Menu

Anna Blog

...takie sobie dyrdymałki...

"To tylko działka" - miniatura

annazadroza

   Był okres w moim życiu, kiedy często jeździłam tramwajem linii 33 aż do pętli, wsiadając przy Świerczewskiego. Kiedy tramwaj skręcał z Rakowieckiej w Komarowa zawsze z podziwem patrzyłam na działki. Czekałam na ten fragment trasy, żeby napatrzeć się, nasycić oczy. Był piękny przez wszystkie cztery pory roku. Od wiosny do jesieni przyciągało wzrok szaleństwo zieleni wraz ze wszystkimi barwami  tworzonymi przez naturę i zaklętymi w kwiatach. Panowały tu spokój i radość. Starsi ludzie siedzieli na ławeczkach przed altankami albo pracowali pochyleni, wdychając zapach ziemi zbierali owoce swej pracy. Byli szczęśliwi. Dla wielu z nich było to jedyne szczęście. Zimą na drzewach, krzewach, altankach osiadał miękki, puszysty śnieg i przejeżdżając obok miałam wrażenie, że mijam krainę baśni.

   Nic nie stoi w miejscu, zmieniło się moje życie, zmieniły się nazwy ulic, zmieniła się trasa, jeździłam w inną stronę miasta. Po długim czasie zdarzyło mi się znów jechać poprzednią trasą. Czekałam, by ujrzeć zapamiętaną oazę spokoju i zieleni. Czekałam na próżno. Ujrzałam martwe to, co w mej pamięci dotąd żyło i promieniowało radością.  Połamane drzewa i krzewy, ziemię przerytą buldożerem czy też innym podobnym potworem, szczątki altanek, ławeczek i jakieś bezkształtne przedmioty nie do zidentyfikowania.

   W tym obrazie zniszczenia przykuł mój wzrok starszy człowiek siedzący pod gołym niebem na kanapie. Siedział nieruchomo zapatrzony w dal. Jego twarz miała tak smutny, tak potwornie smutny wyraz jakby patrzył  na umarłą najbliższą sobie istotę, jakby chciał tak zastygnąć na wieki.

  Obok mnie stali w tramwaju dziewczyna z chłopakiem. Dziewczyna również zwróciła uwagę na nieruchomego człowieka. Była widocznie przez naturę obdarzona sporym stopniem wrażliwości, odczuła smutek starszego człowieka i podzieliła się spostrzeżeniem z partnerem. Obejrzał się, wzruszył ramionami.

   - Też coś, przecież to tylko działka – powiedział.

   Dziewczyna umilkła, nie odezwała się więcej, zaduma i mrok pokryły jej ładną twarz.

  Tramwaj dojechał do pętli, wysiadłam ale wciąż miałam przed oczyma starego człowieka, który siedział.

 A.Z.1992

Dzień dłuższy:)

annazadroza

Dziś prawdziwa wiosna w powietrzu. Wybrałam się po zakupy, przez cały tydzień nie byłam w sklepie, więc to i owo się skończyło, należało odnowić zapasy. Ponieważ blisko i na chwilę - ubrałam cienką kurtkę i dobrze zrobiłam, bo zgrzałabym się jak mysz kościelna. Swoją drogą dlaczego się mówi - jak mysz kościelna - czy ktoś wie? Mamy zakodowanych mnóstwo różnych powiedzonek, używanych automatycznie a jak się zastanowić to nie wiadomo skąd się wzięły i jakiegoś sensu trudno się doszukać.
Jak co roku wiosną, kiedy śniegu już nie ma, bardziej wyraźnie rzucają się w oczy tony śmieci zostawianych na poboczach, trawnikach, koło torów to już w ogóle jedno wysypisko się tworzy. Jeszcze nie tak dawno chodziliśmy z psami takim fajnym skrótem obok działek, potem nieużytkami aż do tzw. centrum handlowego. Mówię "tzw." bo to jeden budynek z kilkoma sklepami, ale nazwa szumna być musi. Teraz moda na słowo "centrum". Tak mi się skojarzyło odnośnie mody na nazwy. Najpierw np. był Dom Kultury, potem Centrum Kultury, teraz używa się określenia Arena - wcale nie w związku z areną cyrkową, widziałam już ciucholand z "areną" w nazwie. To świadczy chyba tylko o tym, że język jest wciąż żywy i rozwija się, poszerzając znaczenie słów.
Cóż mnie tak znosi na boki, dryfuję zamiast wprost dążyć do celu. A chciałam tylko powiedzieć, że mnie cholera wzięła, bo nawet pod ogrodzeniem schroniska jakieś paskudne typy śmieci wyrzucają, o zgrozo, części samochodowej karoserii się walają! Butelki szklane i plastikowe, puszki po piwie i opakowania po zakąskach to normalka, ale kawałki aut? A dalej, gdzie przejście było to już ciężarówkami chyba jakieś resztki z ogrodów wywożą, bo naprawdę wielka ilość się zgromadziła. Oj, marudzę, wiem, że marudzę ale tak by się chciało mieć wokół ładne miejsca, czyste, uporządkowane gdzie bezpiecznie dałoby się spacerować bez groźby zatrucia (już olejem czy innym chemicznym świństwem był teren skażony), skaleczenia czy utonięcia w odpadkach. Mąż żartował, że bar pod chmurką już otwarty. No dobrze, ale nie mogliby zabrać ze sobą tych pozostałości po konsumpcji? Przecież jak przynieśli pełne to puste łatwiej zabrać z powrotem, prawda? Tak samo jest na turystycznych szlakach górskich. Ci "turyści" wnoszą pełne naczynia różniste a potem fruuu i w krzakach lądują puste. Czy nasze społeczeństwo kiedykolwiek się zmieni pod tym względem? Wiem, pytanie retoryczne.
O wiele przyjemniej idzie się miejscami rzadziej uczęszczanymi. Tam wiosnę naprawdę można poczuć i zobaczyć. Ździebełka świeżej trawy zaczynają się pokazywać, Szilunia je wyszukuje i zjada. Ptaszki śpiewają, skaczą po gałązkach aż miło popatrzeć. Bez ma pąki nabrzmiałe, mam nadzieję, że on, ten mój bez, zdaje sobie sprawę z tego, iż dopiero jest luty i nie zechce pachnieć już teraz. Kusi mnie aby wyjść do ogródka,
lecz nie, nie dam się omamić, ponieważ jeszcze do końca nie wydobrzałam, więc zachowując resztki zdrowego rozsądku oprę się pokusie;) Jedynie rozsypałam na trawie kilka torebek (po cukrze) przez zimę ususzonej (zużytej) herbaty. Zawsze to naturalny nawóz. Jak dobrze, że dzień już dłuższy i słoneczko coraz wyżej i dłużej świeci. O, a teraz Franuś przyszedł w odwiedziny:)))

 

 

 

 

 

 

Brawo dla Krakowa!

annazadroza

Dziękuję Wam wszystkim za dobre słowa, życzenia, Ciepłe i Puchate! Z pewnością dzięki temu jest m i lepiej i nawet wczoraj wyszliśmy rodzinnie z psami na spacer, czym wielce uradowane były:)
Wczoraj usłyszałam w tv, że radni w Krakowie przyznali opiekunom niepełnosprawnych dodatek w wysokości 500 zł. miesięcznie. O taką sumę walczyli w Sejmie rodzice, głównie matki, którym strażnicy wykręcali ręce i siłą odrywali od okiennych framug. A one tylko chciały upomnieć się o swoje dzieci, które choć ukończyły 18 lat, to niepełnosprawności nie zostawiły za sobą i będą się z nią borykać do swoich ostatnich dni. Swoich i rodziców.
Protest zaczął się 18. IV.2018 r. Od razu mam w oczach mamę, którą najbardziej zapamiętałam, panią Iwonę Hartwich, ona wtedy przedstawiła dwa główne postulaty. Chodziło o wprowadzenie dodatku rehabilitacyjnego dla osób z niepełnosprawnością niezdolnych do samodzielnej egzystencji po ukończeniu 18-go roku życia w kwocie 500 zł. miesięcznie. W drugim postulacie chodziło o zrównanie kwoty renty socjalnej z najniższą rentą z ZUS z tytułu całkowitej niezdolności do pracy, oraz stopniowe podwyższanie tej kwoty do równowartości
minimum socjalnego.
W 2014 r. za rządów PO-PSL koczowali rodzice w Sejmie przez 17 dni i wywalczyli podwyższenie świadczenia pielęgnacyjnego dla rodziców, którzy musieli zrezygnować z pracy, żeby opiekować się dzieckiem bez względu na jego wiek - do najniższej krajowej.
11.V.2018 Sejm przyjął ustawę o wsparciu dla niepełnosprawnych wprowadzającą udogodnienia w dostępie do świadczeń opieki zdrowotnej, usług farmaceutycznych oraz wyrobów medycznych. Nic jednak z tego nie będą miały dzieci niewidome, upośledzone czy z zespołem Dawna - mówili rodzice. Oni prosili o 500 zł. na życie.
Protest został zawieszony po 40-tu dniach. Przez czas trwania był tematem szeroko omawianym w mediach. Ludzie, którzy pojęcia nie mieli co oznacza opieka nad niepełnosprawną osobą przez 24 godziny na dobę zastanowili się, coś zrozumieli, inaczej spojrzeli na problem, pomagali, wyrażali poparcie i sympatię. Dla mnie te matki są prawdziwymi bohaterkami. Dobrze, że radni w Krakowie to zrozumieli, oby w innych miejscowościach też tak się stało. Napisałam jeszcze o stosunku tzw. obrońców życia  ale mi się skasowało. Widocznie nie są warci wzmianki, bo tylko złe emocje budzą się... Tak samo jak wtedy, gdy widzę reklamy środków na potencję dla facetów. A gdzie reklama środków dla kobiet, żeby się mogły obronić przed tymi facetami i nie zachodziły w ciąże niechciane? Przecież potem z tymi dziećmi i tak same zostają. Faceci biorą następną tabletkę i fruną do następnego kwiatka... 

 

 

 

Oj...

annazadroza

Zaniedbałam Was, nie zaglądałam do Waszych blogów, bo nie mam siły, jeszcze mi nie przeszło. Wrzucam tylko na szybko kilka słów i uciekam. Mój Lapcio jest taki stary, że do internetu musi przez kabelek być podłączony, więc nie mogę z niego korzystać w łóżku. Jak się lepiej poczuję to nadrobię zaległości, obiecuję. Na razie mnie wszystkie możliwe mięśnie od kaszlu bolą i usiedzieć nie mogę. Ale za to czytam Nepomucką na leżąco:)

Fragment na Walentynki:)

annazadroza

 Padłam jak pies Pluto, wcale mi nie przeszło przeziębienie albo inna zaraza i jestem do niczego. A dzisiaj Walentynki! W prezencie przesyłam Wam życzenia najlepsze i fragment "Widocznie tak miało być". 

.........................................................

  Miłosz zrobił postój na stacji benzynowej, zatankował, wziął sobie kawę i trzymając kubek w ręce z prawdziwą przyjemnością rozglądał się po okolicy. Pagórkowaty teren budził ciekawość co też kryje się za następnym wzniesieniem i za kolejnym, i jeszcze dalej… Poczuł spokój, jakby poranna cisza rozlewająca się wraz z lekkimi mgłami po okolicy wnikała do wewnątrz jego duszy wypierając z myśli chaos, napięcie i stres spowodowane nawarstwieniem się prac związanych z kończeniem projektu w Szwajcarii. Przyjechał na tydzień do kraju zobowiązany do wykonania konkretnych czynności, które udało mu się wykonać w ciągu dwóch dni, co uważał za prawdziwy cud. Teraz pozostało mu dostarczenie przesyłki od Sergiusza do jego matki, która wraz z córeczką przyjaciela przebywała na jakiejś zapadłej wsi pod Krakowem. Po wykonaniu zlecenia pozostaną mu całe cztery dni na odpoczynek. Czuł się ogromnie zmęczony i cztery wolne dni wydawały mu się darowaniem raju na ziemi. Stojąc przy samochodzie obserwował ptaki zakreślające kręgi w powietrzu, dwie krowy pasące się u podnóża wzniesienia, kilku turystów wchodzących  na łagodny szczyt i zapragnął znaleźć się na ich miejscu.

   Nieopodal zatrzymał się srebrny volkswagen golf. Wysiadło małżeństwo z dziewczynką tak na oko pięcioletnią, która miała z włosków zrobione dwa śmieszne kucyki spięte kolorowymi gumkami. Z auta wygramolił się za nią czarny pies średniej wielkości. Najpierw pospacerowali, żeby pies mógł rozprostować łapki po podróży oraz załatwić swoje ważne sprawy, potem skierowali się w stronę budynku. Obserwujący mężczyzna uśmiechnął się sam do siebie na myśl, że ta trójka, właściwie czwórka, sprawiała wrażenie zgranej, dobrze porozumiewającej się grupki. Jeszcze z daleka słyszał śmiech dziewczynki. Ogarnęła go dziwna tęsknota nie wiadomo za czym, za czymś nieokreślonym, uczucie nieznane mu do tej pory. Przez chwilę przebywał pod wpływem owego uczucia, próbował je jakoś rozgryźć, rozpoznać, zrozumieć o co w tym  chodzi, potem machnął ręką jakby chcąc je od siebie odgonić i wsiadł do samochodu. Zdecydowanie musi odpocząć, jest po prostu przemęczony. Po doręczeniu przesyłki znajdzie jakiś motel w okolicy, wynajmie pokój i odpocznie.

   Trafił pod dom Karoliny bez trudu, albowiem Dorota dokładnie mu drogę wyrysowała instruowana telefonicznie przez Teresę. Powstało dzieło sztuki niewiele mające wspólnego z rzeczywistością w sferze szczegółów, jako że artystka puściła wodze fantazji tworząc drzewostan niczym z kosmosu. Sama trasa przejazdu została jednak odwzorowana dokładnie. A dlatego pod dom Karoliny, że przyjaciółki doszły do wniosku, iż tym sposobem delikwent imieniem Miłosz zostanie doprowadzony do miejsca przeznaczenie w całości, bez błądzenia po polnych drogach. Rzeczony delikwent dotarł na miejsce, zatrzymał samochód, westchnął z ulgą na myśl o zbliżającym się odpoczynku i wysiadł rozglądając się z zaciekawieniem. Niewiele dane mu było zobaczyć, ponieważ otoczyły go ze wszystkich stron dziecięce figurki  powodujące gwar i hałas zagłuszany przez szczekanie psa.

   - Czy pan kogoś szuka? – zapytała jedna figurka.

   - Bo my jesteśmy Niewidzialna Ręka – dodała druga figurka.

   - I mamy pomagać – uzupełniła trzecia.

   - Może jesteście nie do końca Niewidzialną Ręką bo was widzę, ale Ryczącym Głosem jesteście na sto procent – odpowiedział siląc się na zachowanie powagi.

   Jedna z figurek przybliżyła się do niego i wtedy spostrzegł, że jest jego wzrostu, chuda jak patyk ale wysoka prawie jak on sam. Ponieważ wszyscy stali pod słońce i nie był w stanie zobaczyć ich twarzy, widział w dalszym ciągu tylko postacie, jakby całkiem nierealne, takie cienie postaci. Rozbawiła go ta cała scena.

   - Nieprawda – powiedziała oburzonym głosem najmniejsza figurka.

   Roześmiał się choć próbował zachować powagę, co mu zdecydowanie nie wyszło mimo starań.

   - Skąd wy jesteście ?– zapytał.

   - Z Ursynowa – padła zbiorowa odpowiedź bez cienia zawahania.

   - Aha, czyli dotarłem na miejsce – udał, że odetchnął z ulgą. – Dobrze, bo już myślałem, że będę musiał ruszyć w dalszą podróż szukając jednej dziewczynki.

   - Jakiej dziewczynki? Jak ma na imię? A po co? Czego pan od niej chce? Może ją pan chce uprowadzić? To my nie pozwolimy! Zawołać mamę? – został zarzucony pytaniami.

   - O tak, zawołać mamę, koniecznie. I to szybko.

   - Mamusiu! Mamooo! Ciociuuu! – rozległo się wielogłosowe wołanie.

   - Co takiego? Co się dzieje? – Aldona z Karoliną wyszły przed dom.

   - Dzień dobry, jestem Miłosz Rzepecki, szukam pani Meli i jej wnuczki, mam przesyłkę od Sergiusza – wyjaśnił.

   - Mamo, stój, a skąd wiadomo, że na pewno? – rzuciła pytanie Inka.

   - Może ten pan chce porwać Monikę i ją wywieźć w umówione  miejsce? – wyraził wątpliwość Marek. – Oszustom nie można ufać.

   - A czy ja wyglądam na oszusta? - spytał Miłosz nie będący w stanie powstrzymać uśmiechu.

   - Nie. I właśnie dlatego powinien pan być podejrzany – oświadczyła Linka.

   - A my Moniki nikomu nie oddamy – Marek powiedział te słowa groźnym, grubym głosem, żeby obcy nie miał żadnych wątpliwości.

   - Jak mam wam udowodnić, że nie mam złych zamiarów? – spytał rozbawiony Miłosz.

   - Może… na początek dowód osobisty? – zaproponowała Karolina.

   - Oczywiście, bardzo proszę – sięgnął do kieszeni.

   - Może być fałszywy – uprzedziła Inka.

   - Na stadionie można wszystko kupić – dodał Maciek.

   - I z prawie prawdziwym zdjęciem – uzupełnił Kuba.

   - Nie doceniłem was – Miłosz zniżył głos. – Mam chyba do czynienia z brygadą antyterrorystyczną. Nie zdradzę was, słowo, tylko powiedzcie, gdzie mogę panią Melę znaleźć bo już zmęczony jestem. Muszę przekazać przesyłkę i znaleźć jakiś hotel na cztery dni. Nie znacie jakiegoś?

   - Już wystarczy, dzieciaki, - włączyła się Aldona. – Dajcie panu odetchnąć.

   - A jak udaje? – nie dawał za wygraną Marek.

   - Myślę, że pani Mela sama to zweryfikuje. Jak znajomy to go pozna, a jak nie to zawołamy policję. Co wy na to?

   - No dobrze, ale uważaj, mamy cię na oku – oświadczyły dzieciaki.

   Postanowili całą gromadką uczestniczyć w akcie okazania obcego pani Meli. Tak  dla bezpieczeństwa, żeby być w pogotowiu. Monika szła z tyłu, jak najdalej od obcego, na wszelki wypadek trzymając mocno rękę Aldony.

   - Nie bój się kochanie - uspokajała dziewczynkę. – Wszystko będzie dobrze, uspokój się już.

   Pani Mela zdziwiła się widząc tak liczny orszak.

   - Coś się stało? – spytała zaniepokojona.

   - Dzień dobry pani Melu  - ukłonił się Miłosz.

   - Kto to? – przyjrzała się uważnie. – Miłosz? To naprawdę ty? Skąd się tu wziąłeś? Taka niespodzianka! Dziecko, jak ja ci się odwdzięczę za to, że mojego chłopaka uratowałeś…

   - To znaczy, że on jest prawdziwy? – spytał nieco rozczarowany Marek.

   - Że nie oszust? – upewniał się Kuba.

   - Ani porywacz? – dodała Linka.

   - Nie, nie, to przyjaciel twojego taty, Monisiu, jeszcze ze studiów.

   - Uff, jak dobrze, że mnie pani rozpoznała – jęknął Miłosz. – Ta cała brygada antyterrorystyczna chciała mnie zaaresztować. I jak mógłbym przekazać paczkę i list od Sergiusza?

  - Wiesz co, Miłoszku? Poczekaj chwilę, zagospodarujemy tych antyterrorystów  - pani Mela zniknęła w głębi domu i po chwili pojawiła się z miską pełną lodów. – Proszę. Rządźcie się tym po sprawiedliwości bo ja muszę porozmawiać z wujkiem Miłoszem.

   - To on jest wujkiem? – zdziwiona spytała Monika.

   - Skoro Kajtuś go adoptował na wujka – zaśmiała się Aldona, - to znaczy, że jest.

   - Aha, Kajtek – zastanowił się Marek. – To znaczy, że jest. No to idziemy do ogrodu.

   - Moniko, możesz zostać z nami przez chwilę? – zapytał Miłosz. – Mam dla ciebie wiadomości od taty.

   - Chodź, skarbie, do nas – powiedziała pani Mela. – Za chwilę dołączysz do przyjaciół.

   Dziewczynka usłyszała, że jest dla taty najważniejsza na całym świecie, że wróci do niej po wakacjach, żeby się nie martwiła, bo wszystko się dobrze ułoży. Dostała dużą paczkę z ciuszkami i ze słodyczami, którymi podzieliła się natychmiast z pozostałymi „antyterrorystami”. Pani Mela w tym czasie z wielką przyjemnością przyglądała się Miłoszowi, którego pamiętała jako chudego, niezgrabnego młodzieńca, a który po latach objawił się jej niespodziewanie jako niezmiernie przystojny wybawca jej syna z ogromnych problemów.

    - Mam jeszcze cztery wolne dni i muszę odpocząć, pani Melu. Czy nie ma tu w pobliżu  jakiegoś motelu, w którym mógłbym wynająć pokój?

   - Wiesz co, synku, niedługo Martyna wróci z pracy. To nasza gospodyni. Ma jeszcze jeden wolny pokój, mógłbyś się tu zatrzymać.

   - Nie chciałbym przeszkadzać, wolałbym coś znaleźć…

   Przerwał nagle, oczarowany widokiem małego aniołka w kolorowej sukieneczce, z buzią okoloną jasnymi loczkami, który pojawił się niespodziewanie i stanął nieruchomo, zaskoczony widokiem obcego człowieka. Za chwilę obok małego aniołka stanął większy anioł… Miłoszowi przemknęła myśl, że ze zmęczenia najwyraźniej ma przywidzenia… Duży anioł miał na sobie białą bluzkę i niebieskie dżinsy. Czy aniołom wolno chodzić w dżinsach? Szczególnie tak dopasowanych, uwydatniających wprost idealną figurę? Toż to chyba grzech… Duży anioł zbliżył się odrzucając jednym ruchem do tyłu lekko sfalowane, długie jasne włosy.

   - Martynko, nie uwierzysz kto nas odwiedził – zawołała pani Mela.

   - Tatusia przyjaciel – pospieszyła z wyjaśnieniem Monika.

   Tatusia przyjaciel nie mógł oderwać oczu od uśmiechu i dołeczków w policzkach, już teraz czterech, bo mały aniołek, całkiem ośmielony, zbliżył się w podskokach i bez ceremonii chwycił go za rękę.

   - Cześć wujek, jestem Mila.

   - Kochanie, tak nie  można… - zaczęła starsza piękność.

   - Można, można – wreszcie wyszedł ze stanu osłupienia. – Ostatnio mam niebywałe szczęście do dzieci, zostałem nawet adoptowany w charakterze wujka. Pozwolisz, Miłosz Rzepecki… - przytrzymał kobiecą dłoń

   - Przez Kajtka – uśmiechnęła się pani Mela.

   - Przez Kajtusia Doroty – przytaknął i zdał relację ze spotkania, podczas którego został przyjęty do rodziny jako nowy wujek.

  - Jeśli Kajtuś cię zaakceptował, to nie masz wyjścia – roześmiała się starsza pani.

  - Masz przechlapane – wtrąciła Monika. – Jakby to ci się nie podobało, nic nie zrobisz. Jak Kajtek zdecydował, tak będzie.

   - Ależ mnie się to podoba, nawet bardzo.

   - To ja też mogę ci mówić wujek, prawda? – upewniła się Milenka.

   - Oczywiście, będzie mi bardzo, bardzo miło – odpowiedział zwracając się w stronę Martyny, która chciała coś powiedzieć, ale po jego słowach zamilkła.

   - Córeńko, masz wolny ten drugi pokój, prawda? – spytała pani Mela. – Nikt go jeszcze nie zarezerwował?

   - Tak, jest wolny

   - No to się możesz, chłopcze, wprowadzić na te cztery dni – oświadczyła spoglądając z zadowoleniem na wnuczkę. – Będziesz nam opowiadał o Sergiuszu.

   Miłosz wcale już nie miał ochoty opuszczać tego konkretnego towarzystwa i szukać pokoju w motelu. Podobny pomysł wywietrzał mu z głowy natychmiast po ujrzeniu Martyny a na myśl o małej Mili uśmiechał się sam do siebie. Tak więc zainstalował się w drugim pokoju do wynajęcia i ogarnął go błogi spokój. Padł wczesnym wieczorem i jak kamień spał do samego rana.

   Obudził się wypoczęty i radosny nie wiedząc z jakiego powodu. W każdym razie czuł się tak, jakby mu z ramion zdjęto ogromny ciężar, wyjątkowo niewygodny do niesienia. Nie wiedział czemu ten stan zawdzięcza ale było mu bardzo dobrze. Nie miałby nic przeciwko temu, by ów stan trwał jak najdłużej.

 

    

© Anna Blog
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci