy!

- Jesteśmy – wpadli zdyszani w krąg światła. - Byliśmy w ogródku. Tam jest...- zaczął Antoś.

- … bardzo ładnie – dokończyła Klara szturchając brata w bok.

- Chodźcie zjeść kolację – powiedziała mamusia. - Wszyscy musimy odpocząć, bo jutro czeka nas dużo pracy.

Dzieci poszły do swoich pokoi. Pierwsza noc spędzona w nowym domu, w którym każde z nich ma już na zawsze swój własny pokój to nie lada przeżycie. Na dodatek mieli do omówienia ważną sprawę.

 - O mało się nie wygadałeś – strofowała Klara brata.- Zabroniliby nam wychodzić poza ogrodzenie i jak sprawdzilibyśmy co było w krzakach?

 -Nie boisz się? - spytał Antoś.

 - W nocy może bym się bała ale pójdziemy jutro, jak będzie jasno – odpowiedziała Klara.

 - Ciekawe, dlaczego ten chłopak rzucał w nas kamieniami? Jak chcesz to jutro też w niego porzucam – zaproponował Antoś.

 - Jak trafisz, to nam nie powie dlaczego rzucał. A może on wie co było w krzakach i chciał nas odgonić? Zresztą przyrzekliśmy, że będziemy grzeczni, tylko chuligani rzucają w innych kamieniami – stwierdziła dziewczynka.

 - I kibole – dodał brat.

 -Właśnie – kiwnęła głową.

 - Córeczko – zawołała z dołu mamusia, - zamknij drzwi do swojego pokoju, żeby Misia nie zginęła. Musi się przyzwyczaić do nowego miejsca.

Wypuszczona z klatki kotka rozejrzała się uważnie, obeszła pokój Klarusi, obwąchała kąty, wskoczyła na tapczan swojej dwunożnej przyjaciółki i westchnęła z ulgą. Zwinięta w kłębek, mrucząca z zadowolenia przespała smacznie całą noc. Dzieci zresztą też chociaż bez mruczenia.

 

© Anna Blog
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci